- Bezprawnik -
- Samorządy -
- Czy naprawdę musi zginąć jakieś psiecko, żeby Warszawa rozwiązała problem z dzikami?
Czy naprawdę musi zginąć jakieś psiecko, żeby Warszawa rozwiązała problem z dzikami?
Na skrzyżowaniu Targowej i Alei Solidarności tramwaje musiały się zatrzymać, żeby przepuścić stado dzików spacerujące środkiem jezdni. Nagranie obiegło sieć na początku września i, jak to zwykle bywa, zebrało setki żartów o nowych mieszkańcach Pragi. Problem w tym, że pod spodem tego mema jest pytanie zupełnie nieśmieszne: ile jeszcze zagryzionych psów, pokiereszowanych nóg i rozbitych zderzaków potrzeba, żeby Warszawa zaczęła traktować dziki jak problem do zarządzania, a nie jak sezonową atrakcję z social mediów.
Dziki na Targowej i pies, który nie wrócił ze spaceru
Skala jest konkretna. Według danych Lasów Miejskich w 2025 roku w stolicy doszło do 341 kolizji drogowych z udziałem dzików oraz 121 ataków tych zwierząt na ludzi. W samym pierwszym kwartale 2026 roku instytucja przyjęła około 4900 zgłoszeń i podjęła ponad 1400 interwencji. TVP Warszawa podała z kolei, że od stycznia do końca czerwca 2026 roku odnotowano 129 przypadków ataków dzików na ludzi, czyli więcej niż przez cały poprzedni rok i ponad dwa razy więcej niż w 2024.
Za tymi liczbami stoją historie, które trudno wygłuszyć rechotem. W podwarszawskim Brwinowie wataha rzuciła się na małego shih tzu prowadzonego spokojnie chodnikiem. Pies zginął na miejscu, na oczach właścicielki, która nie miała żadnych szans, żeby go obronić. W warszawskim Wawrze mieszkaniec wyszedł wieczorem wyrzucić śmieci, przy wiacie śmietnikowej natknął się na dzika i trafił do szpitala z rozszarpaną nogą. Zwierzę uśpiono dopiero po fakcie, bo dalej buszowało po posesji, kompletnie nieprzejęte obecnością służb.
Miasto rusza się dopiero, gdy jest już po wszystkim
I tu dochodzimy do sedna. Reakcja przychodzi zawsze po, nigdy przed. Dopiero po serii wiosennych incydentów, w tym po głośnym uśmierceniu dzików na placu zabaw na Bemowie, prezydent Warszawy wydał w marcu 2026 roku decyzję na odstrzał kolejnych 500 sztuk. Dopiero po tym, jak Lasy Miejskie usypiały dziki na Mokotowie na oczach mieszkańców, dyrekcja wydała oświadczenie z przeprosinami.
Tempo tej machiny najlepiej widać na przykładzie z Brwinowa. Gmina złożyła wniosek o odstrzał redukcyjny 30 dzików 20 stycznia 2026 roku. Zgoda starosty, jak relacjonował burmistrz Arkadiusz Kosiński cytowany przez Miejski Reporter, dotarła do niego po dwóch i pół miesiąca. Dwa i pół miesiąca to w świecie watahy, która potrafi wydać na świat kilkanaście warchlaków na sezon, cała epoka.
Prawo, które zamienia dzika w problem nie do ruszenia
Dzik to własność Skarbu Państwa, a nie miasta, więc gminie trudno cokolwiek zrobić z automatu. Artykuł 431 Kodeksu cywilnego, który każe płacić za szkody wyrządzone przez zwierzę temu, kto je „chowa lub się nim posługuje”, do Skarbu Państwa się nie stosuje. Decyzje o redukcji populacji podejmują starosta albo wojewoda, a od 2017 roku, przez restrykcje związane z afrykańskim pomorem świń, odpada najprostsze rozwiązanie z przeszłości, czyli odławianie i wywożenie zwierząt poza miasto.
Do tego dochodzi spór o samą podstawę odstrzałów. Adwokatka Karolina Kuszlewicz w wywiadzie dla OKO.press przekonuje, że stosowany w miastach art. 45 ust. 3 prawa łowieckiego, przewidziany na sytuacje szczególnego zagrożenia obiektów użyteczności publicznej, jest nagminnie nadużywany, a decyzje mają charakter blankietowy, sprowadzony do schematu „jest dzik – trzeba go zabić”. Ustawodawca dostrzegł ten pat na tyle, że majowa nowelizacja ustawy o ochronie przyrody (Dz.U. z 2026 r. poz. 737) wprost dopuściła płoszenie zwierzyny łownej z terenów zurbanizowanych, także amunicją niepenetracyjną, i wyłączyła je z definicji znęcania. Narzędzia zaczynają się więc pojawiać. Woli, żeby po nie sięgać zawczasu, wciąż brakuje.
Co z tego ma zwykły warszawiak (i jego pies)
Dopóki miasto nie ogarnie tego systemowo, ciężar spada na mieszkańca. Kierowca, który wieczorem trafi na zwierzę na jezdni, dobrze wie, że zderzenie z sarną albo z dzikiem to nie tylko wgnieciona maska. Zostaje mu potem samotna walka o potrącenie dzikiej zwierzyny i odszkodowanie, którego wcale nie musi dostać, bo przy prawidłowo oznakowanej drodze realnie ratuje go tylko własna polisa autocasco.
Właściciele psów są na tym froncie najbardziej narażeni, o czym przypomina każda kolejna zagryziona Maja. Lasy Miejskie zalecają, żeby w rejonach bytowania dzików prowadzić psy przy nodze, bo obecność czworonoga potrafi sprowokować lochę broniącą warchlaków. Warto przy okazji pamiętać, że spacer z psem w lesie i tak wymusza smycz z mocy przepisów, a poza lasem sprawa jest bardziej zniuansowana, bo obowiązkowe wyprowadzanie psa na smyczy zależy od lokalnych uchwał, a część z nich sądy uchylały. Kto chce wiedzieć, czy pies musi być na smyczy i w kagańcu, znajdzie odpowiedź mniej oczywistą, niż sugeruje mandatowa gorączka, ale w miejscu, gdzie stado ryje pod śmietnikiem, smycz to zwykły zdrowy rozsądek.
Jest wreszcie rzecz, którą urzędnicy powtarzają do znudzenia i która nic nie kosztuje: dziki schodzą do miasta po jedzenie. Niezabezpieczone kubły, resztki wyrzucane za okno i dokarmianie z dobrego serca robią z osiedla całodobową stołówkę, z której żadna locha dobrowolnie nie zrezygnuje. Zgłoszenia od Ekopatrolu Straży Miejskiej pod numerem 986 przyjmują ludzie, którzy sprzątają skutki. Przyczyn nie sprzątnie nikt za mieszkańców.
zobacz więcej:










