Do sklepów regularnie trafiają niebezpieczne produkty
Do sklepów regularnie trafiają niebezpieczne produkty, których użycie lub spożycie może zagrażać naszemu zdrowiu. Wbrew pozorom nie są one bowiem zawsze gruntownie badane jeszcze przed wprowadzeniem do obrotu. Owszem, ich producenci mają obowiązek przestrzegać określonych norm, ale zdarzają im się różne „wpadki”, przez które dany produkt np. zostaje zanieczyszczony jakąś toksyczną substancją lub jest wypuszczony na rynek z inną wadą jakościową.
Na straży naszego bezpieczeństwa stoją jednak instytucje państwowe, które przeprowadzają kontrole produktów trafiających do sprzedaży. Kontrole te niestety odbywają się nieregularnie i odbywają się często już po wprowadzeniu produktów do obrotu, a więc gdy trafiają one na sklepowe półki i do koszyków wielu klientów. Tak się stało choćby w grudniu 2025 roku, gdy Państwowa Inspekcja Sanitarna wykryła salmonellę w jajkach oraz pestycydy w czarnej herbacie, a produkty te znajdowały się już w sklepach.
Zdarza się również, że to sam producent reaguje pierwszy. Przykładem jest choćby firma Nestlé Polska S.A., która w styczniu 2026 roku zdecydowała się na dobrowolne wycofanie ze sprzedaży partii mleka w proszku dla niemowląt NAN ze względu na wykrycie w nim bakterii mogącej wytwarzać niebezpieczną toksynę, cereulidynę.
Ostrzeżenia przed niebezpiecznymi produktami są, ale nie docierają do wszystkich
Jeśli państwowe instytucje kontrolne wykryją niebezpieczny produkt na rynku, publikują tzw. ostrzeżenie publiczne. Zawierają one dokładne dane na jego temat (m.in. nazwę i numer partii), informację o rodzaju zagrożenia oraz o decyzji o wycofaniu ze sprzedaży. Takie komunikaty są zatem niezwykle ważne dla konsumentów, bo chronią ich przed konsekwencjami zdrowotnymi użycia lub spożycia niebezpiecznego produktu. Tylko w przypadku jajek taką konsekwencją może być natomiast ciężkie zatrucie pokarmowe, wymagające często hospitalizacji i grożące różnymi powikłaniami.
Problem w tym, że ostrzeżenia publiczne wydają różne instytucje, bo są to m.in. Główny Inspektorat Sanitarny, Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów oraz Główny Inspektorat Farmaceutyczny. Każda z nich publikuje je na własnej stronie internetowej, bo nie istnieje jedno, centralne źródło takich komunikatów.
Sytuację próbują ratować media, które starają się przekazywać ostrzeżenia GIS, GIF i UOKiK np. w telewizyjnych serwisach informacyjnych, czy też na popularnych portalach internetowych. Takie komunikaty medialne pojawiają się jednak często z dużym opóźnieniem i niestety zazwyczaj dość szybko giną w natłoku innych newsów.
Ta aplikacja ma zapanować na chaosem, ale nie jest państwowa
Chaotyczny sposób publikowania ostrzeżeń o niebezpiecznych produktach powoduje, że nie docierają one do wszystkich konsumentów. Wielu z nich zatem nie ma świadomości, że kupiło produkt, który stanowi realne zagrożenie dla zdrowia.
Powyższego problemu nie dostrzegło jak dotąd państwo, jednak zauważył go pewien programista. Stworzył on bowiem prostą aplikację mobilną, która według jego deklaracji informuje o wszystkich ostrzeżeniach publicznych GIS, GIF i UOKiK. Co ważne, mają się one pojawiać natychmiast po ich opublikowaniu przez daną instytucję wraz z informacją o poziomie ryzyka oraz opisem, jakich produktów dotyczą. Użytkownicy mają też otrzymywać od razu powiadomienie PUSH, aby nie przegapić żadnego komunikatu.
Aplikacja nazywa się oAlert: Wycofane produkty i można ją pobrać za darmo w sklepie Google Play i Apple Store. Jak dotąd pobrało ją już przeszło 1000 osób, co tylko potwierdza, jak bardzo była potrzebna. Niestety aplikacja jest komercyjna, a nie państwowa. Trudno zatem przewidzieć, czy będzie faktycznie rzetelnie informowała o wszystkich ostrzeżeniach i jak długo będzie funkcjonowała na rynku. Obawy te nie są bezpodstawne, bo podobna aplikacja już była (Food Alert) i od kilku miesięcy jej użytkownicy zaczęli zgłaszać właśnie takie problemy.
Obserwuj nas w Google Discover
Podobają Ci się nasze treści?
Google Discover
Obserwuj