- Bezprawnik -
- Zagranica -
- Jedziesz na wakacje do Hiszpanii znając tylko język angielski? Mam dla ciebie złą wiadomość
Jedziesz na wakacje do Hiszpanii znając tylko język angielski? Mam dla ciebie złą wiadomość
Minęło wiele lat, odkąd w polskich szkołach zamieniono język rosyjski na angielski. Nie będę nawet rozprawiać o słuszności tego pomysłu, bo nie o to w tej zmianie chodziło. Języki obce są oknem na świat i nic tego raczej nie zmieni. Praca, nowe znajomości, swobodne poruszanie się po internecie, zdobywanie informacji i wakacje. No właśnie – czy na wakacjach wystarczy nam ten angielski, którego uczyliśmy się m.in. w szkole?
Moja ulubiona odpowiedź – to zależy
Bo wyjazd wyjazdowi nierówny. Trywialne problemy, jak city break w Londynie, z szacunku do mojego i waszego czasu pominę. Jedyne, co powiem, to że nie warto stresować się swoim akcentem – to nie powód do kompleksów. Ale kto jedzie odpoczywać do Londynu, skoro mamy tyle pięknych plaż, basenów i hoteli na południu Europy i północy Afryki?
I tutaj zaczynają się schody. O ile sam proces zakwaterowania w hiszpańskim czy greckim hotelu powinien przebiec bezproblemowo – w szczególności gdy jedziemy z biurem podróży, gdzie na miejscu czeka rezydent – o tyle inne aktywności w kurortach będą wymagać trochę bardziej zaawansowanej komunikacji. I bynajmniej nie mam tutaj na myśli znajomości bardziej zaawansowanego angielskiego. Warto zresztą pamiętać, że biuro podróży nie wywinie się od odpowiedzialności za zatajanie informacji – nawet jeśli na miejscu nikt nie potrafi nam niczego wyjaśnić.
Polska stoi z angielskim lepiej, niż nam się wydaje
Regularnie odwiedzam Hiszpanię od kilkunastu lat i cały czas przecieram oczy ze zdumienia, jak bardzo mieszkańcy tego kraju mają zaległości w języku angielskim. Pewnego razu musiałem aż sprawdzić, czy w tamtejszych szkołach w ogóle uczą angielskiego – ku mojemu zdziwieniu okazało się, że tak.
Anegdota z wymiany językowej
Posłużę się przykładem anegdotycznym, ale uważam, że jest on w pewnym sensie potwierdzeniem tego zjawiska. Będąc jeszcze w liceum na wymianie językowej, nocowałem w domu pewnej rodziny hiszpańskiej. Ponieważ był to dopiero początek mojej przygody z językiem hiszpańskim, liczyłem na to, że dogadam się z domownikami po angielsku. W końcu w tym samym domu mieszkał nieco starszy ode mnie syn, w tamtym czasie student.
Nic bardziej mylnego. Po angielsku mówił gorzej niż jego mama. Kiedy przejdziemy się do restauracji, baru czy sklepu z pamiątkami, czyli do najbardziej turystycznych miejsc, z wysokim prawdopodobieństwem obsługa nie będzie potrafiła mówić po angielsku. I nie mówię tutaj o utrzymaniu płynnej rozmowy nt. fizyki kwantowej, a o poproszeniu o płatność kartą. Trzeba będzie spróbować na migi.
Taksówka dla turysty to specjalna taryfa
Brak znajomości angielskiego u lokalnych mieszkańców to jedno. Kolejną kwestią jest to, jak jesteśmy postrzegani, gdy bezrefleksyjnie próbujemy wymusić na całym świecie mówienie w języku Szekspira. Turysta, który wchodzi do lokalnego biznesu i od progu rzuca losowymi, bezosobowymi słowami po angielsku, automatycznie dostaje niewidzialną etykietę: „obcy z grubym portfelem”. A od takiego obcego przecież bardzo łatwo skasować podwójnie za sam fakt, że nim jest.
Przekonałem się o tym na własnej skórze podczas wyprawy do Gruzji. Kto był, ten wie, że tamtejsze negocjacje za przejazdy na dłuższych trasach czy wynajem kierowców to prawdziwy festiwal psychologii i handlu. Gdyby nie obecność naszej gruzińskiej koleżanki, która wzięła sprawy w swoje ręce, nikt nie pomógłby w dogadaniu uczciwej ceny. Rosyjski też by tam raczej nie pomógł – wielu Gruzinów go zna, ale z wiadomych przyczyn wolą go nie używać. Z angielskim? Oj, czasami trudno, wręcz bardzo – w szczególności poza Tbilisi czy Batumi.
Kilka zwrotów zamiast studiów filologicznych
Nie musimy jednak od razu robić studiów filologicznych z każdego języka, z którym będziemy mieć do czynienia. Często wystarczy drobna uprzejmość i poświęcenie kwadransa w samolocie na opanowanie dosłownie kilku podstawowych zwrotów. W takiej Hiszpanii ludzie zareagują zupełnie inaczej, gdy wejdziemy do sklepu uśmiechnięci i od progu rzucimy energiczne „Hola, ¿qué tal?”, zamiast prezentować gburowate milczenie i nasz tradycyjny „polish smile”, a potem roszczeniowo pytać o drogę po angielsku. Taki drobny gest to wyraz szacunku. Dla lokalsa to sygnał, że się staramy, że nie traktujemy jego kraju jak bezdusznego skansenu turystycznego. Kto wie, może uda nam się wyjść z pamiątkami po promocyjnej cenie?
Nowa rzeczywistość europejskich kurortów
Zostając na Półwyspie Iberyjskim – w ostatnich latach hiszpańska rzeczywistość językowa skomplikowała się jeszcze bardziej, o czym rzadko wspomina się w przewodnikach. Otóż w Hiszpanii drastycznie rośnie społeczność imigrantów z Ameryki Łacińskiej. Dlaczego to ważne dla nas, turystów? Ponieważ to właśnie Latynosi bardzo często zasilają tam szeroko pojęty sektor usług – pracują jako kelnerzy, barmani, obsługa hoteli.
I tu pojawia się haczyk: z ich angielskim bywa jeszcze gorzej niż u rdzennych, młodych Hiszpanów. O ile rodowity mieszkaniec Madrytu czy Barcelony ze względu na europejski system edukacji przynajmniej otarł się o ten język w szkole, o tyle dla pracownika z Wenezueli, Kolumbii czy Peru angielski jest często absolutną egzotyką. Dla nich naturalnym środowiskiem jest hiszpański i jeśli nie potrafimy wykrztusić w tym języku chociażby „¿Cuánto cuesta?”, komunikacja leży na całej linii. Bariera językowa bywa też realnym problemem, gdy trzeba zgłosić usterkę czy domagać się zadośćuczynienia za zmarnowany urlop.
To nie tylko hiszpański problem
Myślicie, że to specyfika wyłącznie południa Europy? Wyjedźmy na moment do tak uwielbianego przez Polaków Egiptu czy Tunezji. Tam w kurortach angielski oczywiście funkcjonuje, ale jest to język stricte transakcyjny, wyuczony na pamięć przez sprzedawców na bazarach. Prawdziwe, codzienne życie i te mniejsze, klimatyczne knajpki omijające masową turystykę mówią po arabsku.
Rzucenie na egipskim targu kilku słów w egipskim dialekcie arabskiego (choćby zwykłego „szukran” zamiast „thank you”) natychmiast zmienia optykę sprzedawcy. Przestajemy być bezimiennym portfelem z Europy, a stajemy się gościem, którego warto potraktować z szacunkiem.
Niestety, język to i tak nie wszystko
Oczywiście kilka lokalnych zwrotów nie sprawi, że nagle znikną wszystkie turystyczne pułapki. Naciąganie działa przede wszystkim tam, gdzie turysta nie zna lokalnych cen, nie wie, gdzie sprawdzić oficjalną taryfę, albo zgadza się na usługę bez wcześniejszego ustalenia kwoty. Podobnie jest z lokalnymi przepisami – łatwo o wpadkę, gdy nie wiemy, że w niektórych kurortach obowiązuje na przykład kara za sikanie do morza, a zagraniczny mandat potrafi dogonić nas długo po powrocie do kraju. Język skraca dystans, czyni nas bardziej autentycznymi – a o to warto powalczyć.










