1. Bezprawnik -
  2. Prawo -
  3. Big techy świetnie zarabiają na umożliwianiu oszustom okradania waszej mamy. Rafał Brzoska chce by oddawały 150% tej kwoty

Big techy świetnie zarabiają na umożliwianiu oszustom okradania waszej mamy. Rafał Brzoska chce by oddawały 150% tej kwoty

Rafał Brzoska otworzył nowy front w wojnie z platformami technologicznymi. Szef InPostu postawił na społeczny apel pod hasłem „150%". Platforma big tech, która zarobiła na oszukańczej reklamie, ma oddać półtora raza więcej, niż na niej zarobiła. Petycję można podpisać na stronie 150proc.pl.

Mariusz Lewandowski21.08.2026 10:59
Prawo

Skąd wziął się apel „150%"?

Brzoska od miesięcy pokazuje, jak jego wizerunek i wizerunek żony, Omeny Mensah, służą do promowania fałszywych inwestycji i spreparowanych newsów o ich życiu prywatnym. Tym razem zwrócił uwagę, że po nagłośnieniu sprawy reklamy z jego twarzą zniknęły w kilka dni, podczas gdy te z wizerunkiem prezydenta, premiera czy prezesa NBP, jak napisał, „nadal hulają w pełni".

Dla niego to dowód, że koncern potrafi wygasić konkretną kampanię, gdy tylko zacznie mu się palić pod pośladkami, a powtarzane od lat „nie da się" jest kwestią woli, a nie ograniczeń technologii. Warto przypomnieć, że gdy wcześniej padły nazwiska polskich menedżerów Mety, Meta się spłakała nad ich bezpieczeństwem zamiast nad ofiarami reklam, a konto Brzoski na Instagramie zostało na chwilę zablokowane. Tłem dla apelu jest zresztą codzienność każdej polskiej redakcji, w tym naszej, którą zalewają bannery krzyczące, że Adam Glapiński zwolniony, emitowane automatycznie przez systemy reklamowe big techów.

Na czym polega zasada „150%"?

Sam mechanizm Brzoska opisał w jednym zdaniu: „oddajesz 150% tego co zarobiłeś poszkodowanym i polskiemu społeczeństwu, które ponosi koszty tej przestępczej działalności". Nie chodzi o celebrytów, których twarze skradziono, lecz o „tych którzy w wyniku scamu stracili zdrowie czy dorobek życia". Zgodnie z opisem na stronie kampanii istotna część środków wynikających z takiej odpowiedzialności miałaby trafiać właśnie do ofiar, choć twórcy inicjatywy zastrzegają, że nie przesądzają dziś, w jakiej formule i pod czyim zarządem miałoby się to odbywać.

Dlaczego akurat 150 proc., a nie 100?

Gdyby platforma oddawała dokładnie tyle, ile zarobiła, wynik finansowy oszustwa byłby dla niej zerowy, a więc neutralny. Nadwyżka ponad sto procent ma sprawić, że emitowanie scamu przestanie być opłacalne, a stanie się kosztowne. To odwrócenie kalkulacji, którą big techy stosują dzisiaj, gdzie ewentualna kara bywa traktowana jak kolejny koszt prowadzenia rentownego biznesu.

Z wewnętrznych dokumentów Mety, które opisała agencja Reuters, wynika, że koncern szacował u siebie około 16 miliardów dolarów rocznego przychodu z reklam oszustw, nielegalnego hazardu i towarów zakazanych, czyli mniej więcej co dziesiątego zarobionego dolara. W polskich realiach z raportu Juniper Research, na który powoływał się Revolut, wynika z kolei, że platformy inkasują nad Wisłą około 725 mln zł rocznie z reklam będących oszustwami, a średnia strata skutecznie oszukanej osoby to blisko 3,4 tys. zł.

Skoro Google i Meta wiedzą, że emitują scam, a mimo to na nim zarabiają, bo przychód przewyższa koszt ewentualnej ugody, to jedynym językiem, który do nich trafia, pozostaje rachunek zysków i strat.

Apel, a nie gotowa ustawa

Na tym etapie „150%" nie jest projektem ustawy i twórcy inicjatywy sami to podkreślają. Zasada opisuje oczekiwany kierunek odpowiedzialności, a nie gotowy mechanizm prawny. Kampania nie tworzy też nowego organu ani nie przypisuje sobie kompetencji do stwierdzania, że doszło do oszustwa, bo ostateczna kwalifikacja konkretnych przypadków ma należeć do właściwych organów i sądów.

Kto i w jakiej procedurze miałby uznać reklamę za scam, jak wyglądałaby ścieżka odwoławcza i jak osadzić takie rozwiązanie w prawie polskim oraz unijnym? Twórcy odsyłają te kwestie do rozmów z ekspertami i regulatorami. Prostota hasła jest więc jednocześnie jego siłą jako narzędzia mobilizacji i jego ograniczeniem jako propozycji legislacyjnej.

Polskie prawo pewne podstawy już daje. Poszkodowany może sięgnąć po art. 415 kodeksu cywilnego, czyli odpowiedzialność za szkodę wyrządzoną z własnej winy, oraz art. 422, obejmujący tego, kto świadomie skorzystał z wyrządzonej komuś szkody. Do tego dochodzi art. 54 aktu o usługach cyfrowych, który wprost pozwala dochodzić odszkodowania za naruszenie obowiązków platformy. Kłopot w tym, że w pojedynczej sprawie trzeba wykazać wiedzę platformy i związek przyczynowy, a taki spór bywa długi, kosztowny i w dużej mierze precedensowy.

Narzędzia już istnieją, pytanie brzmi, czy państwo ich użyje

Najmocniejszy bat na koncerny leży zaś w Brukseli. Przypomnijmy, czym jest DSA: to unijne rozporządzenie pozwalające nakładać kary sięgające 6 proc. światowego obrotu platformy, co dla firmy wielkości Mety oznacza kwoty liczone w miliardach euro. Problem polega na tym, że polska ustawa wdrażająca te przepisy została 9 stycznia 2026 roku zawetowana przez prezydenta Karola Nawrockiego, a po wecie rząd podzielił projekt na części. Do czasu, aż koordynator do spraw usług cyfrowych zacznie w pełni działać, krajowa ścieżka egzekwowania DSA pozostaje w dużej mierze na papierze.

Działa za to UOKiK, który prowadzi postępowanie wyjaśniające. Jak mówił prezes urzędu Tomasz Chróstny, „sprawdzamy mechanizmy publikacji reklam w serwisach społecznościowych Facebook, Instagram oraz na wielu stronach podmiotów współpracujących z Google". Odrębne narzędzia ma KNF wraz z listą ostrzeżeń publicznych, choć te wymierzone są w samego oszusta, a nie w platformę. Najdalej dotychczas zaszedł jednak sam Brzoska. W sprawie, w której Rafał Brzoska wygrywa z Metą, warszawski Sąd Apelacyjny odrzucił w kwietniu 2026 roku linię obrony opartą na twierdzeniu, że platforma jest wyłącznie biernym hostingiem. To ustalenie przydaje się każdemu, kto rozważa własny pozew.

Obserwuj nas w Google Discover
Google Discover
Podobają Ci się nasze treści?
Google Discover