- Bezprawnik -
- Transport -
- Chciałem dojechać na lotnisko. Za Ubera zapłaciłem mniej niż za komunikację miejską
Chciałem dojechać na lotnisko. Za Ubera zapłaciłem mniej niż za komunikację miejską
O cenach za przejazdy komunikacją miejską w niektórych polskich miastach można by napisać osobny, obszerny artykuł, jeśli nie pracę naukową czy książkę. Zawsze znajdą się argumenty, że utrzymanie taboru kosztuje, wynagrodzenia kierowców rosną, a wpływy z biletów pokrywają tylko część kosztów funkcjonowania całego systemu. To wszystko prawda, ale furtka do polemiki nadal pozostaje otwarta.
W Poznaniu za komunikację miejską nie jest tanio
Tym razem mówimy o stolicy Wielkopolski. Mieście, które nie słynie ze szczególnie płynnego ruchu samochodowego w godzinach szczytu. Ale czy ono jedyne w Polsce i na świecie? Oczywiście, że nie. Jak by tu jednak rozkorkować miasto? Więcej pasów, zakaz jazdy po buspasach, likwidacja ścieżek rowerowych? Mit, to nam nie pomoże.
I nie trzeba być jakimś antysamochodziarzem, żeby tak twierdzić. W największych miastach kluczem do rozwiązania problemu może być dobrze rozwinięta sieć transportu zbiorowego. Autobusy, tramwaje, metro. W Poznaniu akurat metra nie ma, jest jedynie Poznański Szybki Tramwaj, czyli tzw. „Pestka”, którą dotrzemy w zaledwie kilka, kilkanaście minut do północnych części miasta.
Fajnie, coś tu mamy. Teraz jeszcze tylko zachęcić ludzi do jazdy komunikacją. I tak w przypadku uczniów, studentów oraz osób, które mieszkają dość blisko przystanków, nie byłoby większego problemu – bilety kwartalne czy semestralne to koszt, który da się przełknąć. Koszty się rozłożą i wyjdzie, że się opłacało. Ale co z tymi, którzy w Poznaniu nie mieszkają, a chcieliby się przejechać komunikacją miejską?
Przejazd na lotnisko autobusem? To nie są tanie rzeczy
Ze słynnego „chlebaka”, czyli dworca głównego, kursują autobusy tuż pod samo lotnisko. Odjazdy w tym kierunku są co ok. 10 minut. Weźmy sobie taką czteroosobową grupkę ludzi, którzy dojechali z mniejszego miasta w Wielkopolsce pociągiem do Poznania. Lecą na jakiś city break na kilka dni, więc wielkich bagaży nie mają. Intuicja podpowiada, że w sumie mogliby spróbować pojechać autobusem. Tym bardziej, że te autobusy stoją tuż obok miejsca, gdzie podjeżdżają taksówki. Kwestia 20 minut, może więcej, i są tuż przy hali odlotów. Powinno być tanio, przecież to tylko autobus.
28 złotych za cztery bilety, czyli prosta matematyka
No właśnie – powinno. Przeliczmy, jak im to wyjdzie. Jeśli nikt z nich nie ma legitymacji uprawniającej do ulgi, to za bilet 45-minutowy (bo na 15-minutowym się nie wyrobią) każdy z nich zapłaci 7 złotych. Prosta matematyka, mnożymy razy cztery i mamy 28 złotych za przejazd autobusem.
Na ratunek przychodzi Uber, czyli aplikacja tańsza od autobusu
Odpalmy sobie teraz aplikację Ubera (albo Bolta, co kto woli). Wpisujemy adres lotniska i… 22 złote. Z perspektywy podróżujących? Super sprawa, jest taniej, pojadą samochodem, plecaki czy walizki wrzucą do bagażnika, nie trzeba się martwić. Czy jest zatem jakiś sensowny argument, który przemawiałby za tym, aby ci ludzie pojechali autobusem?
Odpowiedź pozostawiam wam. Owszem, ceny w aplikacjach są dynamiczne i nie zawsze będzie tak kolorowo – bywało już, że po zmianie przepisów cena za przejazd Uberem wzrosła o 20 proc. Jednak pierwszy lepszy wniosek, jaki można z tego wyciągnąć, brzmi: chyba nie tak miało to wyglądać. Ja w pełni rozumiem, że jednorazowe przejazdy nigdy nie będą wzorem opłacalności, nie po to są bilety okresowe, ale są granice dobrego smaku.
Czy komunikacja miejska w Poznaniu może być tańsza?
Można przecież w ogóle najpierw odpowiedzieć, że moje porównanie jest niesprawiedliwe. Autobus pobiera opłatę od każdego pasażera, natomiast cena przejazdu samochodem jest dzielona przez całą grupę. Jedna osoba nadal zapłaci za autobus mniej niż za Ubera.
To prawda. Właśnie dlatego według mnie sednem problemu nie jest samo 7 zł za bilet, lecz brak sensownej oferty dla kilku osób podróżujących razem. Tańsza komunikacja miejska bywa zresztą tematem także na poziomie krajowym – choćby przy okazji pomysłu zerowego VAT-u na transport publiczny. Poznańska taryfa przewiduje tymczasem wyłącznie przejazdy indywidualne. Tańsze taryfy istnieją, ale są tak naprawdę tylko dla mieszkańców – bilety okresowe czy tPortmonetka, która pobiera opłaty według przejechanych przystanków. To nie są rozwiązania dla ludzi, którzy są tutaj na chwilę.
Bilet grupowy zamiast darmowej komunikacji
Najprostszą reakcją byłoby oczywiście żądanie obniżenia wszystkich cen albo wprowadzenia hasła, jakim jest bezpłatna komunikacja miejska. Pierwsza możliwość to jednak bilet grupowy, na przykład dla maksymalnie pięciu osób, ważny przez 60 lub 90 minut. Gdyby kosztował około 18–20 zł, autobus odzyskiwałby przewagę nad samochodem w sytuacjach podobnych do opisanej. Nie byłby też przesadnie atrakcyjny dla jednej czy dwóch osób, więc nie wypierałby całkowicie zwykłych biletów.
Takie produkty nie byłyby żadnym eksperymentem. W innych europejskich systemach funkcjonują bilety grupowe obejmujące do np. pięciu pasażerów – w sam raz dla turystów. Zapewne sytuacja nie dotyczy tylko Poznania, ale i innych miast. Recepta na ten problem nie zależy jednak od samego miasta. Jeśli chcemy rzeczywiście walczyć z korkami w Polsce i smogiem, to trzeba być przygotowanym na każdą sytuację i otwartym również na pasażerów okazjonalnych. A do tego potrzeba rozwiązań, które można wdrożyć w prosty sposób, bez wielkich nakładów pieniężnych. Promocja transportu zbiorowego, która skończyłaby się podwyżką cen, byłaby co najmniej katastrofą.










