Eksperci zastanawiają się wspólnie z politykami nad tym, jak poprawić skuteczność profilaktyki w Polsce
Wyzwania z dziedziny opieki zdrowotnej nie sprowadzają się wyłącznie do znajdowania pieniędzy, by załatać nimi dziurę w którymś budżecie. Polska cały czas stoi przed problemami natury medycznej. Dobrym przykładem jest tutaj skuteczność szeroko rozumianej profilaktyki nowotworowej. Jak powszechnie wiadomo, lepiej jest zapobiegać niż leczyć. W tym przypadku chodzi także o wykrywanie potencjalnie niebezpiecznych zmian, zanim te przerodzą się w złośliwe nowotwory, które zabiją pacjenta. Właśnie temu służy profilaktyka. Tyle tylko, że nawet najskuteczniejsza diagnostyka niewiele zdziała, jeśli Polacy nie będą chcieli z niej skorzystać.
Jak rozwiązać ten dylemat? Serwis rynekzdrowia.pl zwraca uwagę na spotkanie eksperckie na temat profilaktyki, które odbyło się we wtorek 17 lutego w Sejmie. Eksperci razem z posłami i przedstawicielami Ministerstwa Zdrowia zastanawiali się, jak uczynić profilaktykę w naszym kraju skuteczniejszą. Owszem, w szkołach pojawiła się edukacja zdrowotna, która od przyszłego roku szkolnego stanie się wreszcie obowiązkowa. Być może. No, chyba że jakaś bardziej konserwatywna część koalicji rządzącej znowu stanie okoniem.
Nie sposób także nie przyznać, że rzeczywiście rządzący mają pewne sukcesy, jak na przykład profilaktyka raka szyjki macicy czy powrót do obowiązkowych szczepień przeciwko wirusowi HPV, z którym Polska była jedynym krajem UE bez programu powszechnego.
Szczególnie istotny wydaje się jednak przede wszystkim jeden konkretny wniosek natury czysto praktycznej. Prof. Paweł Koczkodaj z Narodowego Instytutu Onkologii zaproponował na przykład, by przywrócić imienne zaproszenia na mammografię. Uznał wręcz, że to "jeden z nisko wiszących owoców". Wtórował mu prezes NFZ Marek Augustyn:
Żaden z polskich programów przesiewowych nie spełnia europejskich kryteriów, m.in. poprzez brak wysyłania zaproszeń. To oznacza, że wyrzucamy pieniądze w błoto – tak może być, ale nie mam na to dowodów.
Obecnie nic nie stoi na przeszkodzie, by takie zaproszenia rozsyłać. Mamy infrastrukturę informatyczną z danymi pacjentów i możliwością proponowania rozsądnych terminów badań. Eksperci zalecili nawet okolice 6 tygodni od momentu otrzymania takiego zaproszenia. Owszem, imienne zaproszenia na badania stanowią pewną sprytną sztuczkę socjotechniczną. W tym przypadku jej zastosowanie wydaje się nie tylko uzasadnione, ale także skuteczne.
Imienne zaproszenia na badania profilaktyczne zniknęły, bo poprzedniemu rządowi było szkoda na nie pieniędzy
W tym momencie warto sobie zadać kilka ważnych pytań. Jeżeli imienne zaproszenia na badania są skuteczne, to dlaczego ich nie rozsyłamy? Tak się składa, że korzystaliśmy z tej metody zachęcania do udziału w badaniach przesiewowych w przeszłości. Listowne zaproszenia na badania cytologiczne i mammograficzne trafiały do Polek w latach 2006–2015. Przestały dlatego, że poprzednia ekipa rządząca doszła do wniosku, że są one kosztowne i nieskuteczne. Stanowisko to poparła wówczas nawet Najwyższa Izba Kontroli.
Rzeczywistość niestety boleśnie zweryfikowała te założenia. Okazało się, że i tak niski odsetek uczestniczek badań profilaktycznych zaczął spadać jeszcze bardziej. Wydaje się więc, że problem tkwił zupełnie gdzie indziej.
Rzecznik Praw Pacjenta Bartłomiej Chmielowiec wskazywał inne potencjalne czynniki osłabiające skuteczność profilaktyki w Polsce. Należą do nich wykluczenie komunikacyjne części pacjentów oraz nieprawdziwe informacje, np. o szkodliwości badań mammograficznych czy szczepień przeciw HPV. Nie da się ukryć, że mamy w Polsce systemowy problem z antymedyczną dezinformacją. Rzecznik Praw Pacjenta sugeruje więc włączenie do programów profilaktycznych instytucji cieszących się zaufaniem albo przynajmniej jakąś formą autorytetu: lokalne koło gospodyń wiejskich, pracodawca. Ja bym wskazał jeszcze na parafie.
Kolejnym pytaniem, które należałoby w tym kontekście zadać, jest to, czy programy profilaktyczne będą dostatecznie chronione przed współczesnym problemem w postaci podszywania się pod nie ze strony oszustów. Nie da się ukryć, że naciągacze bardzo często oferują swoim ofiarom zaproszenia na badania albo pseudonaukowe "badania". Wszystko po to, by wcisnąć im jakieś przepłacone badziewie.
Mamy też całe zastępy autentycznych szarlatanów, których model biznesowy sprowadza się do zniechęcania pacjentów do prawdziwych badań i udzielania nielegalnych porad "medycznych". Niedawno prokuratura postawiła zarzuty 25-latkowi z wykształceniem gimnazjalnym, który na pseudomedycznych poradach zarobił ponad 4 mln zł – i to jest dopiero wierzchołek góry lodowej. Koniec końców oczywiście otrzymują oni do wykupienia sprzedawane przez "naturopatę" badziewie, które w najlepszym wypadku okaże się zwykłym suplementem diety.
Trzeba się także zastanowić, czy dobrym pomysłem nie byłoby pójść od razu na całość i do koncepcji imiennych zaproszeń na badania włączyć także panów. Przywoływany już prof. Paweł Koczkodaj wskazywał nie tylko na trend wzrostowy zachorowalności na nowotwory u mężczyzn, ale również na dramatycznie niską zgłaszalność tej grupy na badania profilaktyczne.
Warto dodać, że Ministerstwo Zdrowia pracuje nad ustawą Lex Szarlatan, która ma ograniczyć działalność pseudomedycznych guru – jej przyjęcie byłoby naturalnym uzupełnieniem powrotu imiennych zaproszeń, bo bez eliminacji szarlatanów pacjenci nadal będą narażeni na dezinformację.
Obserwuj nas w Google Discover
Podobają Ci się nasze treści?
Google Discover
Obserwuj