Wyobraź sobie, że dzwoni do Ciebie miły pan z propozycją zarobku poprzez inwestowanie w kryptowaluty. Pokazuje jak to działa, tłumaczy cierpliwie, prowadzi za rączkę przez cały proces. A potem, gdy próbujesz się wycofać, nagle przestaje być miły. Zaczyna straszyć pozwami, paragrafami, konsekwencjami prawnymi. I działa, bo kto z nas nie boi się sądu?
Reklama, telefon i 12 tysięcy w błoto
33-letnia mieszkanka powiatu monieckiego zobaczyła w Internecie reklamę inwestycji w kryptowaluty, wypełniła formularz i podała numer telefonu. I zaczęło się.
Zadzwonił „konsultant finansowy", który z zaangażowaniem godnym lepszej sprawy przekonywał ją do założenia konta na platformie inwestycyjnej. Pokazał jak wpłacić pieniądze, jak klikać, jak obserwować rosnące zyski na ekranie.
Pierwszy przelew: 1100 złotych. Potem 3800. Jeszcze 6900. W sumie blisko dwanaście tysięcy. Konto rosło, cyfry wyglądały obiecująco. Tylko że – jak łatwo się domyślić – to wszystko było oszustwem. Cyferki na ekranie nie miały nic wspólnego z rzeczywistością.
Gdy chciała wypłacić, zaczęły się groźby
Gdy kobieta przerwała wpłaty, oszust zaczął ją straszyć konsekwencjami prawnymi. Bo skoro podpisała umowę, to teraz musi dopłacić kolejne środki. Inaczej czekają ją poważne konsekwencje prawne.
I tu tkwi geniusz całego oszustwa. Oszust nie musiał nawet szczególnie się wysilać w finale, wystarczyło użyć magicznych słów „pozew" i „sąd". Większość ludzi nie ma bladego pojęcia o prawie, ale każdy boi się wezwania do sądu. To działa lepiej niż groźby, lepiej niż perswazja. Strach przed systemem prawnym paraliżuje.
Prawo jako broń psychologiczna
Podkomisarz Marcin Zagórski z Centralnego Biura Zwalczania Cyberprzestępczości Policji w jednym z artykułów na stronie kampanii Bezpieczne Złotówki tłumaczył:
To osoby w wieku produkcyjnym najczęściej padają ofiarami oszustw inwestycyjnych. Gdy połkną haczyk, często inwestują z początku niewielkie kwoty, osiągając pierwsze zyski. Następnie oszuści namawiają do dalszych inwestycji, tym razem wyprowadzając coraz więcej pieniędzy. W takim momencie nierzadko pojawia się wstyd, że „daliśmy się wrobić”, bo sami podjęliśmy błędną decyzję
Do tego wstydu dochodzi jeszcze strach. Psychologowie nazywają to „eskalacją zaangażowania", mechanizmem wzmacnianym przez naszą naturalną niechęć do przyznawania się do błędów. Im więcej zainwestowaliśmy czasu, pieniędzy i emocjonalnego zaangażowania, tym trudniej jest nam zaakceptować, że padliśmy ofiarą oszustwa
Oczywiście żadna umowa nie była wiążąca, żaden pozew nie wisiał w powietrzu. To była kolejna warstwa oszustwa, psychologiczna presja mająca wyciągnąć jeszcze więcej pieniędzy. Ale działa bo my, zwykli ludzie, wolimy zapłacić niż ryzykować spotkanie z prawnikiem.
Mechanizm zawsze ten sam
Mechanizm jest powtarzalny jak refren złej piosenki. Najpierw budowanie zaufania, miły głos, fachowa terminologia, cierpliwe tłumaczenie. Potem małe kwoty, żeby oswoić ofiarę z przelewami. Wreszcie eskalacja w związku z czym większe sumy, obietnice zysków, które rosną na ekranie jak grzyby po deszczu. A na koniec, gdy ofiara próbuje się obudzić, przychodzi czas na presję.
Co ciekawe, oszuści coraz częściej wykorzystują nie tyle naiwność, co konkretne lęki. Strach przed utratą pieniędzy zastępują strachem przed konsekwencjami prawnymi. To sprytne, bo ludzie mogą w końcu pogodzić się ze stratą kilku tysięcy, ale wizja sądowej batalii przerasta ich wyobraźnię. Wolą zapłacić niż walczyć z systemem, którego nie rozumieją.
Pieniądze przepadły, ślad zaginął
Policja oczywiście prowadzi postępowanie, ale szanse na odzyskanie pieniędzy są mikroskopijne. Oszuści działają zza granicy, przez skomplikowane struktury, z wykorzystaniem kont-słupów. Ślad ginie gdzieś między rajami podatkowymi a serwerami w egzotycznych krajach. Pieniądze przepadają raz na zawsze.
Oznacza to jedno, jeśli ktoś dzwoni z propozycją inwestycji, wiedz że to nie jest normalne. Prawdziwe firmy inwestycyjne nie szukają klientów przez przypadkowe formularze w Internecie. Nie dzwonią natarczywie. Nie prowadzą cię za rączkę przez cały proces. I przede wszystkim nie grożą pozwem, gdy chcesz wycofać swoje własne pieniądze.
Każdy jest narażony
Dwanaście tysięcy złotych to dla wielu ludzi kilkumiesięczne oszczędności. Urlop, remont, poduszka finansowa. Wszystko poszło w błoto, bo ktoś bał się pozwu, który nigdy nie istniał. To najsmutniejsza część tej historii, strach przed konsekwencjami okazał się gorszy niż same konsekwencje.
Może kiedyś nauczymy się jako społeczeństwo, że prawo nie jest bronią w rękach oszustów. Że nie można kogoś pozwać za to, że chce odzyskać swoje pieniądze. Groźby „konsekwencjami prawnymi" to zazwyczaj najlepszy dowód na to, że ktoś próbuje nas naciągnąć.
A może po prostu przestaniemy ufać nieznajomym, którzy obiecują złote góry przez telefon. Bo jeśli coś brzmi zbyt dobrze, żeby było prawdziwe – zazwyczaj tak właśnie jest.