1. Bezprawnik -
  2. Prywatność i bezpieczeństwo -
  3. Meta się spłakała, bo Rafał Brzoska dał jej polskim włodarzom namiastkę tego, co na Facebooku robią jego rodzinie codziennie

Meta się spłakała, bo Rafał Brzoska dał jej polskim włodarzom namiastkę tego, co na Facebooku robią jego rodzinie codziennie

Meta odpowiedziała na publiczny atak Rafała Brzoski, tyle że w jej oświadczeniu próżno szukać słowa „przepraszam". Zamiast tego koncern uznał, że wymienianie z nazwiska jego polskich menedżerów „zagraża ich bezpieczeństwu", a winę za oszukańcze reklamy rozłożył równo między platformy, banki i samych konsumentów. Mark Zuckerberg z dumą prasuje swój szary t-shirt, patrząc jak lokalny oddział jego globalnej korporacji potrafi zrobić z ofiary współwinnego, a z siebie stronę poszkodowaną.

Zabrakło jednego słowa

Twórca InPostu kilka dni temu po raz kolejny pokazał publicznie, jak jego wizerunek jest wykorzystywany w płatnych reklamach na Facebooku i Instagramie. Chodzi oczywiście o spreparowane „newsy" o zatrzymaniu przez policję, o pobiciu żony, wreszcie o jej rzekomej śmierci. Reklamy, za które ktoś Mecie zapłacił, ktoś to zaakceptował, emitowano w setkach tysięcy, jeśli nie milionach jednostek, a potem oglądały je między innymi jego dzieci.

W odpowiedzi na krytykę biuro prasowe koncernu wystosowało kuriozalne oświadczenie. Meta przekonuje, że „skuteczna walka z oszustami wymaga ścisłej współpracy pomiędzy platformami technologicznymi, instytucjami finansowymi oraz samymi konsumentami". Jest platforma technologiczna, jest bank, jest konsument (czyli okradana ofiara), nie ma za to firmy, która na wyświetlaniu tych reklam zarabia. Sam Brzoska skwitował to zgryźliwie, pisząc, że uczciwe oświadczenie brzmiałoby: „Przepraszamy, zarabiamy na tym i nie umiemy tego zatrzymać".

Koncern chwali się co prawda liczbami: w ciągu ostatniego roku miał wykryć i usunąć ponad 159 milionów oszukańczych reklam na całym świecie, w tym 92 proc. zanim ktokolwiek je zgłosił. Problem w tym, że to samo przedsiębiorstwo od lat nie potrafi zatrzymać kampanii z tym samym, znanym z nazwiska poszkodowanym, mimo prawomocnych wyroków polskich sądów. To już nie pierwszy raz, gdy fałszywe reklamy na Facebooku okazują się problemem nie do przeskoczenia.

Zablokowane konto i „zagrożone bezpieczeństwo"

Krótko po tym, jak szef InPostu opublikował nazwiska osób z polskich władz Mety, jego konto na Instagramie zostało zablokowane. Później je odblokowano, ale niesmak pozostał, co Brzoska podsumował dwoma słowami: „Państwo w państwie". Do sprawy odniósł się nawet wicepremier i minister cyfryzacji Krzysztof Gawkowski, według którego blokada konta to „cenzura w najczarniejszym wydaniu".

W tej samej sprawie, w której ofiara od miesięcy walczy o usunięcie treści sugerujących śmierć jej żony, to Meta ogłasza, że czuje się zagrożona. Że publiczne wskazanie menedżerów „zagraża ich bezpieczeństwu i w żaden sposób nie przyczyni się do rozwiązania problemu". Kolejność zdarzeń ma tu znaczenie prawne: chodzi o osoby pełniące funkcje publiczne w spółce, a jak zauważył sam Brzoska, jeden z wymienionych, Jakub Turowski, dyrektor Mety do spraw polityki publicznej na Europę Środkowo-Wschodnią, zasiada w Radzie do spraw Cyfryzacji oraz w Radzie Nowych Mediów przy Kancelarii Prezydenta. Wskazywanie z nazwiska de facto lobbysty, którego afiliację opublikowało wcześniej samo państwo, trudno uznać za nękanie szeregowego pracownika.

Przypomnijmy przy okazji, że wcześniejsze postanowienia, dzięki którym Rafał Brzoska wygrywa z Meta, objęły między innymi roczne zabezpieczenie zakazujące publikacji reklam z wizerunkiem jego żony pod rygorem kar pieniężnych.

16 miliardów dolarów, których w oświadczeniu nie ma

Agencja Reuters, powołując się na wewnętrzne dokumenty Mety, ustaliła, że firma szacowała u siebie około 16 miliardów dolarów przychodu (mniej więcej 10 proc. całości za 2024 rok) jako pochodzące z reklam oszustw i towarów zakazanych. To cały strumień absurdalnych pieniędzy, porównywalny z całą polityką rabatową niejednej giełdowej spółki.

A działa to tak: oszust wykupuje reklamę, platforma pobiera opłatę za wyświetlenia, a to, czy przekaz prowadzi do legalnej transakcji, czy do wyczyszczenia komuś konta, z perspektywy przychodu nie ma znaczenia. Dokładnie tę logikę obnaża raport, w którym Revolut pokazuje, jak big techy zarabiają miliony na scamie kierowanym do Polaków. Ofiarami padają też osoby, które z inwestowaniem nie mają nic wspólnego, choćby lekarze, których wizerunek lekarzy posłużył do sprzedaży cudownych specyfików. Skoro jedna trzecia problemu to zarazem realny zysk, nikt nie skasuje go dobrowolnie.

Dlaczego w tej sprawie zadziała tylko prawo

Z konsumenckiego punktu widzenia najważniejszy jest wniosek, który wynika z tej sprawy niezależnie od tego, jak potoczy się osobisty spór miliardera z koncernem. Dopóki usuwanie oszukańczych reklam pozostaje modelem reaktywnym (platforma reaguje dopiero po zgłoszeniu i po nagłośnieniu), dopóty przeciętny użytkownik jest zdany na łut szczęścia.

Takim narzędziem miał być unijny Akt o usługach cyfrowych. Warto przypomnieć, czym jest DSA: to rozporządzenie przewidujące gigantyczne kary za tolerowanie nielegalnych treści, sięgające nawet 6 proc. światowych przychodów. Polska ustawa wdrażająca te rozwiązania została jednak na początku roku zawetowana przez prezydenta, a resort cyfryzacji zapowiada kolejne podejście w parlamencie. Nie chodzi o to, czy Meta poczuła się urażona, lecz o to, czy państwo da sobie odebrać jedyne narzędzie, które big tech traktuje poważnie. Bo jak pokazuje reakcja koncernu, na uprzejme prośby ma gotową odpowiedź.

Obserwuj nas w Google Discover
Google Discover
Podobają Ci się nasze treści?
Google Discover