- Bezprawnik -
- Państwo -
- Polska powinna zacząć blokować Facebooka i Instagrama na kilka godzin dziennie, inaczej się nie da
Polska powinna zacząć blokować Facebooka i Instagrama na kilka godzin dziennie, inaczej się nie da
Meta dostała od polskiego rządu siedem dni i dziewięć pytań. Odpowiedziała zestawieniem statystyk i zaproszeniem na spotkanie. Wicepremierowi Krzysztofowi Gawkowskiemu to nie wystarczyło, Rafałowi Brzosce tym bardziej. Mnie - szczerze mówiąc - również nie.
Dlatego proponuję rozwiązanie, publicystycznie radykalne, może nieco szalone. Ale też nabierające sensu gdy policzy się, ile realnie tracą Polacy na oszukańczych reklamach każdego dnia. A co proponuję? Codzienną, kilkugodzinną, na początku godzinną blokadę Facebooka i Instagrama w całej Polsce, dopóki koncern nie zacznie traktować problemu serio.
Meta zbywa polskiego ministra
Gawkowski wysłał do koncernu pismo z żądaniem informacji o skali oszukańczych reklam kierowanych do polskich użytkowników, mechanizmów wykrywania deepfake'ów, procedur weryfikacji reklamodawców, średniego czasu od zgłoszenia do usunięcia treści oraz zakresu współpracy z organami ścigania.
Odpowiedź przyszła pod koniec sierpnia i jak przyznał sam minister - ta odpowiedź go nie satysfakcjonuje. Meta zaproponowała spotkanie, zadeklarowała chęć współpracy z UKNF, NASK i UOKiK, ale nie przedstawiła niczego, co w sposób szybki i konkretny rozwiązywałoby problem.
Z ujawnionego pisma wynika, że między lipcem 2025 a czerwcem 2026 roku koncern usunął około 380 tys. treści pochodzących z Polski, naruszających zasady dotyczące oszustw i wyłudzeń, w tym ponad 93 proc. jeszcze przed zgłoszeniem przez użytkowników. W tym samym czasie z polskiego rynku zniknęło 137 tys. reklam, z czego ponad 88 proc. zanim ktokolwiek je zgłosił. W skali całej Unii, tylko w drugim półroczu 2025 roku, firma podała, że podjęła ponad 12,6 mln działań wobec oszukańczych treści na Facebooku i ponad 9,2 mln na Instagramie. Do tego padła deklaracja, że do końca 2026 roku zweryfikowani reklamodawcy mają odpowiadać za 90 proc. globalnych przychodów reklamowych, wobec 70 proc. obecnie.
Skoro tyle treści udaje się zdejmować przed zgłoszeniem, to ile ich w ogóle wchodzi do systemu? Sama Meta przyznaje zresztą w piśmie, że nie ma jednego rozwiązania, które pozwoliłoby całkowicie wyeliminować oszukańcze reklamy. Model jest reaktywny, oparty na usuwaniu po fakcie, a każda reklama, która zdążyła się wyświetlić, to ktoś, komu wyczyszczono konto. Jak wynika z ustaleń agencji Reuters, o których pisaliśmy, gdy Meta się spłakała po akcji szefa InPostu, koncern szacował u siebie około 16 mld dolarów przychodu z reklam oszustw i towarów zakazanych. Przy takiej skali dobrowolna rezygnacja jest ekonomicznie nielogiczna. Poza tym internauci za dość powszechne wskazują doświadczenie, że zgłaszają taką reklamę, a Meta odpowiada im, że wszystko jest z nią w porządku i tak sobie płyną kolejne dni emisji.
Na uprzejme prośby big tech ma gotową odpowiedź
Rafał Brzoska, prezes InPostu poszedł dalej, proponując, by każda platforma płaciła karę w wysokości 150 proc. przychodu uzyskanego ze sprzedaży oszukańczej reklamy. Platforma zarabia na wyświetleniu reklamy niezależnie od tego, czy prowadzi ona do legalnej transakcji, czy do wyłudzenia. Fałszywe reklamy na Facebooku nie są usterką systemu, tylko jego produktem ubocznym, za który ktoś zapłacił. Jedynym językiem, który globalne koncerny rozumieją, jest utrata przychodu i realna odpowiedzialność, a nie kolejna wymiana pism.
Takim językiem miał być unijny akt o usługach cyfrowych. Warto przypomnieć, czym jest DSA: to rozporządzenie przewidujące kary sięgające 6 proc. światowych przychodów, a w skrajnych przypadkach nawet możliwość zawieszania działalności platformy. Problem w tym, że polska ustawa wdrażająca te rozwiązania została na początku roku zawetowana przez prezydenta Karola Nawrockiego i nie było to dobre weto, a resort dopiero zapowiada kolejne podejście.
Po co blokować platformę?
Zamiast kolejnego listu proponuję czytelny komunikat o tym kto tu jest państwem o tysiącletniej historii, a kto aplikacją do oceniania studentek Harvardu, która wymknęła się spod kontroli. Polska, podobnie jak ma to miejsce w przypadku serwisów bukmacherskich bez licencji, powinna przez godzinę dziennie, w porze największej aktywności oszustów, blokować w Polsce dostęp do Facebooka i Instagrama. Którą godzinę, jest wtórne, bo nie chodzi o samą przerwę, tylko o sygnał. Jeśli metoda okaże się skuteczna, te godziny ochronne można stopniowo wydłużać i po prostu obserwować, po ilu dniach koncern nagle odkryje, że problem jednak da się rozwiązać. To nie jest wojna z użytkownikiem, to próba wyrównania relacji państwo–korporacja, dziś przechylonej całkowicie na stronę koncernu.
Państwo już teraz dysponuje narzędziami do blokowania w sieci i stosuje je wybiórczo. CERT Polska na podstawie ustawy o zwalczaniu nadużyć w komunikacji elektronicznej blokuje domeny wykorzystywane do wyłudzeń, a Ministerstwo Finansów od lat prowadzi rejestr domen służących nielegalnemu hazardowi i każe operatorom je odcinać. Nikt nie nazywa tego zamachem na wolność słowa. Na łamach Bezprawnika sam krytykowałem pomysły resortu na blokowanie treści w trybie decyzji urzędnika, bo tam istotą była arbitralna ingerencja w wypowiedzi obywateli. Czasowe odcięcie usługi korporacji, która czerpie zyski z emisji przestępczych reklam, to zupełnie inna kategoria. Blokuje się mechanizm zarobku, nie cudzą wypowiedź. A tak naprawdę po prostu wysyła się sygnał do platformy, że albo się dopasuje, albo państwo ma mechanizm by obciąć ich przychody z lokalnego rynku o zauważalny %, bo każda stracona godzina emisji reklam to realne spadki przychodów.
Pomijając już kwestię braku suwerenności polskiej klasy politycznej wobec amerykańskiej polityki i biznesu, to niestety taka blokada byłaby prawnym polem minowym. Sam DSA przenosi egzekucję wobec największych platform na poziom Komisji Europejskiej, więc jednostronny ruch jednego państwa członkowskiego byłby konstrukcją co najmniej karkołomną. Dlatego traktuję ten pomysł jako prowokację i dźwignię negocjacyjną, a nie projekt ustawy do wrzucenia do Sejmu w przyszłym tygodniu. Rzecz w tym, że nawet jako prowokacja już wymaga zainteresowania się problemem wyżej, niż w polskiej centrali Meta, która prawdopodobnie ma 15 wzorów pism na takie okazje przygotowane już od lat.
To nie jest spór miliardera z koncernem o własny wizerunek
Ofiarą pada każdy, czyje nazwisko, twarz albo zaufanie bliskich da się spieniężyć, od byłych premierów, przez sportowców, po lekarzy, których wizerunek lekarzy posłużył do sprzedaży cudownych specyfików. Dopóki usuwanie reklam pozostaje reakcją na zgłoszenie i na medialny szum, przeciętny użytkownik jest zdany na łut szczęścia, a jego jedyną realną obroną pozostaje nieufność wobec każdej okazji inwestycyjnej z twarzą znanej osoby. I jeśli czytacie ten tekst na Bezprawniku, to na ile znam naszych czytelników, nie Wy niestety jesteście podstawową grupą docelową takich reklam. Ogarniacie rzeczywistość dostatecznie dobrze.
Rozwiązanie systemowe już jest - to dokończenie wdrożenia DSA, dotkliwe kary liczone od przychodu i obowiązek weryfikacji reklamodawcy, zanim jego reklama w ogóle ruszy. Zanim to nastąpi, warto przynajmniej głośno stawiać pytanie, dlaczego państwo woli prosić, skoro może stawiać warunki.










