- Bezprawnik -
- Biznes -
- Oscypek udowodnił, że to działa. Polska marnuje dziesiątki produktów wartych fortunę
Oscypek udowodnił, że to działa. Polska marnuje dziesiątki produktów wartych fortunę
Gdy przeciętny Europejczyk słyszy nazwę Parma, od razu myśli o szynce. Szampania kojarzy się z winem musującym, a Roquefort z serem dojrzewającym w wapiennych jaskiniach południowej Francji. I nie jest to przypadek.
Za tymi nazwami stoją unijne oznaczenia geograficzne, jeden z najbardziej skutecznych systemów ochrony produktów regionalnych na świecie. Polska również ma swoje kulinarne skarby. Oscypek, obwarzanek krakowski, kiełbasa lisiecka, jabłka grójeckie czy miód drahimski są rozpoznawalne nie tylko w kraju. Problem polega na tym, że na tle Europy Zachodniej pozostajemy w tej dziedzinie daleko w tyle. Podczas gdy Włochy, Francja, Hiszpania czy nawet Czechy i Słowacja zbudowały na oznaczeniach geograficznych potężne marki eksportowe, Polska wciąż traktuje je bardziej jako ciekawostkę niż narzędzie rozwoju gospodarczego.
Oznaczenie geograficzne to nie naklejka, ale prawo własności intelektualnej
W debacie publicznej oznaczenia geograficzne bywają często traktowane jako marketingowy dodatek lub prestiżowy certyfikat. W rzeczywistości ich znaczenie jest znacznie większe. Chroniona Nazwa Pochodzenia (ChNP), Chronione Oznaczenie Geograficzne (ChOG) oraz Gwarantowana Tradycyjna Specjalność (GTS) stanowią element europejskiego systemu ochrony własności intelektualnej. Z perspektywy producenta to po prostu kolejny składnik, który tworzy własność intelektualną przedsiębiorstwa — równie cenny jak patent czy znak towarowy. Dzięki nim określone nazwy mogą być używane wyłącznie przez producentów spełniających rygorystyczne wymogi dotyczące miejsca pochodzenia, sposobu produkcji oraz jakości.
Polskie prawo własności przemysłowej działa podobnie. Chroni choćby Piwo Leżajsk, które właśnie ze względu na nazwę powinno powstawać w Leżajsku, a nie w dowolnym innym zakładzie koncernu.
Prof. Ryszard Skubisz, jeden z najwybitniejszych polskich specjalistów w zakresie prawa własności przemysłowej, wielokrotnie podkreślał, że oznaczenia geograficzne chronią nie konkretną firmę, ale renomę produktu związanego z określonym regionem i tradycją jego wytwarzania. Właśnie dlatego nazwy takie jak Parmigiano Reggiano, Prosciutto di Parma czy Champagne mają dziś ogromną wartość ekonomiczną. Dla konsumenta oznacza to gwarancję autentyczności — coś, czego dotkliwie brakuje na rynku, gdzie wokół pochodzenia narosło mnóstwo mitów, jak choćby uporczywe przekonanie, że chemia z Niemiec jest zawsze lepsza od tej samej sprzedawanej w Polsce. Dla producenta to ochrona przed podróbkami, a dla regionu możliwość budowania rozpoznawalnej marki.
Włosi sprzedają historię, Polska nadal sprzedaje produkt
Największa różnica między Polską a krajami Europy Zachodniej nie wynika z jakości żywności. Problem tkwi w sposobie myślenia o lokalnych produktach. Jak wskazuje prof. Agata Malak-Rawlikowska ze Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego, specjalizująca się w badaniach nad systemami jakości żywności, oznaczenia geograficzne są dziś jednym z najważniejszych narzędzi budowania wartości dodanej w rolnictwie i przemyśle spożywczym. W krajach takich jak Włochy czy Francja stanowią element długofalowej strategii gospodarczej, wspierają eksport oraz rozwój obszarów wiejskich.
Włosi od dawna nie sprzedają wyłącznie sera czy szynki. Sprzedają historię regionu, krajobraz, kulturę i tradycję. Klient kupuje nie tylko produkt, ale również opowieść o miejscu, z którego pochodzi. Odwoływanie się do pochodzenia bywa jednak ryzykowne, jeśli rozmija się z rzeczywistością — pokazuje to choćby sprawa, w której Mazda opowiada w reklamach o japońskim rzemiośle, choć część aut składa w chińskich fabrykach.
Polska przez lata koncentrowała się przede wszystkim na zwiększaniu produkcji i konkurencji cenowej. Efekt jest taki, że jesteśmy jednym z największych producentów żywności w Europie, ale znacznie gorzej radzimy sobie z budowaniem marek premium opartych na pochodzeniu i tradycji.
Dlaczego Polska została w tyle?
Eksperci wskazują kilka przyczyn. Pierwszą jest skomplikowana procedura rejestracyjna. Uzyskanie unijnego oznaczenia wymaga przygotowania szczegółowej dokumentacji historycznej, technologicznej i geograficznej. Proces potrafi trwać kilka lat i wymaga zaangażowania wielu producentów. Warto przy tym wiedzieć, czego nie zarejestrujesz jako znak towarowy — bo część nazw opisowych w ogóle nie kwalifikuje się do ochrony, co dodatkowo komplikuje budowanie prawnej tarczy wokół regionalnego wyrobu.
Drugim problemem jest rozdrobnienie rynku. We Włoszech czy Francji producenci działają w silnych konsorcjach, które wspólnie finansują promocję i ochronę swoich produktów. W Polsce podobnych struktur wciąż jest stosunkowo niewiele.
Trzecią przyczyną pozostaje niedostateczna świadomość korzyści płynących z ochrony oznaczeń geograficznych. Wielu producentów postrzega ją jako biurokratyczny obowiązek, a nie inwestycję mogącą zwiększyć wartość produktu.
Na ten problem zwracał uwagę również były wiceminister rolnictwa Jacek Bogucki. Komentując unijne negocjacje handlowe, wskazywał, że Polska zgłasza do ochrony zdecydowanie mniej produktów niż państwa Europy Zachodniej. Jego zdaniem pokazuje to, jak słabo wykorzystujemy narzędzia, które dla innych krajów stały się ważnym elementem polityki gospodarczej.
Oscypek pokazuje, że to działa
Najlepszym dowodem skuteczności systemu jest oscypek. Po uzyskaniu ochrony na poziomie unijnym produkt stał się jednym z najbardziej rozpoznawalnych symboli Podhala. Konsumenci otrzymali gwarancję autentyczności, a producenci możliwość skuteczniejszej ochrony przed podróbkami. Podobną drogę przeszły również obwarzanek krakowski czy jabłka grójeckie.
Problem polega na tym, że takich historii sukcesu mogłoby być znacznie więcej. Eksperci wskazują, że Polska posiada dziesiątki produktów regionalnych, które mogłyby uzyskać ochronę i stać się wizytówkami swoich regionów. Dotyczy to zarówno serów, miodów, wędlin i pieczywa, jak również produktów sadowniczych czy przetworów.
Nie chodzi tylko o jedzenie
Znaczenie oznaczeń geograficznych wykracza daleko poza rynek spożywczy. Od 2025 r. Unia Europejska rozszerzyła system ochrony również na produkty rzemieślnicze i przemysłowe. Oznacza to nowe możliwości dla wyrobów związanych z konkretnymi regionami, takich jak ceramika, szkło, rękodzieło czy tradycyjne produkty manufakturowe.
Dla Polski może to być szansa na lepsze wykorzystanie dziedzictwa kulturowego i lokalnych specjalizacji gospodarczych, między innymi ceramiki z Bolesławca czy koronek z Koniakowa.
Największy problem? Brak wiary we własną markę
Paradoks polega na tym, że Polska nie cierpi na brak wyjątkowych produktów. Cierpi raczej na brak przekonania, że lokalna tradycja może być równie cennym zasobem gospodarczym jak nowoczesna technologia czy duża skala produkcji.
Włosi zrozumieli to już dawno temu. Dlatego zwykły ser stał się symbolem narodowym, a regionalna szynka produktem rozpoznawalnym na całym świecie.
Polska nadal pozostaje jednym z największych producentów żywności w Europie. Jednak dopóki nie nauczymy się sprzedawać historii, pochodzenia i tradycji równie skutecznie jak nasi zachodni konkurenci, będziemy przede wszystkim eksporterem produktów, a nie właścicielem silnych marek.
zobacz więcej:

