1. Bezprawnik -
  2. Firma -
  3. Limit ryczałtu spadnie o 7/8. Tak rząd chce zapłacić za wyższy próg podatkowy

Limit ryczałtu spadnie o 7/8. Tak rząd chce zapłacić za wyższy próg podatkowy

Premier obiecał podwyższenie drugiego progu podatkowego wraz z nową niższą stawką PIT. O wiele gorzej brzmi obniżenie limitu ryczałtu oraz podwyżka podatków dla najlepiej zarabiających osób prawnych. Nic dziwnego, że otoczenie prezydenta już sugeruje weto. To nie koniec złych wieści.

Wyższy drugi próg podatkowy i nowa stawka 24 proc. Cenę zapłacą ryczałtowcy

Doczekaliśmy się. Premier Tusk potwierdził zmiany w PIT już w 2027 roku — wraz z ministrem finansów Andrzejem Domańskim zapowiedział podwyższenie drugiego progu podatkowego ze 120 do 130 tys. zł. To nie koniec, dochody do poziomu 150 tys. zł będą opodatkowane niższą stawką 24%. Tym samym przy okazji pojawi się także trzeci próg podatkowy na tym właśnie poziomie.

Nie jest to może płynne przesunięcie opodatkowania dochodów stawką 32% od 150 tys. zł, ale wciąż mamy do czynienia ze zmianą ewidentnie na korzyść podatników. To znaczy: mielibyśmy, gdyby był to jedyny element składowy przygotowywanej reformy.

Waloryzacja progów podatkowych bez ustawowego mechanizmu

Haczyków jest więcej, niż wątpliwa waloryzacja progów podatkowych — w czwartek pisaliśmy na Bezprawniku, że Domański obiecuje waloryzację progów podatkowych co roku. Przypomnijmy: rządowe plany nie zawierają na razie mechanizmu automatycznej waloryzacji, co z kolei wymagałoby każdorazowego uchwalania nowej ustawy. Powiedzieć, że obecnym rządzącym idzie to dość ślamazarnie, to jak nie powiedzieć nic.

O wiele większym problemem okazują się jednak zmiany, które mają pomóc sfinansować de facto obniżkę podatków na skali podatkowej. Uderzą one po kieszeni pozostałych przedsiębiorców.

Zmniejszenie limitu ryczałtu to uderzenie w średnie firmy

Przede wszystkim, premier zapowiedział powrót do starego limitu przychodów uprawniających do korzystania z ryczałtu od przychodów ewidencjonowanych. Szefowi rządu trzeba oddać, że uczciwie wyłożył, dlaczego zdecydowano się na takie posunięcie:

Wrócimy do wcześniejszego limitu przychodów, który wynosi 250 tysięcy euro rocznie. A więc też milion złotych. Mówiąc krótko. Chcemy, aby to największe, najbogatsze, osiągające najwyższe przychody, firmy i koncerny, oraz pracownicy ryczałtowi, którzy są milionerami - w sensie rocznym i zarabiają ponad milion złotych - żeby to oni przyjęli na siebie przynajmniej część sfinansowania tego projektu

To nie pierwszy raz, gdy ryczałtowcy trafiają na celownik resortu finansów — na stole leżała już nawet likwidacja ryczałtu dla wybranych branż.

Limit ryczałtu spadnie o 7/8. Co mówi ustawa

Jak dotkliwa będzie to zmiana? Odpowiedź na to pytanie znajdziemy w art. 6 ust. 4 ustawy o zryczałtowanym podatku dochodowym od niektórych przychodów osiąganych przez osoby fizyczne:

Podatnicy opłacają w roku podatkowym ryczałt od przychodów ewidencjonowanych z działalności wymienionej w ust. 1, jeżeli:

    Mamy więc do czynienia z planem zmniejszenia limitu o 7/8. Po zmianach przedsiębiorcy będą tracili prawo do wyboru ryczałtu, jeśli uzyskują przychody wynoszące średnio ok. 20 833 euro miesięcznie, a więc niecałe 90 tys. złotych. Jest to wysoka kwota, ale trzeba pamiętać, że mówimy o przychodzie. Jest osiągalna nawet przez małe firmy zatrudniające kilku pracowników.

    Podwyżka stawki CIT do 22 proc. kończy liniowy charakter podatku

    To nie koniec złych wieści. Rządzący planują również podniesienie stawki podatku CIT z 19 do 22% dla podmiotów osiągających roczne przychody przekraczające 50 milionów euro oraz dla podatkowych grup kapitałowych. Premier Donald Tusk przekonuje, że celem tej konkretnej zmiany są duże przedsiębiorstwa i koncerny, które uzyskują największe dochody. Problem w tym, że dziś polskie firmy płacą miliony z tytułu CIT, a zagraniczne koncerny nawet 0 zł, więc wyższa stawka niekoniecznie trafi tam, gdzie powinna.

    Ktoś złośliwy mógłby w tym momencie wypomnieć, że tak się właśnie kończy niemalże powszechna aprobata dla nałożenia "karnej" stawki CIT na banki, która w tym roku wynosi 30%, a docelowo ma wynieść 23%.

    Wczoraj przyszli po banki, dzisiaj po największe spółki. Z czasem być może pojawi się postulat podniesienia podstawowej stawki tego podatku do tego samego poziomu. Przy czym trzeba zaznaczyć, że rząd nawet nie zasugerował, że rozważa takie rozwiązanie.

    Weto prezydenta Nawrockiego to bardzo realny scenariusz

    Jeszcze dzisiaj rano byłem zdania, że połączenie korzystnych zmian z de facto podwyższeniem podatków dla średnich i dużych przedsiębiorstw to kolejny przejaw proszenia się rządzących o weto. W momencie, w którym piszę te słowa, nie musimy się nawet zastanawiać nad prawdopodobieństwem. Przedstawiciele Kancelarii Prezydenta potwierdzili moje obawy niemalże wprost.

    Mam na myśli fragment wypowiedzi rzecznika prezydenta Rafała Leśkiewicza, będącej komentarzem do planów podatkowych rządu Donalda Tuska. Ściślej mówiąc, chodzi mi o ten fragment:

    Podniesienie drugiego progu podatkowego, stworzenie też tego pośredniego progu podatkowego i podniesienie podatku CIT wyzeruje tak naprawdę cały proces korzyści dla obywatela. To jest tylko zabieg PR-owski.

    Leśkiewicz zaznaczył przy tym, że "Złe przepisy prawa nie będą akceptowane przez Prezydenta". Równocześnie zasugerował, że dociśnięci zmianą prawa przedsiębiorcy przerzucą nowe koszty na swoich klientów. O ile trudno mówić w tym przypadku o automatyzmie, o tyle nie sposób nie zauważyć, że pojawi się pokusa odzyskania przynajmniej części pieniędzy przy pierwszej okazji.

    Podniesienie drugiego progu podatkowego jest spóźnione o co najmniej rok

    Zaryzykowałbym stwierdzenie, że prezydenckie weto w przypadku zapowiedzianej reformy opodatkowania dochodu jest bardzo realnym scenariuszem. Nawet gdyby nie było, to i tak nie musi ona przynieść większych korzyści rządzącym.

    Podwyższenie drugiego progu podatkowego i wprowadzenie trzeciego miałoby wejść w życie od przyszłego roku. Tym samym pierwszą korzyść odczulibyśmy przy składaniu zeznań podatkowych za 2027 rok. Nastąpi to na początku roku 2028, a więc już dawno po przyszłorocznych wyborach parlamentarnych.

    Teoretycznie można by argumentować, że chęć znalezienia dodatkowych środków na realizację przedwyborczej zapowiedzi to przejaw odpowiedzialności za państwo. Czy jednak aby na pewno? Rządzący na pewno zdają sobie sprawę z politycznego kontekstu.

    Rafał Leśkiewicz może mieć trochę racji z twierdzeniem, że plany rządu to "ściema"

    Wiedzą doskonale, że prezydent Karol Nawrocki obiecał wyborcom pozującej na "partię przedsiębiorców" Konfederacji, że nie przyłoży ręki do podnoszenia w Polsce podatków. Zdają sobie sprawę z tego, że pobił on już rekord wszechczasów w liczbie zawetowanych ustaw. Rządzący potrafią też liczyć i na pewno wiedzą, że postulat dalszego obniżania podatku PIT na skali podatkowej jest spóźniony co najmniej o rok — w Sejmie leżą przecież dalej idące pomysły, jak choćby drugi próg podatkowy od 171 tys. zł.

    Możliwe więc, że rzeczywiście chodzi o próbę pokazania, że rząd próbuje spełniać swoje obietnice z poprzednich wyborów przed kolejnymi. Że nic z tego nie wyjdzie? Tym lepiej. Ryczałtowcy i wspólnicy dużych spółek nie powinni się więc martwić na zapas. Ryzyko wcale nie jest takie duże.

    Obserwuj nas w Google Discover
    Google Discover
    Podobają Ci się nasze treści?
    Google Discover