- Bezprawnik -
- Energetyka -
- Rosja użyła broni jądrowej na Ukrainie. I to skutecznie, choć żadna bomba nie spadła
Rosja użyła broni jądrowej na Ukrainie. I to skutecznie, choć żadna bomba nie spadła
Rosjanie nie zrzucili bomby na Kijów, a mimo to broń jądrowa pracowała na tej wojnie każdego dnia. Tak przynajmniej twierdzi Albert Świdziński, dyrektor do spraw analiz w Strategy&Future, który w rozmowie ze mną na kanale naTemat tłumaczy, dlaczego Polska nigdy poważnie nie pomyślała o własnym arsenale, czemu Amerykanie nie dadzą nam nuclear sharing i jakie opcje realnie zostają państwu położonemu tam, gdzie my. Wnioski są niewygodne dla wszystkich, którzy wierzą, że sojusze opierają się na przyjaźni.
Broń jądrowa to narzędzie szantażu, nie pola bitwy
Świdziński stawia sprawę wprost: od pierwszej połowy lat 50. nikt poważny nie myśli o broni jądrowej jako o narzędziu do niszczenia czołgów przeciwnika. To instrument polityczny, służący groźbie i wymuszaniu. I właśnie w tej roli, jego zdaniem, Rosja używała go na Ukrainie od pierwszego dnia inwazji, a nawet wcześniej, bo już przy aneksji Krymu w 2014 roku. Analityk szacuje, że po 2022 roku rosyjskie groźby nuklearne w różnej formie padały mniej więcej raz w tygodniu.
Co ciekawe, adresatem tych gróźb wcale nie byli Ukraińcy. Dla Kijowa stawka i tak była egzystencjalna, więc pogróżki nie robiły na nim wrażenia. Groźby leciały w stronę Zachodu, przede wszystkim Stanów Zjednoczonych, dla których ta wojna ma charakter ograniczony. I tam zadziałały. Świdziński przypomina niekończące się debaty o tym, czy przekazanie Ukrainie czołgów, rakiet albo samolotów nie będzie „zbyt eskalacyjne". Przywołuje też jesień 2022 roku, gdy rosyjski front się sypał, a Moskwa tak skutecznie postraszyła Zachód możliwością sięgnięcia po arsenał nuklearny, że ten wymusił na Ukraińcach spowolnienie tempa operacji. W ocenie analityka broń jądrowa została więc na tej wojnie użyta i zrobiła dokładnie to, co miała zrobić.
Warto przy tym pamiętać, że sama Ukraina po rozpadzie ZSRR miała na swoim terytorium ogromny sowiecki arsenał, którego początkowo nie chciała oddać. Ostatecznie zrobiła to pod presją Zachodu, a losy gwarancji, jakie otrzymała w zamian, opisywaliśmy szczegółowo w tekście o tym, czym naprawdę jest memorandum budapesztańskie.
„Masz ubezpieczenie od rozbiorów". Dlaczego państwa chcą bomby
Państwo słabsze konwencjonalnie od swojego sąsiada nie obroni się liczbą czołgów. Jeśli chce zagwarantować sobie przetrwanie, najbardziej pewnym środkiem jest broń jądrowa. „Jak masz broń jądrową, to pewne najgorsze scenariusze ci się raczej nie wydarzą" mówi Świdziński i dodaje obrazowo, że posiadacz arsenału nuklearnego „ma ubezpieczenie od rozbiorów".
W odniesieniu do Polski analityk formułuje tezę, która zapada w pamięć. „Gdyby Polska miała broń jądrową, to rosyjska ekspansja na kierunek zachodni zostałaby właściwie trwale, permanentnie zablokowana" stwierdza w rozmowie. Koszty ataku na państwo nuklearne przewyższałyby bowiem jakiekolwiek potencjalne korzyści. Co więcej, Polska mogłaby wtedy prowadzić znacznie bardziej asertywną politykę wobec Moskwy, myśleć o gwarancjach dla państw bałtyckich czy o wyciąganiu Białorusi z rosyjskiej strefy wpływów.
Przy okazji Świdziński punktuje pewne złudzenie. Jego zdaniem Polska jest najbardziej asertywna wobec Rosji wtedy, gdy nic się nie dzieje. Gdy rosyjskie drony w nocy wleciały nad Polskę, zestrzeliliśmy je przy sporym udziale sojuszników, ale w ocenie analityka to nie było odstraszanie, tylko obrona, czyli niwelowanie skutków. Odstraszanie polega na zmianie kalkulacji przeciwnika przez narzucenie mu kosztów. Tego elementu w polskiej polityce brakuje.
Dlaczego zatem bomb nie ma prawie nikt
Skoro rachunek jest tak oczywisty, arsenały powinny mieć dziesiątki państw. Tymczasem posiadaczy jest dziewięciu, a przez pewien czas było dziesięciu, bo RPA swojego arsenału się zrzekła. Świdziński przypomina, że prezydent Kennedy i CIA na początku lat 60. przewidywali, że w ciągu dekady lub półtorej potęg nuklearnych będzie ponad 25. Stało się inaczej, bo USA i ZSRR, przestraszone kryzysami berlińskim i kubańskim, zaczęły wspólnie dusić proliferację, nierzadko działając ręka w rękę przeciwko własnym sojusznikom. Ameryka płaciła za to cenę w postaci gwarancji bezpieczeństwa, które miały zastępować własną bombę.
Problem w tym, że zdaniem analityka epoka amerykańskiej hegemonii, w której bezpieczeństwa był w systemie międzynarodowym nadmiar, już się skończyła. A gdy bezpieczeństwa zaczyna brakować, państwa zaczynają go szukać na własną rękę. Wśród kandydatów do nuklearyzacji Świdziński wymienia Japonię, Koreę Południową, Ukrainę i właśnie Polskę.
Nuclear sharing działa zupełnie inaczej, niż myślą polscy politycy
Spora część rozmowy dotyczy programu współdzielenia broni jądrowej w NATO, o który Polska od lat bezskutecznie zabiega. Świdziński rozbraja popularne wyobrażenie, jakoby chodziło o udostępnienie nam głowic do ewentualnego użycia. W rzeczywistości amerykańskie ładunki rozmieszczone w pięciu państwach NATO pozostają pod całkowitą i wyłączną kontrolą Amerykanów, a personel państw goszczących nie ma do nich żadnego dostępu. Ich ewentualne użycie przez siły zbrojne gospodarza wymagałoby politycznej decyzji w Waszyngtonie i odbywałoby się wyłącznie w ramach planów NATO. Kto chce zrozumieć szerszy kontekst, w tym różnicę między bronią taktyczną a strategiczną, znajdzie go w naszym przewodniku o tym, co trzeba wiedzieć o broni jądrowej.
Prawdziwa wartość nuclear sharing leży gdzie indziej. To namacalny dowód zaangażowania, automatyzm, który wiąże Amerykanom ręce. Świdziński ilustruje to historią Berlina Zachodniego, gdzie kilkanaście tysięcy amerykańskich żołnierzy z rodzinami stacjonowało nie po to, by powstrzymać Sowietów, tylko po to, by w razie wojny stać się jej pierwszymi ofiarami i tym samym wciągnąć USA do konfliktu od pierwszego dnia. Niemcy Zachodnie wymusiły ten układ, grożąc budową własnej bomby.
I tu dochodzimy do sedna. Polska, jak przypomina analityk, jest formalnie członkiem NATO gorszej kategorii. Akt stanowiący NATO-Rosja z 1997 roku wyklucza stałą obecność wojskową, infrastrukturę i broń jądrową Sojuszu na terytorium państw przyjętych po 1999 roku. Ten dokument przetrwał aneksję Krymu i pełnoskalową wojnę na Ukrainie. Amerykanom taki stan rzeczy jest na rękę, bo zachowują pole manewru. Gdyby w Suwałkach czy Białymstoku stacjonowały na stałe tysiące amerykańskich żołnierzy z rodzinami, Waszyngton straciłby komfort kalkulowania, czy przystąpić do wojny. A przecież nawet słynny artykuł 5 Traktatu Północnoatlantyckiego nie zawiera żadnego automatyzmu i pozostawia każdemu państwu decyzję o formie pomocy.
Polska bomba atomowa - trzy drogi do bomby i jedna, która działała zawsze
Świdziński, powołując się na prace amerykańskiego badacza Vipina Naranga, byłego członka administracji Bidena, opisuje trzy strategie zdobywania broni jądrowej. Pierwsza to sprint, czyli jak najszybsza budowa bez specjalnego ukrywania się, dostępna kiedyś dla Francji czy USA, dziś praktycznie zamknięta. Druga to ukrycie programu przed światem, co udało się w historii wyłącznie RPA, a Irak i Syria skończyły z programami zbombardowanymi, zaś Korea Południowa i Tajwan zostały złapane i spacyfikowane groźbą porzucenia przez Amerykę.
Trzecia droga to rozwój pod kryszą, gdy wielkie mocarstwo życzliwie odwraca wzrok. Tak bombę zdobyły Izrael i Pakistan pod parasolem USA oraz Korea Północna pod parasolem Chin. Trzy próby, trzy sukcesy. Historia Pakistanu jest tu szczególnie pouczająca. Amerykanie dusili pakistański program sankcjami, a Islamabad odpowiadał słynną deklaracją, którą Świdziński przytacza w rozmowie: „będziemy żreć trawę, ale zdobędziemy broń jądrową". Wszystko zmieniło się w grudniu 1979 roku, gdy Sowieci weszli do Afganistanu i Waszyngton nagle potrzebował Pakistanu bardziej niż zasad nieproliferacji. Rozpoczął się teatrzyk, w którym Pakistan udawał, że bomby nie buduje, a Ameryka udawała, że mu wierzy.
Haczyk polega na tym, że kryszy nie można sobie wybrać. Musi zaistnieć zewnętrzna okoliczność, która sprawi, że mocarstwu opłaca się przymknąć oko.
Hedging zamiast gorącej wiary
Czy Polska ma w ogóle jakiekolwiek klocki nuklearnej układanki? Zdaniem Świdzińskiego jesteśmy w punkcie zero, bo nigdy nawet o tym nie myśleliśmy. Pytanie, czy broń jądrowa w Polsce jest realna, rozbija się nie tylko o traktat o nierozprzestrzenianiu, ale o brak materiału rozszczepialnego, środków przenoszenia, satelitów i całej reszty.
Dlatego analityk proponuje coś innego niż aktywny program, który Amerykanie i tak by wykryli i zdusili. Chodzi o hedging, pojęcie zapożyczone z finansów, czyli zabezpieczanie się na dwa przeciwstawne scenariusze. W wymiarze deklaratywnym oznacza to komunikat: jesteśmy lojalnym sojusznikiem, ale jeśli nie dostaniemy stałego stacjonowania, nuclear sharing i realnych gwarancji, albo jeśli upadną państwa bałtyckie, przemyślimy swoją pozycję. W wymiarze praktycznym to budowanie poszczególnych elementów programu bez składania ich w całość, od rakiet dalekiego zasięgu po konstelacje satelitów.
Taki szantaż, bo Świdziński nie owija w bawełnę i tak to nazywa, dałby Polsce coś bezcennego, czyli empiryczny test wiarygodności Ameryki. Albo Waszyngton da nam więcej bezpieczeństwa swoim kosztem, albo pokaże, że nie jest gotów ponosić ryzyka, i wtedy mamy namacalny powód do wątpliwości oraz skrócony dystans do własnej bomby, gdybyśmy się na nią zdecydowali. Najgorszy scenariusz to według analityka dowiedzieć się, że więcej bezpieczeństwa nie będzie, i udawać, że nic się nie zmieniło. To, jak mówi, proszenie się o kolejny wrzesień 1939 roku.
Sam Świdziński zastrzega, że jego książka nie jest agitacją za bombą. Historycznie państwa w naszej sytuacji miały trzy opcje: sojusz regionalny, neutralność albo akomodację wobec silniejszego. Po 1945 roku doszła czwarta, nuklearyzacja. Rzecz w tym, żeby którąś z nich świadomie wybrać, zamiast żyć gorącą wiarą, że świat zmienił się raz na zawsze i ktoś nas będzie bardzo kochał.
Całość rozmowy, w tym wątki o francuskiej doktrynie „jednego ostatecznego ostrzeżenia", o tym, czemu Iran paradoksalnie nie potrzebował bomby tak bardzo jak Polska, a nawet o UFO kręcącym się przy próbach jądrowych, można obejrzeć na kanale naTemat na YouTube. To jedna z tych rozmów, po których trudno patrzeć na doniesienia o kolejnych „gwarancjach bezpieczeństwa" tak samo jak wcześniej.










