- Bezprawnik -
- Prawo -
- Linkowanie a prawo autorskie. Kiedy link narusza prawo
Linkowanie a prawo autorskie. Kiedy link narusza prawo
Lata temu obroniłem pracę magisterską o odpowiedzialności prawnej za linkowanie i embedowanie cudzych treści. Wróciłem do niej ostatnio z mieszanką sentymentu i obawy, bo prawo nowych technologii dezaktualizuje się o wiele szybciej, niż na przykład prawo rolne. Z linkami wyszło zaskakująco przyzwoicie, choć nie w tych miejscach, w których się tego spodziewałem.
Co przetrwało z rozważań o linkowaniu?
W swojej pracy, zgodnie z kierunkiem ówczesnego orzecznictwa, poświęcałem sporo miejsca rozróżnieniu linkingu i deeplinkingu. Dziś słowo "deeplinking" jest prawie takim samym archaizmem jak choćby "webmaster". Klasyczny link miał prowadzić na stronę główną, a deeplink gdzieś głębiej, do konkretnego artykułu, zdjęcia, podstrony albo wprost do pliku. Już wtedy uważałem, że podział jest sztuczny, bo niemal nikt nie odwiedza grzecznie strony głównej portalu, żeby dopiero stamtąd szukać interesującego tekstu czy pliku. Google, Facebook, komunikatory i agregatory kierowały od razu do treści.
W całych rozważaniach ważniejsze było, czy materiał w ogóle trafił do sieci legalnie, czy autor godził się na udostępnienie go wszystkim, czy link pozwalał obejść jakieś zabezpieczenie, czy linkujący wiedział, że kieruje ludzi do pirackiej kopii, i czy przypadkiem na cudzych treściach nie zbudował sobie sprawnie działającego biznesu - co w tamtym czasie było prawdziwą plagą, bo w chwili pisania pracy takie usługi jak na przykład Netflix nie były nawet dostępne w Polsce.
Svensson i „nowa publiczność"
Przełomowy dla interpretacji był wyrok z 13 lutego 2014 roku w sprawie Svensson, C-466/12. Serwis publikował linki do artykułów dostępnych na innych stronach, a autorzy tekstów uznali, że ktoś korzysta w ten sposób z ich utworów bez zgody.
TSUE wybrał jedyne racjonalne rozwiązanie - jeżeli autor zgodził się, żeby jego tekst znalazł się w otwartym internecie i był dostępny dla każdego, podanie linku nie otwiera go przed żadną nową grupą odbiorców, bo materiał już wcześniej został udostępniony wszystkim internautom. Trybunał posłużył się przy tym konstrukcją „nowej publiczności", którą znał ze swojego wcześniejszego orzecznictwa, i zastosował ją do zwykłych hiperłączy.
Skoro ktoś legalnie wystawił artykuł na widok publiczny, nie trzeba go pytać o zgodę za każdym razem, gdy chcemy przesłać komuś adres tego artykułu. Alternatywa oznaczałaby internet, w którym przed wstawieniem linku redakcja pisze maila do innego wydawcy z prośbą o licencję.
Svensson zawierał jednak zastrzeżenie istotne z punktu widzenia naszej dyskusji. Inaczej wyglądała bowiem sytuacja, w której link prowadzi tam, gdzie użytkownik normalnie dotrzeć nie powinien. Jeżeli treść ograniczono do określonego grona, a hiperłącze pozwala tę barierę ominąć, można już mówić o dotarciu do innej publiczności.
BestWater i embedowanie
Jeszcze w 2014 roku pojawiło się orzeczenie w sprawie BestWater, C-348/13, dotyczące framingu, czyli osadzenia cudzego materiału tak, że użytkownik ogląda go wewnątrz odwiedzanej właśnie strony. Dla czytelnika różnica jest spora. Zdanie „film znajdziecie pod tym adresem" wraz z linkiem do YouTube każdy odczyta jako odesłanie gdzie indziej. Film odtwarzający się między akapitami artykułu sprawia wrażenie elementu Bezprawnika.
Trybunał uznał, że sama różnica wizualna nie wystarcza i osadzenie swobodnie dostępnego utworu nie staje się automatycznie nowym publicznym udostępnieniem tylko dlatego, że technicznie prezentujemy materiał już we własnej witrynie.
Wyrok BestWater miał jednak pewne niedociągnięcia. Film będący źródłem sporu trafił na YouTube bez wiedzy BestWater, a postanowienie skupiło się na sytuacji utworu „swobodnie dostępnego" i nie rozstrzygnęło porządnie pytania o pierwotną publikację o charakterze pirackim. Trybunał doprecyzował to dopiero w kolejnej sprawie GS Media, wskazując, że logika Svenssona i BestWater dotyczy zasadniczo materiałów udostępnionych wcześniej za zgodą uprawnionego. Z BestWater nie wynika więc zasada, że przycisk „embed" (osadź) na YouTube zwalnia z przestrzegania prawa autorskiego.
GS Media. Wiedza linkującego i zarobkowy charakter wchodzą do gry
W 2016 roku Trybunał dostał sprawę o innym ciężarze gatunkowym. Holenderski portal GeenStijl publikował linki do nieopublikowanych jeszcze zdjęć z sesji dla „Playboya". Fotografie wyciekły i ktoś umieścił je na zewnętrznym serwerze bez zgody uprawnionych, a kiedy jeden link przestawał działać, serwis podawał następny. Klasyczny mechanizm działania pirackiego serwisu, których w 2016 roku zaczynało się robić coraz mniej. Czytaj też: [Meczyki, czyli jak z piratów internetowych stać się liderami opinii i medialnym zwycięzcą Mundialu](https://bezprawnik.pl/meczyki-pl/).
Nikt nie mógł tu twierdzić, że właściciel praw sam wrzucił zdjęcia do otwartej sieci i pogodził się z tym, że zobaczą je wszyscy. Podobne napięcie widać było zresztą później w amerykańskim sporze, w którym archiwum zdjęć Playboya posłużyło za pretekst do pozwania bloga za samo linkowanie.
8 września 2016 roku zapadł wyrok GS Media, C-160/15, po którym nasza redakcja (tak, to już były te czasy, gdy temat linkowania śledziliśmy na młodym jeszcze Bezprawniku) ogłosiła zresztą półżartem, że od dziś nie linkujemy. Trybunał wprowadził do oceny linkowania element przypominający normalną ocenę ludzkiego zachowania, czyli stan wiedzy linkującego.
Zwykły internauta, który zamieszcza link niekomercyjnie i nie wie ani racjonalnie wiedzieć nie może, że materiał trafił do sieci bez zgody autora, nie powinien automatycznie odpowiadać za publiczne udostępnienie. Trudno wymagać od kogoś wysyłającego znajomym zdjęcie znalezione w sieci, żeby przed wklejeniem adresu ustalał łańcuch licencji fotografa, agencji, wydawcy i właściciela serwera.
Sytuacja zmienia się przy świadomości bezprawnego źródła, a szczególnie przy działalności zarobkowej. Skoro od profesjonalisty można oczekiwać sprawdzenia legalności źródła, TSUE nakazał domniemywać, że wiedział on o bezprawnym charakterze publikacji.
Kilkal at wcześniej w mojej pracy postulowałem, że inaczej należy traktować neutralnego administratora, któremu gdzieś w serwisie pojawił się bezprawny materiał, a inaczej stronę świadomie organizującą dostęp do pirackich treści i jeszcze na tym zarabiającą. Z czasem wiedza i cel zarobkowy stały się jednymi z filarów testu TSUE. Nie przypisuję sobie szczególnie błyskotliwych przemyśleń, bo to była raczej oczywista droga interpretacji. Bardziej jestem zaskoczony, że tyle lat trwało, aż tak oczywista droga doktryny się ukształtowała.
Filmspeler i The Pirate Bay. „Nie trzymam plików u siebie" przestaje wystarczać
Również dwa wyroki z 2017 roku pokazały, że przechowywanie pliku „gdzieś indziej" niewiele daje. 26 kwietnia zapadł Filmspeler, C-527/15. Przedsiębiorca sprzedawał odtwarzacze multimedialne z zainstalowanymi dodatkami kierującymi klientów do stron z nielegalnymi transmisjami. Filmy nie leżały na jego serwerze, ale urządzenie sprzedawał właśnie jako wygodny sposób dotarcia do nich. Trybunał uznał, że taka świadoma interwencja może stanowić publiczne udostępnienie, przez co okazało się, że sprzedawanie odtwarzaczy może być piractwem.
14 czerwca pojawiło się rozstrzegnięcie w głośnej sprawa Ziggo, C-610/15, czyli The Pirate Bay. Argument o braku hostingu filmów również nie pomógł. Administratorzy prowadzili indeks torrentów, utrzymywali wyszukiwarkę, porządkowali materiały i pomagali użytkownikom odnajdywać konkretne treści, a TSUE uznał tę rolę za wystarczająco aktywną.
Tutaj uczulam na to jak bardzo kształtował się kierunek interpretacji. Dawniej sądy pytały, czy dana osoba technicznie opublikowała plik. Teraz TSUE każe pytać się o to, co ta osoba zrobiła, żeby inni mogli do niego dotrzeć. Można wyobrazić sobie serwis, który nie przechowuje ani jednego nielegalnego filmu, a którego interfejs, wyszukiwarka, kategorie i model biznesowy istnieją właściwie po to, żeby te filmy dało się łatwo znaleźć.
Hotlinking i VG Bild-Kunst. Liczy się to, czy właściciel praw postawił blokadę
Osobnym przypadkiem jest hotlinking, czyli wywołanie cudzego pliku bezpośrednio z serwera źródłowego. Taki trochę embed, ale do zdjęć. Zdjęcie prezentuje się na naszej stronie, a plik pozostaje u kogoś innego, a pobiera go przeglądarka czytelnika. Technicznie - jeśli trzymać się starych definicji - nadal mamy odesłanie, wizualnie efekt niczym nie różni się od wrzucenia fotografii do własnego CMS-a. Temat wraca zresztą regularnie także w kontekście kosztów transferu i nieuczciwej konkurencji. Jak dotąd hotlinking nie doczekał się jednak żadnych sensownych rozstrzygnięć, jako temat zapewne zbyt niszowy.
W sprawie VG Bild-Kunst, C-392/19, zakończonej wyrokiem Wielkiej Izby 9 marca 2021 roku, spór dotyczył czegoś innego niż zwykłe odesłanie. Niemiecka organizacja zbiorowego zarządzania chciała uzależnić udzielenie licencji Deutsche Digitale Bibliothek od wdrożenia przez bibliotekę zabezpieczeń uniemożliwiających osadzanie miniatur na cudzych stronach. TSUE odpowiedział, że jeżeli autor umieszcza utwór w sieci bez ograniczeń, dalsze framingowanie nie musi prowadzić do nowej publiczności. Jeżeli natomiast uprawniony zastosował albo nakazał zastosować skuteczne środki technologiczne blokujące framing, ich obejście oznacza udostępnienie utworu publiczności, której pierwotna zgoda nie obejmowała.
A ja mam mieszane co do tej kwestii uczucia, szczególnie, że dziś hosting zdjęć odbywa się często na osobnych serwerach względem strony www i różne narzędzie blokujące ewentualny hotlinking/framing mają ograniczenia.
Renckhoff. Kopiowanie pliku to już nie jest spór o linkowanie
Co w momencie, w którym utworu nie linkujemy, tylko go kopiujemy? Pokazał to wyrok Renckhoff, C-161/17 z 7 sierpnia 2018 roku. Fotograf zgodził się na publikację zdjęcia na jednej stronie, gdzie było dostępne bez ograniczeń. Uczennica pobrała je, wykorzystała w prezentacji, a prezentacja trafiła na stronę szkoły. Argument o wcześniejszej publicznej dostępności nie pomógł i oczywiście słusznie. Pobranie pliku oraz opublikowanie własnej kopii pod nowym adresem tworzy nowe udostępnienie, nad którym pierwotny uprawniony traci kontrolę, a to wymaga jego zgody.
Link do fotografii, osadzenie jej z obcego serwera oraz zapisanie pliku na dysku i wrzucenie go do WordPressa to trzy różne czynności o różnym statusie prawnym, a ostatnia z nich wykracza poza jakąkolwiek dyskusję o linkowaniu.
Polskie orzecznictwo. Od Krakowa 2004 do Darkwarezu
Polskie sądy zaczęły eksperymentować z odpowiedzialnością za linki dość wcześnie, czasem z katastrofalnymi efektami, wynikającymi z kompletnym nierozumieniem aspektów technicznych. W magisterce sporo miejsca poświęciłem wyrokowi Sądu Apelacyjnego w Krakowie z 20 lipca 2004 roku, I ACa 564/04, w którym link prowadzący do strony ze zdjęciami powódki uznano za element ich dalszego rozpowszechniania. Sąd pomieszał wtedy moim zdaniem kilka pojęć technologicznych i nieprawidłowo zrekonstruował relację między hostingodawcą, subdomeną i właściwym administratorem strony.
Ciekawy był też wyrok Sądu Apelacyjnego w Warszawie z 7 maja 2014 roku, I ACa 1663/13, dotyczący linku opublikowanego na publicznym profilu polityka w czasie kampanii wyborczej i prowadzącego do klipu z cudzą piosenką. Sąd nie dopatrzył się w tamtym stanie faktycznym naruszenia autorskich praw majątkowych przez samo linkowanie, choć do konstrukcji „nowej publiczności" podchodził z pewną rezerwą.
Sprawa Darkwarez.pl skończyła się inaczej, niż początkowo wyglądało
W 2017 roku Sąd Rejonowy w Olsztynie uniewinnił administratora forum, co łatwo było wtedy odczytać jako potwierdzenie tezy, że skoro na forum są wyłącznie linki, a pliki leżą na cudzych serwerach, administrator nie odpowiada za rozpowszechnianie. Moim zdaniem niesłusznie.
Po uchyleniu pierwszego orzeczenia sprawa wróciła do Sądu Rejonowego i 4 marca 2019 roku, w sprawie II K 688/18, administrator został uznany za winnego pomocnictwa w bezprawnym rozpowszechnianiu pełnych wersji filmów zamieszczanych przez użytkowników poprzez linki. Sąd wymierzył 300 stawek dziennych grzywny po 30 zł, a według późniejszych informacji wyrok się uprawomocnił.
Dwie rzeczy wymagają podkreślenia. Po pierwsze, chodziło o filmy pornograficzne należące do pokrzywdzonego przedsiębiorcy. Po drugie, i ważniejsze, nie był to polski odpowiednik GS Media, tylko sprawa o karne pomocnictwo do naruszenia z art. 116 prawa autorskiego. Pytanie, czy linkowanie to pomocnictwo, polskie sądy stawiały sobie zresztą jeszcze przed orzecznictwem TSUE i odpowiadały na nie różnie. Z olsztyńskiego wyroku nie wynika, że administrator forum odpowiada za każdy piracki link wrzucony przez użytkownika. Ale prowadzenie infrastruktury, która w praktyce służy systematycznemu ułatwianiu naruszeń, słabo broni się argumentem o braku plików na własnym serwerze.
Anne Frank Fonds i geoblokada. Trybunał patrzy na zabezpieczenia
A na koniec taka ciekawostka. Chwilę temu, bo 9 lipca 2026 roku zapadł wyrok w sprawie Anne Frank Fonds, C-788/24. Chodziło o naukową edycję rękopisów Anne Frank, które w części państw znajdują się już w domenie publicznej, a w innych pozostają chronione. Publikujący zastosowali geoblokadę mającą odciąć internautów z państw, w których ochrona nadal obowiązuje.
TSUE uznał, że geoblokada odpowiadająca aktualnemu stanowi techniki może być skutecznym środkiem ograniczenia dostępu, nawet jeżeli użytkownik z VPN-em jest w stanie ją obejść. Zabezpieczenie nie musi więc być absolutnie nie do pokonania, żeby prawo uznało ograniczenie kręgu odbiorców za realne.
W 2014 roku pytaliśmy głównie o to, czy wszyscy internauci stanowią jedną publiczność. Dziś większe znaczenie ma to, co właściciel praw zrobił, żeby tę publiczność technicznie ograniczyć. Paywall, blokada framingu i geoblokada naprawdę wpływają na ocenę tego, komu utwór faktycznie udostępniono.
Kilka miesięcy przed wyrokiem w sprawie Anne Frank Fonds do TSUE trafiła sprawa Cloudflare, C-534/25. Bundesgerichtshof zadał pytanie fundamentalne: czy udostępnienie fonogramu może nastąpić przez samo zamieszczenie hiperłącza, a jeżeli tak, to pod jakimi warunkami. Drugie pytanie dotyczy roli operatora CDN i tego, czy można wobec niego stosować kryteria wypracowane dla platform przechowujących albo udostępniających treści użytkowników. Ale to są właśnie między innymi te pytania i poczucie niedosytu, które towarzyszą mi przy sprawie VG Bild-Kunst.
Co dziś naprawdę decyduje o odpowiedzialności za link?
Zwykły link do legalnie udostępnionego artykułu nie jest żadną sensacją. Link do wykradzionych zdjęć, przy pełnej świadomości braku zgody autora, to zupełnie inna rozmowa. Embed legalnie udostępnionego filmu nie staje się naruszeniem przez sam sposób prezentacji, ale świadome obejście technicznej blokady osadzania już problem stanowi. Skopiowanie JPG-a na własny serwer wypada zaś poza tę dyskusję w ogóle.
A serwis, którego cały sens istnienia sprowadza się do porządkowania linków do pirackich filmów? Zapewnienie „my tylko podajemy adresy" od dawna nie robi wrażenia ani na TSUE, ani na polskich sądach. Prawo przestało się zajmować samym linkiem i zajęło się tym, co człowiek za jego pomocą urządza. To dobry kierunek, ale nawet po kilkunastu latach od zajmowania się tym tematem dalej mam delikatne poczucie, że jeszcze nie wszystko w tym temacie wiemy na pewno.










