1. Bezprawnik -
  2. Prawo -
  3. Google i Meta wiedzą, że emitują scam i zarabiają na nim miliardy. Można ich pozwać, by oddali nam pieniądze

Google i Meta wiedzą, że emitują scam i zarabiają na nim miliardy. Można ich pozwać, by oddali nam pieniądze

Z wewnętrznych dokumentów Mety, które opisała agencja Reuters, wynika, że koncern szacował u siebie około 16 miliardów dolarów rocznego przychodu z reklam oszustw, nielegalnego hazardu i towarów zakazanych, czyli mniej więcej co dziesiątego zarobionego dolara. Skoro platforma wie, że wśród emitowanych reklam są oszustwa, i mimo to je wyświetla, bo tak jej się opłaca, wraca pytanie, które zadaje sobie każdy okradziony internauta: czy pieniądze da się odzyskać od samego Google albo Facebooka, a nie tylko od nieuchwytnego słupa z Azerbejdżanu? I czy ten proceder mogą ukarać UOKiK albo KNF?

Mariusz Lewandowski19.08.2026 13:05
Prawo

Artykuł jest rozwinięciem problemów nakreślonych w publikacjach:

Odpowiedzialność platformy zaczyna się tam, gdzie kończy się jej niewiedza

Cały model obrony wielkich platform opiera się na jednym tak naprawdę twierdzeniu, że są tylko neutralnym pośrednikiem, biernym hostingiem, w zasadzie ofiarą tego całego systemu, który przechowuje cudze treści i nie odpowiada za to, co wrzuci reklamodawca.

Dostawca usługi hostingu rzeczywiście nie ponosi odpowiedzialności za nielegalne treści tak długo, jak nie ma o nich wiedzy, a gdy ją uzyska, działa niezwłocznie, by je usunąć. Tę zasadę, znaną wcześniej z chociażby ustawy o świadczeniu usług drogą elektroniczną czy dyrektywy o handlu elektronicznym, przejął unijny akt o usługach cyfrowych. Warto więc przypomnieć, czym jest DSA: to rozporządzenie, które porządkuje obowiązki platform i pozwala nakładać kary sięgające 6 proc. światowego obrotu.

Tymczasem dużym platformom bardzo łatwo jest udowodnić, że jednak wiedzieli. Nasze media społecznościowe pełne są doświadczeń użytkowników, którzy sami skarżą się, że zgłaszali Facebookowi oszukujące reklamy, a Facebook odrzucał zgłoszenia nie widząc problemu.

I przywoływane wcześniej ustalenia Reutersa też na świadomość platform wskazują. Z dokumentów wynika, że system Mety blokuje reklamodawcę dopiero wtedy, gdy algorytm jest w co najmniej 95 proc. pewny, że ma do czynienia z oszustem, a konta po prostu trochę mniej wiarygodne nie wylatują z platformy, tylko dostają wyższe stawki za emisję (czyli Meta zarabia jeszcze więcej). W jednym z dokumentów miała się pojawić wprost kalkulacja, że przychód z ryzykownych reklam niemal na pewno przewyższy koszt jakiejkolwiek ugody z regulatorem. Meta ten artykuł oczywiście oprotestowała, a jej rzecznik nazwał wskaźnik 10,1 proc. „zgrubnym i zbyt szerokim" szacunkiem, podkreślając, że w 2025 roku firma usunęła ponad 134 miliony fragmentów reklamowych powiązanych z oszustwami.

Zwrot pieniędzy od Google i Meta: podstawa istnieje, dowód jest trudny

Polskie prawo daje poszkodowanemu pewne narzędzia, choć będzie to spór drogi, długi i w dużej mierze precedensowy. Dlatego tutaj wielkie brawa należą się Rafałowi Brzosce, szefowi InPostu, który ma zasoby, by przecierać procesowe szlaki w walce z big techami. Podstawą roszczenia może być np. art. 415 kodeksu cywilnego, czyli odpowiedzialność za szkodę wyrządzoną z winy własnej, a także art. 422, który obejmuje tego, kto pomógł w wyrządzeniu szkody albo świadomie skorzystał z wyrządzonej drugiemu szkody. Jeśli platforma miała realną wiedzę, że emituje konkretną kampanię oszukańczą, i mimo to na niej zarabiała, my zyskujemy silne argumenty w sporze sądowym.

Z kolei zgodnie z art. 54 aktu o usługach cyfrowych, odbiorca usługi ma prawo dochodzić przed sądem odszkodowania za szkody poniesione w wyniku naruszenia przez platformę obowiązków wynikających z rozporządzenia. A niedopełnienie obowiązków można big techom udowodnić, choć - jak wspomniałem - łatwo nie będzie.

Poszkodowany musi wykazać nie tylko szkodę, ale i związek przyczynowy oraz to, że platforma wiedziała o nielegalnym charakterze danej reklamy i jej nie usunęła. Bezpośrednim sprawcą pozostaje oszust, a koncern będzie się bronił, że po zgłoszeniu reagował. Tylko, że tę linię obrony dot. „biernego hostingu" skruszył już szef InPostu w sprawie, w której Rafał Brzoska wygrywa z Metą: w kwietniu 2026 roku warszawski Sąd Apelacyjny odrzucił obronę opartą na twierdzeniu, że platforma jest wyłącznie neutralnym hostingiem. To wprawdzie nie do końca TEN SAM rodzaj sprawy - chodzi o spór o dobra osobiste konkretnej osoby, a nie o skradzione oszczędności konsumenta, ale sama linia rozumowania, że platforma nie jest przypadkowym widzem, przydaje się każdemu, kto myśli o pozwie.

Czasami (zależy od typu oszustwa), wystarczy wystąpić z procedurą chargeback z karty. Nie bez powodu to właśnie instytucje finansowe najgłośniej domagają się od platform współodpowiedzialności. Z raportu Juniper Research, w którym Revolut pokazuje, jak big techy zarabiają miliony na scamie kierowanym do Polaków, wynika, że platformy inkasują w Polsce około 725 mln zł rocznie z reklam będących oszustwami, a średnia strata skutecznie oszukanej osoby to około 3,4 tys. zł. To, że fałszywe reklamy na Facebooku wracają z tymi samymi twarzami mimo prawomocnych orzeczeń, tylko wzmacnia argument o systemowej, a nie przypadkowej wiedzy koncernu.

UOKiK może ukarać platformę, ale nie odda pieniędzy jednej ofierze

Prezes UOKiK działa w interesie publicznym i zajmuje się praktykami naruszającymi zbiorowe interesy konsumentów, a nie rozstrzyganiem pojedynczych sporów. Jeśli sposób publikowania reklam wprowadza konsumentów w błąd, urząd może uznać to za nieuczciwą praktykę rynkową i praktykę naruszającą zbiorowe interesy konsumentów, a następnie nałożyć karę do 10 proc. rocznego obrotu i nakazać zaniechanie. Urząd już się temu przygląda: prowadzi postępowanie wyjaśniające, w którym, jak mówił prezes Tomasz Chróstny, „sprawdzamy mechanizmy publikacji reklam w serwisach społecznościowych Facebook, Instagram oraz na wielu stronach podmiotów współpracujących z Google". Wcześniej zorganizował też okrągły stół z Metą, Google i TikTokiem poświęcony szybszemu eliminowaniu nielegalnych reklam.

Dla okradzionego konsumenta jest tu jednak zasadnicze ograniczenie. Kara UOKiK trafia do budżetu państwa, a nie na konto poszkodowanego, a sam urząd nie rozpatruje indywidualnych reklamacji, od tego są miejscy i powiatowi rzecznicy konsumentów. Decyzja UOKiK działa więc odstraszająco i systemowo, a prawomocne rozstrzygnięcie może się przydać jako dowód w cywilnym procesie o odszkodowanie, ale nie zastąpi pozwu.

KNF i lista ostrzeżeń celują w oszusta, nie w platformę

Z kolei Komisja Nadzoru Finansowego nie jest regulatorem Google ani Mety, więc nie ukarze ich za samo wyświetlenie reklamy. Jej narzędzia wymierzone są w podmiot, który stoi za oszustwem. Podstawowym jest lista ostrzeżeń publicznych prowadzona na mocy ustawy o nadzorze nad rynkiem finansowym, na którą trafiają firmy podejrzane o prowadzenie działalności bez wymaganego zezwolenia. Do tego dochodzi praca zespołu CSIRT KNF, który zgłasza oszukańcze reklamy, profile i domeny do CSIRT NASK, a te lądują na Liście Ostrzeżeń prowadzonej przez CERT Polska i od 2020 roku są blokowane przez operatorów telekomunikacyjnych. Skala jest ogromna, bo idzie o dziesiątki tysięcy domen rocznie.

Od lat cyberprzestępcy wykorzystują reklamy w Google, by wypozycjonować fałszywe strony logowania do banków ponad witryny prawdziwe, a model reaktywny nie nadąża: w jednym z testów CERT Polska na 122 zgłoszone reklamy usunięto zaledwie dziesięć. Warto też pamiętać, że świadczenia obiecywane przez podmioty bez zezwolenia KNF nie są objęte żadnymi państwowymi gwarancjami, ani Bankowego Funduszu Gwarancyjnego, ani systemu rekompensat KDPW. KNF ostrzega i zawiadamia prokuraturę, ale pieniędzy nie zwraca i platformy nie ukarze.

Najmocniejsze narzędzie leży w Brukseli, o ile Polska je uruchomi

Realny bat na koncerny to publiczne egzekwowanie DSA. Kary mogą sięgnąć 6 proc. globalnego obrotu, co dla firmy wielkości Mety oznacza kwoty liczone w miliardach, a nie w setkach milionów, a nadzór nad największymi platformami sprawuje bezpośrednio Komisja Europejska. Kłopot w tym, że w Polsce ustawa wdrażająca DSA została 9 stycznia 2026 roku zawetowana przez prezydenta Karola Nawrockiego, który zakwestionował tryb administracyjnego blokowania treści. Po wecie rząd podzielił przepisy na dwie części, a Sejm w lipcu uchwalił tę wyznaczającą Prezesa Urzędu Komunikacji Elektronicznej na koordynatora do spraw usług cyfrowych, u którego boku mają działać także Prezes UOKiK i przewodniczący KRRiT. Do czasu, aż koordynator zacznie w pełni działać, krajowa ścieżka egzekwowania DSA pozostaje w dużej mierze na papierze, a Polsce grożą za opóźnienie unijne kary.

Wicepremier i minister cyfryzacji Krzysztof Gawkowski zapowiedział, że zwróci się do Mety o wyjaśnienia w kwestii „eliminowania oszukańczych reklam, na których koncern cały czas zarabia", ale za oświadczeniami trudno na razie szukać realnych konsekwencji. W tle pobrzmiewa też groźba odwetu administracji Donalda Trumpa, która przedstawia unijne regulacje cyfrowe jako narzędzie wymierzone w amerykańskie firmy. Sam Brzoska reakcję platformy, która po ujawnieniu nazwisk jej polskich menedżerów zablokowała mu konto na Instagramie, skwitował dwoma słowami: „Państwo w państwie".

Co realnie może zrobić osoba oszukana?

Zwrot pieniędzy od Google czy Mety jest w teorii możliwy, bo dają go art. 415 i 422 kodeksu cywilnego oraz art. 54 DSA, ale wymaga wykazania wiedzy platformy i związku przyczynowego, co w pojedynczej sprawie bywa kosztowne i długie. Obawiam się, że jak ktoś dał się nabrać na tak scamerskie reklamy, to może mieć problem ze sfinansowaniem tego sporu. Zwłaszcza, że nawet biznesowi wyjadacze mają problem z ustaleniem kto tak naprawdę koncernem Meta w Polsce zarządza. Jak udało się to Brzosce i pokazał opinii publicznej nazwiska osób pełniących oficjalne stanowiska, to na chwilę zablokowali mu konto na Instagramie (sic!). Bantustan. Kara od UOKiK, KNF czy Komisji Europejskiej to z kolei narzędzie odstraszania, a nie rekompensaty, więc trafia do budżetu, a nie do poszkodowanego.

Kiedyś odzyskiwanie pieniędzy od banków z tytułu nieuczciwych umów kredytowych było abstrakcją, a dziś to potężna gałąź branży prawnej. Kto wie, może pewnego dnia polskie kancelarie będą taśmowo obsługiwały poszkodowanych przez zaniedbania Google i Meta na stopie reklamowej?

Obserwuj nas w Google Discover
Google Discover
Podobają Ci się nasze treści?
Google Discover