- Bezprawnik -
- Społeczeństwo -
- Opłata serwisowa zabiła napiwki. Kelnerzy wprost przyznają, że zarabiają mniej niż wcześniej
Opłata serwisowa zabiła napiwki. Kelnerzy wprost przyznają, że zarabiają mniej niż wcześniej
Restauracje najwyraźniej pokochały opłaty serwisowe – obowiązkowe napiwki doliczane do wartości zamówienia za „obsługę". Polacy są nastawieni mniej entuzjastycznie. Okazało się, że nie kwapią się do dawania napiwków, jeśli restauratorzy już sięgnęli do ich kieszeni.
Kto by się spodziewał, że po wprowadzeniu opłat serwisowych klienci nie są skłonni do płacenia dwa razy za to samo?
Opłata serwisowa – czym jest i czym różni się od napiwku
Rok temu pisałem na Bezprawniku o coraz popularniejszej praktyce w postaci opłaty serwisowej. Chodzi o dodatkową opłatę stosowaną w gastronomii. Dolicza się ją za obsługę stolika. W teorii pieniądze pozyskane w ten sposób trafiają do pracowników danego lokalu. Najczęściej sięga 10–15% zamówienia.
Brzmi znajomo? Opłata serwisowa jak najbardziej przypomina napiwki. Różni się od nich dwoma ważnymi elementami. Przede wszystkim jest czymś obligatoryjnym. Klient nie ma możliwości powiedzieć „nie" przy opłacaniu zamówienia.
Druga różnica jest taka, że w teorii opłaty serwisowe są najczęściej rozdzielane pomiędzy wszystkich pracowników, zamiast trafiać do kelnera, który akurat obsłużył dany stolik.
Jak łatwo się domyślić, Polacy nie pałają zbytnim entuzjazmem do naliczania im kolejnej opłaty. Serwis Trójmiasto.pl informował na początku czerwca, że praktycznie zabija ona napiwki.
Dlaczego Polacy nie chcą dawać napiwków
Prawdę mówiąc, w tym przypadku trudno nawet mówić o mechanizmie wykraczającym poza łatwą do dostrzeżenia oczywistość. Goście restauracji ani myślą płacić dwa razy za to samo. Uznają, że skoro doliczono im opłatę serwisową, to nie muszą już dawać kelnerom napiwku.
Optymistycznie przy tym zakładamy, że bez niej byliby gotowi to zrobić. Dostępne badania opinii publicznej podpowiadają, że co prawda 70 proc. Polaków deklaruje dawanie napiwków, ale 40 proc. z nas robi to tylko wtedy, gdy są naprawdę zadowoleni z jakości serwisu.
Przy okazji kelnerzy uskarżają się nierzadko na napiwki w jednocyfrowej wysokości, które nijak się mają do „zwyczajowego" 10–15%. Kultura napiwkowa na szczęście nie przyjęła się w Polsce tak mocno, jak można by przypuszczać na pierwszy rzut oka. Zresztą to nie pierwszy raz, gdy widać, że Polacy dają napiwek kierowcy czy kelnerowi znacznie rzadziej, niż mogłoby się wydawać.
Kelnerzy o skutkach wprowadzenia płatnego serwisu
Skoro już wiemy, że wielu z nas wcale nie jest skorych do ponoszenia dodatkowych kosztów zakupu i bez opłat serwisowych, możemy przejść do skutków wprowadzania opłat serwisowych. Przywołany już serwis Trójmiasto.pl zebrał opinie pracowników gastronomii na ten temat.
Po wprowadzeniu płatnego serwisu zauważyli oni wyraźny spadek napiwków. Większość gości uznaje, że skoro restauracja doliczyła opłatę za obsługę, to temat jest zamknięty, ale kelnerzy i kelnerki dalej wierzą, że ich praca zostanie doceniona i zadowolony klient zostawi na koniec odpowiednią kwotę.
Jak relacjonują, przy wysokich rachunkach napiwki potrafiły być naprawdę znaczącą częścią miesięcznych zarobków. Dziś goście dużo rzadziej zostawiają coś ekstra, a różnicę w zarobkach czuć na minus.
Część obsługi woli przy tym wiedzieć, ile mniej więcej zarobi w miesiącu. Napiwki bywają nierówne i często zależą bardziej od humoru gościa niż jakości obsługi. W sezonie są wysokie, ale to dlatego, że odwiedzają lokale turyści. Mają gest, bo są na wakacjach, nie patrzą na każdą złotówkę, za to zimą zdarzają się bardzo kiepskie tygodnie.
Opłata serwisowa jako skryta podwyżka cen
Od strony czysto prawnej opłaty serwisowe to tak naprawdę śliski temat. Owszem, restauracja ma pełne prawo kształtować ceny tak, jak się jej tylko podoba. Problem w tym, że równocześnie sposób ich prezentacji został ujęty w ścisłe ramy prawne.
Mam na myśli przepisy ustawy o informowaniu o cenach towarów i usług oraz rozporządzenie wykonawcze do niej w sprawie uwidaczniania cen towarów i usług. W pierwszej kolejności interesuje nas art. 4 ust. 1 oraz art. 6 ust. 1 i 2 ustawy:
W miejscu sprzedaży detalicznej i świadczenia usług uwidacznia się cenę oraz cenę jednostkową towaru lub usługi w sposób jednoznaczny, niebudzący wątpliwości oraz umożliwiający porównanie cen.
Jeżeli przedsiębiorca nie wykonuje obowiązków, o których mowa w art. 4 ust. 1–5, wojewódzki inspektor Inspekcji Handlowej nakłada na niego, w drodze decyzji, karę pieniężną do wysokości 20 000 zł.
Jeżeli przedsiębiorca nie wykonał obowiązków, o których mowa w art. 4 ust. 1–5, co najmniej trzykrotnie w okresie 12 miesięcy, licząc od dnia, w którym stwierdzono naruszenie tych obowiązków po raz pierwszy, wojewódzki inspektor Inspekcji Handlowej nakłada na niego, w drodze decyzji, karę pieniężną do wysokości 40 000 zł.
Podobne konsekwencje spotykają zresztą tego, kto dopuszcza się zawyżania ceny usługi względem tej podanej w cenniku.
Ceny potraw powinny się znajdować w cenniku restauracji
Rozporządzenie zawiera z kolei §9, w którym znajdziemy wytyczne dotyczące sposobu uwidaczniania cen w gastronomii:
Przedsiębiorca prowadzący działalność usługową w zakresie gastronomii lub hotelarstwa uwidacznia ceny oferowanych potraw, wyrobów, noclegów, wyżywienia i innych oferowanych usług w cenniku.
Cennik, o którym mowa w ust. 1, zawiera także aktualne informacje umożliwiające konsumentom identyfikację ceny z potrawą lub wyrobem, w szczególności pełną nazwę potrawy lub wyrobu, pod którą jest on sprzedawany, oraz określenie ilości potrawy lub wyrobu, do których się odnosi.
Przedsiębiorca, o którym mowa w ust. 1:
Jak należy rozumieć te wszystkie przepisy razem? Restauracje mają obowiązek informowania swoich klientów o cenie zamówienia w sposób jasny, czytelny i jednoznaczny. Klienci muszą dokładnie wiedzieć, ile zapłacą, jeszcze zanim złożą zamówienie. Wszystko powinno też jasno wynikać z rachunku, bo warto pamiętać, co zawiera paragon i czym różni się dokument fiskalny od zwykłego kwitka.
Tym samym wszystkie opłaty serwisowe na dobrą sprawę powinny być ujęte bezpośrednio w cenach potraw oferowanych w cenniku, zamiast być doliczane na sam koniec zamówienia.
Kto ma płacić za koszty pracy w gastronomii
Zapewne jakiś restaurator w tym momencie stwierdzi, że przecież to byłoby podniesienie cen, a to źle wygląda. Czym jednak są opłaty serwisowe, jeśli nie skrytą próbą podniesienia cen tylko po to, by przerzucić bezpośrednio na klientów część kosztów pracy?
Ktoś złośliwy mógłby z kolei stwierdzić, że pensje obsługi to nie problem klienta. Nie brakuje zresztą restauracji, które przekraczają granice — jak choćby ta, która wprowadziła opłatę za serwis tylko dla obcokrajowców. Ja ograniczę się do stwierdzenia, że właściwie mógłbym sam sobie przynieść tackę z jedzeniem, jeśli miałbym w ten sposób zaoszczędzić 15% zamówienia. Z pewnością nie jestem osamotniony.
