- Bezprawnik -
- Prawo -
- Internet zalały brutalne nagrania ze strzelaniny w Krakowie. To nie powinno tak wyglądać
Internet zalały brutalne nagrania ze strzelaniny w Krakowie. To nie powinno tak wyglądać
Nie minęła godzina od pierwszych strzałów na Rynku Głównym w Krakowie, a X był już pełen filmów. Leżący na bruku ludzie, krew, reanimacje prowadzone przez ratowników i przypadkowych przechodniów. Nie da się oglądać tego bez poczucia, że coś tu poszło bardzo źle. I to nie tylko moralnie, bo za udostępnianiem takich treści stoją też całkiem konkretne przepisy.
Nagrania ze strzelaniny w Krakowie. Co krąży w sieci
Pięć osób nie żyje, kilkanaście jest rannych, w tym policjanci. To ostatni oficjalny bilans podany przez małopolską policję. Przebieg sobotniego popołudnia opisywaliśmy na bieżąco od momentu, kiedy strzelanina w Krakowie dopiero się rozgrywała, a później w tekście o tym, że sprawca strzelaniny w Krakowie trafił w ręce policji.
Równolegle do komunikatów służb powstawała druga relacja, nieporównanie bardziej wiralowa. Na nagraniach publikowanych w serwisie X widać ludzi uciekających przed strzałami, ostrzelany tramwaj, ale też sceny, których nikt nie powinien oglądać w przerwie między jednym a drugim scrollem: ciała na płycie Rynku, rannych w kałużach krwi, desperackie próby reanimacji. Część nagrań trafiła też do serwisów informacyjnych.
Rozumiem, skąd to się bierze. Kiedy dzieje się coś takiego, każdy chce wiedzieć, co się stało, a telefon jest pod ręką. Problem w tym, że między nagraniem czegoś w szoku a wrzuceniem tego do sieci z dopiskiem „masakra w Krakowie” jest ogromna różnica. I prawo, i zwykła przyzwoitość tę różnicę widzą.
Wizerunek rannych. Zgoda nie wygasa w czasie zamachu
Zacznijmy od osób, które przeżyły. Zgodnie z art. 81 ustawy o prawie autorskim i prawach pokrewnych rozpowszechnianie czyjegoś wizerunku wymaga zgody tej osoby. Wyjątki są wąskie. Bez zgody można pokazać osobę powszechnie znaną w związku z pełnieniem przez nią funkcji publicznych albo kogoś, kto jest jedynie szczegółem całości, na przykład zgromadzenia czy publicznej imprezy.
Ranny człowiek leżący na bruku, sfilmowany z bliska, nie jest szczegółem żadnej całości. Jest głównym tematem nagrania. Fakt, że zdarzenie miało miejsce w przestrzeni publicznej i było tragedią o znaczeniu ogólnopolskim, niczego tu nie zmienia. Wyjątki od zgody muszą wynikać wprost z przepisów, a nie z przekonania publikującego, że „ludzie mają prawo to zobaczyć”.
Osoba, której wizerunek rozpowszechniono bez zgody, może żądać zaniechania naruszenia, usunięcia jego skutków, przeprosin, a także zadośćuczynienia. Do tego dochodzi RODO. Wizerunek to dana osobowa, a nagranie pokazujące czyjeś rany mówi też o stanie zdrowia, czyli o danych szczególnie chronionych. Zwolnienie dla czynności czysto osobistych nie obejmuje wrzucania czegoś do sieci, gdzie zobaczyć to może każdy.
Zmarli nie mogą się poskarżyć. Ich bliscy tak
Najtrudniejsza część tej historii dotyczy pięciu osób, które zginęły. Zmarły nie złoży pozwu. Polskie prawo od lat uznaje jednak, że dobrem osobistym jego bliskich jest kult pamięci osoby zmarłej. Sądy wielokrotnie przyjmowały, że publikacja drastycznych zdjęć czy nagrań ofiary może naruszać właśnie to dobro, a rodzina może dochodzić ochrony na podstawie art. 23 i 24 kodeksu cywilnego, z zadośćuczynieniem z art. 448 włącznie. Kwestia, jak daleko sięga ochrona czci osoby zmarłej, bywa w polskim prawie dyskusyjna, ale w przypadku nagrań umierających ludzi trudno o wątpliwości.
Jest jednak coś, czego żaden pozew nie naprawi. W pierwszych godzinach po takim zdarzeniu rodziny często jeszcze nie wiedzą, co stało się z ich bliskimi. Wystarczy charakterystyczna kurtka, torba czy fragment twarzy na filmie, żeby ktoś dowiedział się o śmierci matki albo syna z telefonu, zanim zapuka do niego policjant. Uważam, że to jest najmocniejszy argument w całej tej dyskusji i nie potrzeba do niego żadnego paragrafu.
Filmować czy pomagać? Granica, której nie widać na nagraniu
Każde z tych nagrań ktoś zrobił, czasem kilka metrów od rannych. Art. 162 kodeksu karnego przewiduje do 3 lat więzienia za nieudzielenie pomocy człowiekowi w położeniu grożącym bezpośrednim niebezpieczeństwem utraty życia albo ciężkiego uszczerbku na zdrowiu.
Trzeba tu jednak uczciwie powiedzieć dwie rzeczy. Po pierwsze, przepis nie wymaga bohaterstwa. Nie ma obowiązku pomocy, gdy grozi to własnym życiem albo zdrowiem, a w czasie strzelaniny, przy uzbrojonym napastniku, który mógł wrócić, ten wyjątek ma pełne zastosowanie. Ktoś, kto filmował z ukrycia, nie popełnił przestępstwa. Po drugie, obowiązku nie ma też wtedy, gdy pomoc może być niezwłocznie udzielona przez osoby do tego powołane, a w centrum Krakowa ratownicy i policja pojawili się bardzo szybko.
Nikt rozsądny nie będzie więc ścigał ludzi za to, że w szoku wyjęli telefon. Ale między „nie popełniłem przestępstwa” a „zrobiłem dobrze” jest spora przestrzeń. Zadzwonienie pod 112, ucisk na ranę czy zwykłe bycie obok rannego to rzeczy, których żaden film nie zastąpi.
Media i platformy. Kto naprawdę zarabia na tych filmach
Media mają w tej sprawie mniej swobody niż przeciętny użytkownik X. Prawo prasowe zabrania publikowania bez zgody informacji i danych dotyczących prywatnej sfery życia, a do tej sfery należy też śmierć i cierpienie osób prywatnych. Redakcja, która wrzuca nieocenzurowane nagranie umierającego człowieka, nie może się zasłaniać tym, że „i tak krąży w sieci”. Krąży, bo ktoś je udostępnia, a każde kolejne udostępnienie to kolejne odsłony i kolejne pieniądze z reklam.
Platformy też nie są tu niewinnymi pośrednikami. Akt o usługach cyfrowych (DSA) nakłada na nie obowiązek reagowania na zgłoszenia nielegalnych treści, a największe serwisy muszą dodatkowo oceniać i ograniczać ryzyka systemowe, jakie tworzą ich algorytmy. Komisja Europejska prowadzi wobec X formalne postępowanie na podstawie DSA od końca 2023 roku. Jeśli okazałoby się, że któreś z nagrań ma charakter treści terrorystycznych, w grę wchodzi też unijne rozporządzenie, na mocy którego platforma musi usunąć taki materiał w ciągu godziny od nakazu właściwego organu.
Co zrobić z nagraniem ze strzelaniny
Zasada jest prosta i nie wymaga znajomości przepisów. Drastycznych nagrań nie należy udostępniać, także z dopiskiem „ku przestrodze” czy „żeby wszyscy zobaczyli”. Najlepiej je zgłosić platformie, a nie komentować, bo komentarz też podbija zasięg.
Kto sam coś nagrał, ma w telefonie potencjalnie cenny materiał dowodowy. Jego miejsce jest u policji albo w prokuraturze, a nie na publicznym profilu. Śledczy, którzy będą odtwarzać przebieg ataku, minuta po minucie, mogą z niego skorzystać. Rodziny ofiar nie powinny trafiać na niego przypadkiem w drodze do szpitala.
Sobota w Krakowie wywołała już spory o to, czy zawiodły przepisy i jak wygląda prawo do broni w Polsce. To dyskusje, które warto prowadzić. Ale żadna z nich nie potrzebuje do tego cudzej śmierci w rozdzielczości 4K.
zobacz więcej:










