1. Bezprawnik -
  2. Społeczeństwo -
  3. Włosi robią to od stu lat, a my dopiero się zabieramy. Polska wersja „osmiz” może być hitem

Włosi robią to od stu lat, a my dopiero się zabieramy. Polska wersja „osmiz” może być hitem

Przez lata polski rolnik był przede wszystkim producentem surowca. Mleko trafiało do mleczarni, mięso do zakładu, zboże do skupu, a konsument kupował gotowy produkt w supermarkecie. Coraz więcej osób chce jednak czegoś innego: wiedzieć, kto wyprodukował żywność, skąd pochodzi i jak została zrobiona.

Dlatego projekt zmian dotyczących działalności marginalnej, lokalnej i ograniczonej (MLO) jest interesujący nie tylko z punktu widzenia rolników. Może być początkiem powrotu do czegoś, co w wielu regionach Europy nigdy nie zniknęło — czyli lokalnego handlu żywnością bezpośrednio od producenta.

Koniec z lokalnością przywiązaną do jednej mapy?

Planowane zmiany mają ułatwić małym producentom sprzedaż żywności. Jednym z ważnych elementów jest zniesienie obecnego ograniczenia terytorialnego przy sprzedaży bezpośredniej konsumentom oraz rozszerzenie możliwości dostarczania produktów do sklepów, restauracji i innych punktów handlu detalicznego. W przypadku dostaw do takich podmiotów projekt przewiduje alternatywny obszar obejmujący 100 km od miejsca produkcji. Mają zostać również zwiększone limity produkcji dla części produktów. Przygotowywane zmiany mogą mieć ogromne znaczenie szczególnie dla małych gospodarstw, bo dziś lokalni producenci żywności najczęściej przegrywają nie z konkurencją, lecz z formalnościami.

Dzisiaj rolnik, który chce produkować ser, wędliny czy inne przetwory, często musi mierzyć się z wymaganiami, które dla wielkiego zakładu są normalną procedurą, ale dla małego gospodarstwa mogą być poważną barierą. Podobną drogę przechodziły przepisy, dzięki którym w gospodarstwie mogła w ogóle powstać rzeźnia rolnicza. A przecież nie każdy producent żywności chce zostać przemysłową fabryką.

Polska ma własne „osmize”

W tym miejscu warto spojrzeć na południe Europy. W okolicach Triestu, na włoskim Krasie, oraz po słoweńskiej stronie granicy od pokoleń funkcjonuje tradycja osmiz (osmica).

Rolnicy w określonych okresach otwierają swoje gospodarstwa i sprzedają bezpośrednio własne produkty. Na stołach pojawiają się lokalne wina, sery, wędliny, jajka czy przetwory. Nie jest to typowa restauracja, a raczej okresowe otwarcie gospodarstwa dla ludzi, którzy chcą kupić i zjeść to, co powstało właśnie tam.

Tradycja, która przetrwała monarchię habsburską

Tradycja sięga czasów monarchii habsburskiej. Nazwa osmica pochodzi od słowiańskiego słowa „osem”, czyli osiem — pierwotnie sprzedaż mogła trwać osiem dni. Charakterystyczna wiązka gałęzi z drzewa oliwkowego zawieszona na bramie czy słupie informuje przechodniów, w którym kierunku zmierzać i o tym, że dane gospodarstwo jest właśnie otwarte.

Co najważniejsze, osmize przetrwały do dziś i goszczą turystów oraz mieszkańców nieprzerwanie od setek lat.

Unijne przepisy pozwalają na więcej, niż nam się wydaje

Zarówno Włochy, jak i Słowenia są członkami Unii Europejskiej. Obowiązują tam unijne przepisy dotyczące bezpieczeństwa żywności. Unijne rozporządzenie 852/2004 nie wymaga jednak, aby każdy producent funkcjonował według identycznego modelu jak wielki zakład przemysłowy. Przewiduje możliwość elastycznego stosowania wymagań, w tym uwzględniania tradycyjnych metod produkcji i potrzeb małych przedsiębiorstw, pod warunkiem zachowania bezpieczeństwa żywności. Szkoda więc, że Polska dopiero teraz zamierza otworzyć się na możliwości, które inne regiony Europy wykorzystują od pokoleń.

Kindziuk i oscypek mogą być naszą wizytówką

A przecież mamy produkty, które idealnie nadają się do takiego modelu. Kindziuk, kiełbasa lisiecka, krupnioki śląskie, ser koryciński, oscypek, bryndza podhalańska, kołacz śląski, chleb prądnicki, cebularz lubelski, miód kurpiowski czy suska sechlońska to nie są anonimowe produkty przemysłowe.

Za każdym z nich stoi określony region, receptura i tradycja.

Część z nich została już zarejestrowana jako europejskie produkty chronione, ale niestety nie wszystkie. Polska ma również ogromną Listę Produktów Tradycyjnych, na której znajdują się setki regionalnych wyrobów. Problem polega na tym, że sama rejestracja produktu nie wystarczy. Trzeba jeszcze stworzyć warunki, aby jego producent mógł na nim zarabiać.

Od rolnika do klienta, bez pięciu pośredników

Największą zaletą lokalnego modelu sprzedaży jest skrócenie łańcucha dostaw. Jeżeli klient kupuje ser bezpośrednio od producenta, pieniądze trafiają do gospodarstwa, a nie do kolejnych pośredników. Producent może uzyskać wyższą marżę, a konsument dostaje produkt, którego pochodzenie zna. Dlatego zakupy u rolników coraz częściej opłacają się obu stronom.

Powstaje również coś więcej, czyli relacja.

Klient nie kupuje już po prostu „wędliny 300 gramów”. Kupuje kindziuka od konkretnego gospodarza z konkretnego regionu, a wraz z nim dobrze opowiedzianą historię. Może zobaczyć gospodarstwo, poznać historię produktu, regionu i sposób jego wytwarzania. To buduje ogromną przewagę nad anonimową żywnością z wielkiej sieci.

Polska wersja osmize?

Wyobraźmy sobie gospodarstwo na Podlasiu, gdzie kilkanaście razy w roku pojawia się informacja: „Otwieramy gospodarstwo”. Przyjeżdżają mieszkańcy, turyści i rodziny z pobliskich miast. Jedzą na miejscu kindziuk, sery, miody, chleb i przetwory. A następnie kupują te produkty bezpośrednio od gospodarza.

Na Śląsku podobnie mogłoby wyglądać gospodarstwo oferujące krupnioki, kołocz czy inne regionalne specjały. Na Podhalu — sery i produkty związane z pasterską tradycją.

Nie supermarket. Nie centrum logistyczne. Gospodarstwo. Nie ma białych obrusów i kelnerów w koszulach, ale jest wielowiekowa tradycja i opowieść o niej.

Najważniejsze to nie zabić tego biurokracją

Oczywiście bezpieczeństwo żywności musi być podstawą. Lokalność nie może oznaczać zgody na sprzedaż żywności niebezpiecznej, ale bezpieczeństwo i rozsądne wymagania to jedno, a biurokracja zabijająca małego producenta to coś zupełnie innego. Pokazują to sprawy, w których domowe przetwory stawały się problemem prawnym, zanim w ogóle trafiły do klienta.

Jeżeli państwo naprawdę chce rozwijać krótkie łańcuchy dostaw, powinno przede wszystkim upraszczać przepisy, a nie tworzyć kolejne bariery. Polska nie musi wymyślać lokalnej żywności od początku. Mamy tradycję, produkty i ludzi, którzy potrafią je wytwarzać. Brakuje przede wszystkim warunków, aby mogli legalnie i opłacalnie dotrzeć z nimi do konsumenta.

Nie wszystko musi być z supermarketu

Osmize pokazują coś jeszcze ważniejszego. Włosi i Słoweńcy są w tej samej Unii Europejskiej co my, a mimo to potrafili zachować tradycję bezpośredniej sprzedaży lokalnej żywności. Być może więc zamiast zastanawiać się, czy europejskie przepisy pozwolą nam zachować nasze kulinarne dziedzictwo, powinniśmy zrobić coś prostszego: wykorzystać możliwości, które unijne prawo już daje, i przestać komplikować życie ludziom, którzy chcą sprzedawać własną żywność sąsiadom i turystom. Produkty takie jak kindziuk, oscypek czy krupniok nie potrzebują kolejnego pośrednika. Potrzebują jedynie klienta i dobrze opowiedzianej historii.

Obserwuj nas w Google Discover
Google Discover
Podobają Ci się nasze treści?
Google Discover