1. Bezprawnik -
  2. Społeczeństwo -
  3. Wolę zamawiać jedzenie z dostawą albo jeść w fast-foodach. Tam przynajmniej mam święty spokój

Wolę zamawiać jedzenie z dostawą albo jeść w fast-foodach. Tam przynajmniej mam święty spokój

Jedzenie w restauracjach to podobno nie tylko jedzenie, ale także całe doświadczenie. Tylko dlaczego w ostatnich latach robi się ono coraz bardziej nieprzyjemne? Nie ma się co oszukiwać: w budce z kebabem nikt nie spróbuje nas naciągnąć na napiwek, a opłata za dostawę ma konkretne uzasadnienie.

Napiwki, opłaty serwisowe i inne „niespodzianki" w restauracjach

Trudno oprzeć się wrażeniu, że w ostatnim czasie toczy się swego rodzaju dyskusja na temat napiwków, opłat serwisowych, opłat za płatności kartą i innych „niespodzianek" fundowanych klientom przez branżę gastronomiczną. Parokrotnie poruszałem nawet na Bezprawniku kwestie związane z prawnym aspektem tego zjawiska, takie jak opłaty serwisowe w restauracjach.

Nie ma się co dziwić, że w mediach społecznościowych i bardziej tradycyjnych co jakiś czas kreatywni restauratorzy stają się czarnymi bohaterami takich opowieści. Nikt z nas nie lubi przepłacać. Wielu z nas nie przepada także za przykrymi niespodziankami w postaci konieczności zapłaty więcej, niż wynosi suma zamówionych produktów. Być może właśnie dlatego dziennikarze tak chętnie podchwytują temat. Nas też ten problem uwiera w portfele.

Czy Polacy rzadziej chodzą do restauracji? Branża gastronomiczna w tarapatach

Czy przekłada się to jakoś na frekwencję w restauracjach? Naprawdę trudno byłoby generalizować, tym bardziej że liczba restauracji rośnie. W styczniu „Puls Biznesu" przekonywał: „Restauracje znowu pełniejsze". W lutym serwis xyz.pl sugerował, że „Polacy coraz rzadziej chodzą do restauracji". W czerwcu serwis newseria.pl przekonywał: „Polacy jednak nie rezygnują z jedzenia na mieście". Tym, co łączy te wszystkie relacje, są trudności, jakie przeżywa branża gastronomiczna.

Chodzi przede wszystkim o wysokie koszty prowadzenia biznesu oraz konkurencję – na przykład w postaci dań gotowych oferowanych przez sieci handlowe.

Restauracjom doskwiera coraz silniejsza konkurencja – także ze strony jedzenia na wynos

Patrząc na problem z tej perspektywy, można zrozumieć restauratorów, którzy decydują się aktywniej wyciągać ręce po pieniądze klienta. Rosnące koszty w całej gospodarce zwiększają oczekiwania płacowe obsługi. Zaspokoić je można podwyżką, ale można też wprowadzić „opłatę serwisową" i przerzucić problem na gości – nic dziwnego, że restauracje coraz częściej naliczają tę opłatę. Kelnerów łatwiej uspokoić stwierdzeniem „resztę zgarniesz sobie z napiwków" wtedy, kiedy klienci rzeczywiście są skłonni je dawać. Niektórzy kombinują nawet na kaucji za butelki.

Foodtrucki, kebab, Żabka i Orlen – alternatywy dla restauracji

Tutaj jednak napotykamy problem konkurencji rynkowej. Właściwie dlaczego mielibyśmy wybierać akurat restauracje, skoro istnieje całkiem sporo alternatyw? Jeżeli chcemy po prostu coś zjeść, ale nie chcemy sami przyrządzać jedzenia, to mamy do dyspozycji foodtrucki, popularne budki z kebabem czy zapiekankami, a nawet gastronomię w Żabce albo na stacji Orlenu. Możemy też stołować się w którejś z popularnych sieci fastfoodowych.

Ktoś mógłby powiedzieć, że to przecież nie jest to samo. Miałby dużo racji. Jeśli szukamy wysublimowanych doznań kulinarnych, to raczej nie znajdziemy ich w McDonald's czy KFC. Nie zamierzam im jednak umniejszać. W ich menu jest w końcu kilka pozycji, które lubię sobie od czasu do czasu przekąsić. Rzecz jednak w tym, że same restauracje również prowadzą sprzedaż na wynos.

Żabka nigdy by nam czegoś takiego nie zrobiła. Kultura napiwkowa psuje restauracyjne doświadczenie

Nie ma się co oszukiwać: przy dostawie nikt nie będzie się od nas domagać napiwku. Opłata za dowóz ma pełne uzasadnienie, bo przecież paliwo kosztuje. Tego samego nie można powiedzieć o domaganiu się nawet kilkunastu procent wartości zamówienia za to, że ktoś przejdzie kilka metrów od kuchni do naszego stolika i postawi nam tackę z jedzeniem.

Restauratorzy lubią powtarzać, że stołowanie się u nich to nie tylko jedzenie, ale także całe doświadczenie związane z przyjemnym spędzaniem u nich czasu. Próby przeszczepiania na polski grunt amerykańskiej „kultury napiwkowej" są jednak piłowaniem gałęzi, na której się siedzi. Powód jest prosty: każda niespodziewana opłata albo wymowna sugestia zostawienia napiwku psuje to doświadczenie.

W Żabce, na Orlenie albo w budce z kebabem nikt nam takiego numeru nie zrobi. Fast foody stosują nawet własną wariację na temat kas samoobsługowych. Tym samym punktują u tych specyficznych klientów, którzy chcą z góry wiedzieć, ile zapłacą, i mieć święty spokój w trakcie jedzenia. Wiem, bo sam się do tej grupy zaliczam. Prawdę mówiąc, na konieczność doliczania sobie w pamięci jakiejś kwoty do ceny reaguję wrogo także w każdym innym przypadku.

Obowiązkowe napiwki i opłaty serwisowe – restauratorzy piłują gałąź, na której siedzą

W dyskusji na temat napiwków i tych mniej dobrowolnych opłat związanych z obsługą w restauracji ważny jest także szerszy kontekst. Żyjemy w dość specyficznym europejskim kraju, w którym każdy z nas może znaleźć swój unikalny sposób, w jaki system daje mu w kość. Równocześnie w Polsce obowiązują względnie cywilizowane przepisy prawa pracy, które gwarantują pracownikom stosunkowo wysokie wynagrodzenie minimalne.

Dlaczego kelner, a nie kasjerka czy budowlaniec?

Nic więc dziwnego, że jako społeczeństwo nie bardzo rozumiemy, dlaczego niby kelner miałby zasługiwać na dodatkową gratyfikację pieniężną bardziej od kasjerki w sklepie, kierowcy autobusu czy pracownika na budowie. Nikomu przecież nie przyjdzie do głowy domaganie się, by budowlańcom płacić 10 proc. wartości budowanej nieruchomości w ramach „docenienia ich trudu". Ja również nie jestem od wypłacania pensji kelnerowi w napiwkach – od tego jest pracodawca.

Restauratorzy potrafią zaś domagać się „obowiązkowych napiwków" w przestrzeni publicznej. Przyjęcie zamówienia i wydanie towaru bez grymasów niezadowolenia naprawdę nie wykracza poza standardy praktycznie każdej branży, w której coś komuś się sprzedaje.

Obserwuj nas w Google Discover
Google Discover
Podobają Ci się nasze treści?
Google Discover