Śmierć ajatollahom? Nic nie wskazuje na to, by reżim miał teraz upaść
Po porwaniu przez Stany Zjednoczone prezydenta Wenezueli Nicolasa Maduro cały świat zastanawiał się nad tym, kto będzie następny. Wielu obserwatorów wskazywało na Iran. Akurat dzieją się w nim poważne antyrządowe protesty, które stały się dużo bardziej radykalne od tych organizowanych poprzednim razem. Wcześniej hasła "śmierć ajatollahom" nie padały tak otwarcie. Do tego w sprawę włączył się prezydent USA Donald Trump, który ostrzegał poważnymi konsekwencjami, jeśli irańskie władze będą zabijać protestujących.
W piątek miał powiedzieć "Lepiej, niech nie zaczynają strzelać, bo my też zaczniemy strzelać". We wtorek dowiedzieliśmy się o nałożeniu 25 proc. ceł na państwa, które handlują z Iranem. Trump informował również, że został poinformowany przez siły zbrojne o możliwościach. Protestujących wsparł także Elon Musk, który udostępnił Irańczykom za darmo dostęp do systemu Starlink, który pozwalałby na przełamanie rządowej blokady internetu.
Pytanie jednak brzmi: czy na pewno tym razem reżim zmierza ku upadkowi? Niestety niewiele na to wskazuje. Od początku protestów siły porządkowe wierne ajatollahom zabijają ich uczestników. Liczbę ofiar oczywiście trudno ustalić. Najbardziej radykalne źródła donoszą o nawet 12 tysiącach zabitych. Taką liczbę podaje internetowa telewizja Iran International z siedzibą w Londynie. Co ciekawe, potwierdza to amerykańskie CBS powołujące się na swoje źródła wewnątrz Iranu. W tym przypadku istnieje nawet możliwość, że zabito aż 20 tysięcy osób. Bardziej ostrożne źródła w rodzaju BBC sugerują raczej ok. 2 tysięcy zabitych.
Liczba ta może oczywiście wzrosnąć. Irańskie władze już teraz ostrzegają, że niektórych złapanych protestujących oskarżą o "prowadzenie wojny przeciwko Bogu". Przestępstwo to zarezerwowane jest w tamtejszej tradycji dla szczególnie paskudnych zbrodni oraz oczywiście występowanie zbrojnie przeciwko samej teokracji. Takie oskarżenie oznacza w praktyce jedno: protestujący będą wieszani. To o tyle istotne, bo w narracji Donalda Trumpa zaszła pewna zmiana. Czwartkowe ostrzeżenie brzmi już:
Nie słyszałem o wieszaniu. Jeśli będą ich wieszać, zobaczycie, co się stanie… Podejmiemy bardzo mocne działania, jeśli coś takiego zrobią.
Stany Zjednoczone mogą grać w dużo bardziej cyniczną grę, niż wynika to ze słów Donalda Trumpa
Wygląda na to, że reżim utrzymał kontrolę nad Iranem i teraz stopniowo tłumi protesty. Marcin Krzyżanowski, orientalista i były konsul RP w Kabulu, w rozmowie z portalem Bankier.pl zwraca uwagę na to, że z dnia na dzień liczba uczestników protestów spada. Między bajki możemy więc włożyć opowieści o tym, jak to Najwyższy Przywódca ajatollah Ali Chamanei miał planować ucieczkę do Moskwy i już teraz wywieźć tam całe irańskie złoto.
Amerykańska interwencja również nie wydaje się przesadnie prawdopodobna. W każdym razie nie spodziewałbym się próby dokonania siłowej zmiany władzy. Świadczy o tym stopniowe przesuwanie "czerwonych linii" przez Donalda Trumpa i skupienie się na swoim ulubionym sposobie rozwiązywania problemów w postaci nakładania ceł. Nie sposób się także nie zgodzić z Marcinem Krzyżanowskim, że tak naprawdę nie ma komu w Iranie przejąć władzy z rąk ajatollahów. Tamtejsza opozycja jest niesamowicie rozdrobniona. Prawdę mówiąc, jedyną realną alternatywą dla teokracji byłaby junta wojskowa. Niektórzy eksperci już dzisiaj sugerują, że to wojskowi w dużej mierze stoją za decyzjami podejmowanymi przez tamtejsze władze.
Może być też tak, że Stany Zjednoczone celowo i z premedytacją podsycają protesty w Iranie bez większych zamiarów interweniowania. Wszystko po to, by zaszkodzić sojusznikowi Chin i Rosji. Świadczy o tym nie tylko niebywały szum informacyjny, ale także eksponowanie osoby Rezy Pahlawiego – syna ostatniego irańskiego szacha, obalonego przez islamską rewolucję w 1979 r. Wtedy również mieliśmy do czynienia z totalitarną dyktaturą, ale prozachodnią i świecką. Irańczycy z całą pewnością nie marzą o powrocie do tamtych czasów.
Pomimo tego przedstawiciele Trumpa mieli się spotykać z księciem w jakimś bliżej niespecyficznym celu. Być może szukają usłużnej marionetki na wszelki wypadek. Nie da się jednak ukryć, że Iran to nie słabo zaludniona Grenlandia, tylko górzysty kraj z 91 mln mieszkańców. To połączenie Iraku z Afganistanem, tylko gorsze dla amerykańskich wojsk pod każdym względem.
Warto także wspomnieć, że tym razem protesty w Iranie wywołało nie tyle jakieś zdarzenie o charakterze politycznym, ile po prostu załamanie gospodarcze. Inflacja sięga tam 40 proc., ale wskaźnik ten dla produktów spożywczych wynosi już 72 proc. Ajatollahowie bardziej byli zainteresowani walką z Izraelem i projekcją siły w regionie Bliskiego Wschodu niż poprawą poziomu życia zwykłych Irańczyków. Tamtejsza gospodarka przeżywa więc załamanie, klasie średniej żyje się coraz gorzej. Do tego wojsko niedawno upokorzył Izrael kilkudniową serią nalotów, które przeprowadził praktycznie bez żadnych konsekwencji.
Dlaczego Iran miałby być ważny z polskiej perspektywy? Polska importuje stamtąd głównie surowce w stosunkowo niewielkiej ilości oraz produkty spożywcze: daktyle i pistacje. Amerykańskie cła mogłyby storpedować nawet tę drobną wymianę handlową.
Z naszej perspektywy zmiana reżimu byłaby błogosławieństwem. Zastąpienie władzy ajatollahów bardziej prozachodnim rządem oznaczałoby prawdopodobnie ucięcie dostępu Rosji do irańskich dronów, o ile Moskwa nie jest już w stanie produkować ich u siebie. To właśnie takie drony niedawno wleciały na polskie terytorium. Im gorzej dla sojuszników Rosji, tym lepiej dla nas.
Obserwuj nas w Google Discover
Podobają Ci się nasze treści?
Google Discover
Obserwuj