- Bezprawnik -
- Energetyka -
- Mamy 209 biogazowni. Niemcy mają ponad 9300 i wiedzą, po co
Mamy 209 biogazowni. Niemcy mają ponad 9300 i wiedzą, po co
Polska transformacja energetyczna przyspiesza. Przybywa paneli fotowoltaicznych i farm wiatrowych, a wraz z nimi rośnie udział OZE w produkcji energii. Problem polega na tym, że wiatr i słońce mają fundamentalną wadę — produkują energię wtedy, gdy pozwala na to pogoda.
Dlaczego Polska inwestuje głównie w źródła zależne od pogody
Coraz ważniejsze staje się pytanie, dlaczego Polska tak mocno inwestuje w fotowoltaikę i wiatr, a znacznie mniej w źródła odnawialne, które można wykorzystywać w sposób bardziej przewidywalny, czyli biogazownie, elektrownie wodne czy geotermię.
Nie chodzi o rezygnację z wiatraków i paneli. Chodzi o proporcje. System energetyczny potrzebuje nie tylko dużej mocy zainstalowanej, ale również źródeł, które dostarczą energię wtedy, gdy naprawdę jest potrzebna.
Nierynkowe redysponowanie OZE, czyli płacimy za energię, której nie można wykorzystać
Kwestia ta nie jest już tylko teoretycznym rozważaniem. Polskie Sieci Elektroenergetyczne (PSE) regularnie wydają polecenia ograniczenia produkcji z OZE. W lipcu 2026 r. dotyczyły one kolejnych dni zarówno instalacji fotowoltaicznych, jak i wiatrowych. PSE prowadzą specjalny system rozliczania rekompensat za takie ograniczenia. Mechanizm nazywa się nierynkowym redysponowaniem. Kiedy energii z wiatru i słońca jest zbyt dużo w stosunku do zapotrzebowania lub możliwości sieci, operator nakazuje części instalacji ograniczenie produkcji.
I pojawia się paradoks. Właściciel instalacji, który wykonał takie polecenie, ma co do zasady prawo do rekompensaty za energię, której nie wyprodukował wskutek decyzji operatora. Z punktu widzenia całego systemu pozostaje realny koszt — mamy instalację zdolną produkować energię, ale system nie jest w stanie jej przyjąć, a ograniczenie produkcji trzeba rozliczyć finansowo.
W pierwszej połowie 2026 roku PSE wypłaciły już 57,9 miliona złotych rekompensat, ponad dwa razy więcej niż w całym poprzednim roku. Prognozuje się, że z powodu rosnącej fali wyłączeń łączny rachunek za nierynkowe redysponowanie szybko przekroczy 100 milionów złotych. Z punktu widzenia ekonomicznego jest to po prostu czyste marnotrawstwo.
Presja na sieć nie kończy się zresztą na dużych farmach. Masowe kontrole fotowoltaiki w Polsce pokazują, że operatorzy dystrybucyjni zaczęli twardo weryfikować także mikroinstalacje prosumenckie — bo przy obecnym nasyceniu sieci każda nieprawidłowość potrafi wywołać efekt kaskadowy.
Biogazownie w Polsce, czyli stabilne OZE, które wciąż jest niszą
Biogazownia ma cechę, której nie posiada panel fotowoltaiczny. Nie potrzebuje słońca. Może produkować energię wtedy, kiedy jest potrzebna, wykorzystując odpady rolnicze, pozostałości przemysłu spożywczego czy odchody zwierzęce. Eksperci branży energetycznej podkreślają, że biogaz jest źródłem stabilnym, sterowalnym i dyspozycyjnym, a więc może pełnić funkcję naturalnego uzupełnienia dla pogodozależnych OZE.
Tymczasem skala polskiego rynku pozostaje niewielka. Według Krajowego Ośrodka Wsparcia Rolnictwa na koniec maja 2026 r. w rejestrze znajdowało się 209 instalacji biogazu rolniczego należących do 175 podmiotów. Brak inwestycji w biogazownie jest szczególnie zastanawiający, ponieważ Polska ma ogromne zaplecze rolnicze.
Biogazownia może więc jednocześnie produkować energię, zagospodarowywać odpady i tworzyć dodatkowe źródło dochodów na obszarach wiejskich. Nie wykorzystujemy potencjału biogazu, który może być produkowany z polskiego surowca, przez polskich przedsiębiorców i na polskiej wsi. Pieniądze pozostają wówczas w znacznie większym stopniu w krajowym obiegu gospodarczym.
Niemcy pokazują, że można inaczej
Dobrym przykładem są Niemcy. Według niemieckiego Związku Biogazowego pod koniec 2025 r. działało tam ponad 9300 biogazowni produkujących energię elektryczną oraz prawie 300 instalacji biometanowych.
Niemcy również masowo budują wiatraki i fotowoltaikę, ale jednocześnie stworzyli ogromny sektor biogazowy. Pokazuje to, że transformacja energetyczna nie musi oznaczać postawienia wszystkiego na dwa źródła zależne od pogody.
Polska ma przy tym dużą przewagę, czyli ogromny sektor rolniczy, który może dostarczać substratów do produkcji biogazu.
Hydroenergetyka i geotermia jako źródła przewidywalne
Norwegia postawiła na wodę
Jeszcze bardziej wyrazisty jest przykład Norwegii. Tam podstawą systemu jest hydroenergetyka. W czerwcu 2026 r. odpowiadała za około 90 proc. produkcji energii elektrycznej. Polska oczywiście nie może skopiować całkowicie norweskiego modelu. Mamy zupełnie inne warunki geograficzne i znacznie mniejsze zasoby wodne. Podobnie Austria, gdzie hydroenergetyka również odgrywa ogromną rolę, ma warunki, których nie można przenieść na polski grunt. Natomiast oba przykłady pokazują coś ważnego: OZE nie musi oznaczać wyłącznie paneli i wiatraków.
Polska też ma potencjał wodny
Nie chodzi o budowę tysięcy nowych wielkich zapór. Znacznie ciekawszym kierunkiem jest wykorzystanie istniejącej infrastruktury, czyli jazów, stopni wodnych czy zapór.
Wody Polskie wskazują na możliwość wykorzystania wielu istniejących obiektów hydrotechnicznych. Lista obejmuje niemal 4000 lokalizacji, choć nie oznacza to oczywiście planu budowy 4000 elektrowni, ale potencjalne miejsca, które inwestorzy mogą poddawać dalszej analizie.
Hydroenergetyka ma podstawową przewagę — jej produkcja jest znacznie bardziej przewidywalna niż produkcja z wiatru i słońca. Nie rozwiąże ona wszystkich problemów polskiej energetyki, ale może być jednym z elementów stabilizujących system i budujących niezależność.
Geotermia, czyli ryzyko odwiertu w zamian za niezależność od pogody
Podobnie wygląda sytuacja z geotermią. Jej największym problemem są wysokie koszty odwiertów i ryzyko geologiczne. Ekspert PIG-PIB dr Mariusz Socha wskazywał, że jednym z głównych hamulców rozwoju geotermii jest właśnie ryzyko geologiczne i koszt fazy poszukiwawczej. Dopiero wykonanie pierwszego otworu pozwala w praktyce potwierdzić jakość i wydajność zasobów. Z drugiej strony geotermia ma jedną ogromną zaletę: nie interesuje jej pogoda.
W Polsce szczególnie duży potencjał może mieć w ciepłownictwie. Stabilne źródło geotermalne może dostarczać ciepło niezależnie od tego, czy świeci słońce, czy wieje wiatr.
Stabilne OZE jako wielki program dla polskiego przemysłu
Jest jeszcze jeden argument za większymi inwestycjami w stabilne OZE, o którym mówi się zdecydowanie za mało. Budowa hydroelektrowni, modernizacja istniejących obiektów hydrotechnicznych, rozwój biogazowni czy geotermii mogłyby stać się kołem zamachowym polskiej gospodarki. Takie inwestycje angażują projektantów, konstruktorów, firmy budowlane, producentów urządzeń, automatykę, energetykę, transport i późniejszy serwis.
Polska ma zresztą w tej dziedzinie własną znaczącą tradycję.
Gabriel Narutowicz, późniejszy pierwszy prezydent RP, był jednym z najwybitniejszych europejskich specjalistów od budownictwa wodnego i elektrowni wodnych. Pracował przy dużych projektach hydroenergetycznych w Szwajcarii i innych państwach Europy.
Drugą ważną postacią był Alfons Hoffmann, pionier polskiej elektryfikacji, który rozwijał koncepcję wykorzystania energetyki wodnej i budował system elektroenergetyczny Pomorza. Pokazuje to, że hydrotechnika nie jest dla Polski obcą technologią. Mamy własną tradycję, kadry, uczelnie i doświadczenie inżynieryjne. Dlaczego więc nie potraktować rozwoju stabilnych OZE jako wielkiego programu przemysłowego?
Zamiast kupować, należy budować własne technologie
Jeżeli państwo będzie inwestować w modernizację obiektów wodnych i rozwój biogazowni, zamówienia mogą trafiać do polskich projektantów, firm budowlanych, producentów urządzeń, automatyków i serwisantów. Pozwoliłoby to zbudować całkowicie inną filozofię transformacji. Nie tylko kupujemy zieloną energię, ale budujemy przy okazji własny przemysł.
Oczywiście nie oznacza to, że wszystkie technologie uda się produkować w Polsce. Przy dużych projektach część urządzeń nadal może pochodzić z zagranicy. Można jednak świadomie zwiększać krajowy udział w projektowaniu, budowie, automatyce, usługach i utrzymaniu instalacji.
Nie chodzi o rezygnację z wiatraków i fotowoltaiki
Najgorszym wnioskiem byłoby stwierdzenie, że skoro wiatr i fotowoltaika powodują problemy systemowe, należy przestać je budować. Nie. Problemem jest jednak zachowanie odpowiednich proporcji. Oparcie gospodarki i przemysłu tylko na energii z wiatru i słońca to szaleństwo i utopia.
Kierunek legislacyjny jest zresztą przesądzony — zmiany w ustawie wiatrakowej mają uwolnić potencjał farm wiatrowych i skrócić minimalne odległości od zabudowań, co oznacza kolejne gigawaty mocy zależnej od pogody.
Jeżeli budujemy kolejne gigawaty fotowoltaiki i energetyki wiatrowej, musimy równocześnie budować magazyny, sieci i źródła, które można uruchomić wtedy, gdy OZE nie produkują wystarczająco dużo. Eksperci od dawna zresztą powtarzają, że w Polsce oprócz paneli i wiatraków potrzebne są inwestycje w nowoczesne magazyny energii. W przeciwnym razie będziemy mieli sytuację, w której w południe energii jest za dużo, a kilka godzin później trzeba uruchamiać źródła zabezpieczające system.
Polska powinna budować system energetyczny, nie tylko megawaty
Przez lata sukces transformacji łatwo było mierzyć liczbą nowych megawatów. Kolejna farma, kolejny gigawat, kolejny rekord mocy. Tymczasem bezpieczeństwo energetyczne wymaga czegoś więcej, czyli przewidywalności, stabilności, magazynowania i mocnych sieci.
Redysponowanie OZE pokazuje, że problem już istnieje. PSE nie tylko wydają polecenia ograniczenia produkcji, ale prowadzą również system rekompensat za energię niewyprodukowaną wskutek takich decyzji. A rachunek na końcu zapłacą wszyscy konsumenci w miesięcznych opłatach za energię czy ogrzewanie. Nie jest to argument przeciwko OZE, ale rachunek za brak równowagi pomiędzy źródłami zależnymi od pogody a resztą systemu. Rosnące koszty energii uderzają przy tym najmocniej w firmy, których nikt przed drożyzną nie osłania.
Dlatego Polska powinna inwestować nie tylko w to, co najłatwiej i najszybciej postawić, lecz także w to, co pozwoli wykorzystać energię za 10, 20 i 30 lat. Biogazownia może pracować wtedy, kiedy potrzebuje jej system. Elektrownia wodna daje bardziej przewidywalną produkcję. Geotermia może dostarczać stabilne ciepło. Magazyny mogą przechowywać nadwyżki, a moce konwencjonalne i jądrowe zapewniać bezpieczeństwo w okresach niedoboru — choć pierwsza elektrownia atomowa w Polsce wciąż pozostaje projektem, na który czekamy od kilkunastu lat.
Największym błędem nie jest więc to, że Polska inwestuje w wiatr i słońce. Błędem byłoby uwierzyć, że sama liczba wiatraków i paneli wystarczy do stworzenia bezpiecznej energetyki. Transformacja może być dla Polski nie tylko zmianą sposobu produkcji energii. Może być również wielkim programem modernizacji przemysłu. Trzeba tylko zdecydować, czy chcemy przede wszystkim kupować gotowe technologie, czy przy okazji budować własne.
zobacz więcej:











