Ciężar utrzymania państwa przez obywateli jest w Polsce wysoki
Chyba wszyscy słyszeliśmy słowa niegdysiejszej brytyjskiej premier Margaret Thatcher: "Nie ma czegoś takiego jak publiczne pieniądze. Jeśli rząd mówi, że komuś coś da, to znaczy, że zabierze tobie, bo rząd nie ma żadnych własnych pieniędzy". To nie do końca prawda, bo państwo jak najbardziej ma źródła dochodu niezależne od wyciągania pieniędzy z portfeli obywateli. Nie da się jednak ukryć, że wszelkiego rodzaju daniny publicznoprawne stanowią główne źródło utrzymania państwa wraz ze wszystkimi jego instytucjami. Pytanie o to, ile nam zabiera, nasuwa się samo.
Od jakiegoś czasu stara się na nie odpowiedzieć Warsaw Enterprise Institute. W zeszłorocznym raporcie "Ile kosztuje cię państwo?" za 2024 r. udało mu się wyliczyć, jaką część swojego dochodu statystyczny Polak oddaje państwu. Okazuje się, że w grę wchodzi niemal połowa:
Mimo że stawka PIT dla osoby o średnich zarobkach wynosi w Polsce 12 proc., to po uwzględnieniu pozostałych przymusowych opłat, realny ciężar opodatkowania rośnie do poziomu 43 proc. Jeszcze w 2017 roku IBS szacował ten wskaźnik na 37 proc., co oznacza, że opodatkowanie rośnie szybciej niż dochody.
Przeciętny Polak na pokrycie wszystkich podatków, składek i opłat administracyjnych musiał wydać w 2024 roku minimum 41 940 zł.
Na pierwszy rzut oka wartość 43 proc. wydaje się bardzo wysoka. Refleksję taką tylko wzmacnia powszechnie niska ocena jakości usług publicznych w naszym kraju. Narzekamy na opiekę zdrowotną, ZUS, infrastrukturę, energetykę, urzędy, sposób gospodarowania opłatami komunalnymi. O politykach i ich kosztownych fanaberiach nawet nie ma sensu wspominać. Warto jednak zwrócić uwagę na pewne niuanse całej sprawy.
Przede wszystkim: co rozumiemy przez pojęcie "przeciętnego Polaka"? WEI przyjęło za punkt odniesienia przeciętne wynagrodzenie, co można oczywiście zrozumieć. Sam jednak nie jestem zwolennikiem stosowania tego wskaźnika z powodu sposobu jego wyliczania, który ignoruje gorzej zarabiającą część pracujących: budżetówkę, umowy cywilnoprawne oraz pracowników małych przedsiębiorstw. Fakt ten nie powinien jednak wpływać na udział ciężarów na rzecz państwa w domowym budżecie.
W zeszłym roku oddawaliśmy państwu 43 proc. dochodów, ale w poprzednich latach ponad 60 proc. Coś się tutaj nie zgadza
Co istotne dla naszych rozważań, osoba zarabiająca aktualną średnią krajową wciąż mieści się w pierwszym progu podatkowym w podatku PIT. W 2024 r. 8 proc. podatników wpadła w drugi próg, co siłą rzeczy oznacza wyższe opodatkowanie. Winowajcą jest tutaj inflacja i szybki wzrost płac, który starał się za nią nadążyć. W 2025 r. nie powinniśmy się spodziewać oszałamiającego wzrostu tego odsetka.
Wyliczenia WEI wydają się więc wiarygodne. 43 proc. dochodów przeciętnego Polaka trafia do państwa. W jaki sposób? Oprócz stosunkowo niskiego podatku dochodowego mamy jeszcze składki ZUS oraz składkę zdrowotną. Następnym sposobem wyciągania naszych pieniędzy przez państwo jest opodatkowanie konsumpcji podatkami pośrednimi. Najważniejszym narzędziem jest tutaj VAT. Podstawowa stawka tej daniny wynosi 23 proc., ale w Polsce stosowane są też stawki obniżone. Dotyczą najczęściej kluczowych produktów pierwszej potrzeby. Jak więc ustalić, ile rzeczywiście tracimy przez VAT? WEI znalazł na to sposób.
Ot, poszczególnym rodzajom towarów przypisane zostały wagi uwzględniające część konsumpcji, za którą odpowiada dana kategoria. Ze wszystkich kategorii wyciągnięta jest średnia. Ostatecznie wyszło 13,80 proc. Uwzględnić należało także podatki i opłaty lokalne, akcyzę, podatki sektorowe w rodzaju "opłaty" cukrowej, a nawet abonament RTV czy cło. Danin na rzecz poszczególnych macek państwowej ośmiornicy jest w Polsce mnóstwo.
Jest jednak w tym wszystkim małe, choć bardzo istotne, "ale". Okazuje się, że bywało w Polsce gorzej. Wyliczenia WEI za 2023 r. sugerowały, że państwo zabiera nam 62 proc. dochodów. W 2022 r. było to 60 proc. Cóż takiego zmieniło się pomiędzy 2023 a 2024 rokiem? Odpowiedzią nie jest Polski Ład. Pierwsze podatkowe skutki podwyższenia kwoty wolnej w podatku PIT odczuliśmy w 2023 r., składając zeznania za 2022 r. Obecny rząd nie wprowadził zaś żadnej wartej uwagi zmiany, która rzeczywiście mogłaby sprawić, że nagle oddajemy państwu mniej, albo zarabiamy zauważalnie więcej. Na przełom 2022 i 2023 r. przypadał szczyt kryzysu inflacyjnego, ale jego skutki przecież nijak nie zniknęły wraz ze spadkiem inflacji. Ot, po prostu ceny przestały rosnąć w szaleńczym tempie. Być może po drodze zaszła jakaś drastyczna zmiana metodologii po stronie WEI.
Jaki z tego płynie wniosek? Wyliczenia dotyczące "statystycznego Polaka" należy traktować z pewną dozą ostrożności. Równocześnie wątpliwości nie budzi to, że oddajemy państwu naprawdę sporo w relacji do tego, co otrzymujemy od niego w zamian. Warto o tym pamiętać za każdym razem, gdy obecna albo przyszła władza będzie nas przekonywać, że czas wprowadzić jakąś nową daninę dla naszego dobra.
Obserwuj nas w Google Discover
Podobają Ci się nasze treści?
Google Discover
Obserwuj