- Bezprawnik -
- Społeczeństwo -
- Duże psy mogą już latać w kabinie samolotu. A co z pasażerem, który ma alergię?
Duże psy mogą już latać w kabinie samolotu. A co z pasażerem, który ma alergię?
Jeszcze kilka lat temu podróż z dużym psem samolotem była wyzwaniem dla właścicieli. Dziś zaczyna być elementem biznesowej strategii linii lotniczych. Włoskie linie lotnicze postanowiły pójść krok dalej — ITA Airways od 3 sierpnia pozwala na wybranych krajowych rejsach zabierać do kabiny nawet duże psy, ważące do 30 kilogramów. Zwierzę nie musi być zamknięte w małym transporterze pod siedzeniem. Dostaje własne miejsce obok właściciela.
I tu należy zastanowić się nad poważną kwestią, która znacznie wykracza poza to, czy ktoś lubi, czy nie lubi psów. Mianowicie: czy nie zaczynamy zbyt mocno humanizować zwierząt?
Pies jako pasażer, a nie bagaż
Pomysł Włochów nie narodził się w próżni, ale jest odpowiedzią na zmieniające się oczekiwania klientów. Dla coraz większej części społeczeństwa pies nie jest już po prostu zwierzęciem domowym. Jest członkiem rodziny. Właściciel nie chce zostawiać go w domu, a tym bardziej oddawać do luku bagażowego. Dotąd pies w samolocie oznaczał najczęściej transporter o wymiarach bagażu podręcznego i limit ośmiu kilogramów.
Ile psów żyje we Włoszech i w Polsce
Włochy są zresztą dobrym miejscem do testowania takiego rozwiązania. Według danych FEDIAF (Europejskiego Stowarzyszenia Producentów Karmy dla Zwierząt Domowych) w kraju żyje około 8,8 mln psów. Polska znajduje się bardzo blisko — około 8,4 mln. Liczby te pokazują, że nie jest to tylko niszowy problem dotyczący kilku tysięcy miłośników zwierząt, ale ogromna grupa potencjalnych klientów.
Co więcej, w Polsce psa ma około połowa gospodarstw domowych. Jeżeli model włoski się przyjmie, trudno będzie uznać go za południowoeuropejską ciekawostkę. Presja na polskie linie lotnicze może pojawić się bardzo szybko, a dla właścicieli planujących lot z psem za granicę oznaczałoby to realną zmianę zasad.
Samolot to wspólna przestrzeń, a nie prywatny salon
Zwolennicy pomysłu powiedzą: skoro człowiek traktuje psa jak członka rodziny, dlaczego ma go zostawiać samego podczas podróży w luku bagażowym?
Tyle że samolot nie jest prywatnym samochodem ani salonem właściciela. Kabina to wspólna, zamknięta przestrzeń, w której przez kilka godzin spotykają się ludzie o zupełnie różnych potrzebach.
Dla jednego pasażera pies będzie uroczym towarzyszem podróży. Dla innego może oznaczać silny stres, lęk albo poważny problem zdrowotny. I właśnie tutaj zaczyna się problem, którego nie można sprowadzić do prostego hasła „pet friendly”.
Alergia na psy w samolocie. Kto odpowiada za skutki?
Najbardziej oczywiste pytanie dotyczy alergii. Co ma zrobić pasażer, który kupił bilet, wszedł na pokład i dowiedział się, że kilka rzędów dalej znajduje się duży pies? Czy linia powinna wcześniej poinformować wszystkich pasażerów o obecności zwierzęcia? Czy pasażer z alergią ma mieć możliwość zmiany miejsca? A jeśli na pokładzie znajduje się kilka psów?
I najważniejsze: kto ponosi odpowiedzialność, jeśli obecność zwierzęcia doprowadzi do silnej reakcji alergicznej? Kto poniesie koszty przymusowego lądowania, aby ratować życie pasażera? Nie są to bezpodstawne obawy, szczególnie jeśli zestawimy je z danymi EAACI (Europejskiej Akademii Alergologii i Immunologii Klinicznej), z których wynika, że alergie na zwierzęta futerkowe dotykają średnio 10 proc. ogólnej populacji kontynentu. Z kolei prestiżowy dokument konsensusu medycznego Consensus document on dog and cat allergy wskazuje, że wśród europejskich pacjentów, którzy trafiają do poradni z podejrzeniem alergii wziewnej, odsetek osób ze stwierdzonym uczuleniem na psy wynosi aż 27 proc. Jeśli te wskaźniki ostrożnie przełożymy na matematyczne wyliczenia, to przykładowo 10 proc. populacji Europy stanowi prawie 75 mln ludzi.
Linie lotnicze muszą więc znaleźć sposób na pogodzenie dwóch interesów: prawa właściciela do podróżowania ze zwierzęciem i prawa pozostałych pasażerów do podróży bez narażenia na dodatkowe ryzyko.
Jeśli pies, to dlaczego nie kot czy papuga?
Jest jeszcze jeden problem. Jeśli uznamy, że pies może zajmować miejsce w kabinie, pojawia się pytanie: to dlaczego nie kot?
A jeśli kot, to dlaczego nie królik, świnka morska czy kanarek? Oczywiście można ustalić katalog zwierząt dopuszczonych na pokład, ale sama logika jest interesująca. Skoro argumentem jest to, że zwierzę jest dla właściciela członkiem rodziny, trudno zastosować go wyłącznie do psów. Dla kogoś członkiem rodziny będzie kot, dla kogoś królik, a dla kogoś papuga. W pewnym momencie przestajemy więc mówić o przewozie zwierząt, a zaczynamy mówić o prawie do podróżowania ze swoim pupilem.
Humanizacja zwierząt idzie coraz dalej
Problem jest jednak szerszy niż podróże samolotem. W ostatnich latach obserwujemy wyraźną zmianę w sposobie postrzegania i traktowania zwierząt. Pies czy kot coraz częściej otrzymuje status niemal równy członkowi rodziny. Świętujemy jego urodziny, kupujemy specjalne ubrania, zabieramy do restauracji, hoteli, biur, a czasem nawet organizujemy mu własne miejsce przy stole.
Sama troska o dobrostan zwierząt jest oczywiście czymś pozytywnym i wartym pochwały. Granica zostaje jednak przekroczona wtedy, gdy zaczynamy zapominać, że zwierzę nie jest człowiekiem, a jego potrzeby nie zawsze mogą być stawiane na równi z potrzebami innych ludzi.
Pies może być dla właściciela najważniejszym towarzyszem życia. Dla innego człowieka może jednak być źródłem lęku albo problemów zdrowotnych. Podobne napięcia widać już dziś, gdy pies w komunikacji miejskiej budzi obawy części pasażerów. Jeśli część z nas traktuje zwierzę jak członka rodziny, nie oznacza to jeszcze, że wszyscy pozostali funkcjonujący w przestrzeni publicznej muszą traktować je tak samo.
Nie chodzi o zakaz, tylko o jasne zasady
Nie oznacza to oczywiście, że zwierząt nie powinno być w samolotach. Potrzebna jest jednak granica. Linie lotnicze powinny informować pasażerów o obecności większych zwierząt, odpowiednio je rozmieszczać i mieć procedury na wypadek konfliktu między potrzebami właściciela zwierzęcia a potrzebami innych pasażerów. Być może warto wprowadzić loty tylko dla właścicieli z psami, aby uniknąć sytuacji konfliktowych i pozwów związanych z niezapewnieniem bezpieczeństwa. Branża testowała już zresztą podobne rozwiązania — jeden z przewoźników uruchomił strefę bez dzieci w samolocie.
Loty ze zwierzętami w Polsce. Pytania, które dopiero nadejdą
Włoski eksperyment może być początkiem nowego standardu. Jeżeli pasażerowie zaakceptują duże psy w kabinie, podobnych rozwiązań będą oczekiwać także w innych krajach, również w Polsce. I wtedy trzeba będzie znaleźć odpowiedzi na pytania, które dziś mogą wydawać się przesadzone. Czy pasażer będzie mógł zarezerwować miejsce w strefie wolnej od zwierząt? Czy linia będzie musiała zagwarantować takie miejsce osobie z alergią? Kto odpowie, jeśli zwierzę zrani pasażera albo doprowadzi do zakłócenia lotu? Czy właściciel będzie ponosił wszystkie koszty i odpowiedzialność, czy część ryzyka przejmie przewoźnik? Prawo potrafi już dziś traktować czworonoga jak pasażera — zdarzyło się bowiem odszkodowanie dla psa za odwołany lot.
A później pojawi się kolejne pytanie, jeszcze bardziej fundamentalne: kto następny? Pies, kot, królik, papuga, kanarek? Gdzie kończy się prawo właściciela do podróżowania ze swoim pupilem, a zaczyna prawo innych ludzi do spokojnego i bezpiecznego podróżowania?
Możemy kochać zwierzęta, dbać o ich dobrostan i traktować je jak członków rodziny. Nie oznacza to jednak, że powinniśmy zapominać, iż nie są ludźmi. Troska o zwierzęta jest miarą naszej wrażliwości. Umiejętność zachowania granic — także naszej odpowiedzialności.
Być może więc przyszłość nie powinna polegać na tym, że zwierzęta będą miały coraz więcej praw przypominających prawa ludzi. Powinna raczej polegać na tym, że znajdziemy rozsądne zasady, które pozwolą ludziom podróżować ze swoimi zwierzętami, ale jednocześnie nie będą naruszać praw tych, którzy z różnych powodów nie chcą albo nie mogą dzielić z nimi wspólnej przestrzeni.
zobacz więcej:











