- Bezprawnik -
- Prawo -
- Sprawca strzelaniny w Krakowie w rękach policji. Teorii o motywie jest już więcej niż faktów
Sprawca strzelaniny w Krakowie w rękach policji. Teorii o motywie jest już więcej niż faktów
Mężczyzna, który w sobotę około godziny 15 wjechał samochodem na Rynek Główny w Krakowie i zaczął strzelać do przypadkowych ludzi, został zatrzymany. Według małopolskiej policji zginęło pięć osób, kilkanaście jest rannych, w tym policjanci. Napastnik sam został postrzelony przez funkcjonariuszy i trafił do szpitala. Na pytanie, dlaczego to zrobił, nikt na razie nie zna odpowiedzi. Nie przeszkadza to jednak, żeby w sieci krążyły już trzy gotowe wersje wydarzeń.
Sprawca strzelaniny w Krakowie zatrzymany. Co oficjalnie podała policja
Jeszcze przed godziną 16 straż pożarna mówiła o dwóch zabitych i dziesięciu rannych. Potem bilans wzrósł. Małopolska policja napisała w mediach społecznościowych: „W zdarzeniu w Rynku Głównym śmierć poniosło 5 osób, kilkanaście jest rannych”. W tym samym komunikacie przekazała, że sprawcę postrzelili policjanci i że jest transportowany do szpitala. Według TVP Info i Radia Zet wśród rannych jest dwóch funkcjonariuszy.
Wcześniejszy wpis policji opisywał przebieg ataku w jednym zdaniu: mężczyzna wjechał samochodem na Rynek i z auta otworzył ogień do przypadkowych osób. Zatrzymanie potwierdził też na antenie Polsat News rzecznik małopolskiej straży pożarnej Hubert Ciepły. Stanu zdrowia napastnika ani jego obrażeń nie podano.
Pierwsze godziny po tragedii relacjonowaliśmy w tekście o tym, co wiadomo, a czego nie, gdy strzelanina w Krakowie dopiero się rozgrywała. Od tamtej pory zmieniły się dwie rzeczy: liczba ofiar jest wyższa, a sprawca jest w rękach służb.
Jeden napastnik czy dwóch? Wersje się różnią
Policja w swoich komunikatach pisze o jednym mężczyźnie. Interia, powołując się na relacje przekazane jej dziennikarzowi przez policjantów, podała jednak nieoficjalnie, że w zdarzeniu miały brać udział dwie zamaskowane osoby poruszające się czarnym Subaru. To nie jest szczegół. Jeśli napastników było dwóch, a zatrzymano jednego, sprawa wygląda zupełnie inaczej niż atak samotnego strzelca. Do czasu, aż policja albo prokuratura to wyjaśni, rozsądnie jest traktować wersję o dwóch sprawcach jako niepotwierdzoną.
Jaki był motyw? Oficjalnie nie wie tego nikt
Ani policja, ani prokuratura nie ujawniły tożsamości sprawcy ani tego, co mogło nim kierować. Wszystko, co pojawia się w obiegu, to hipotezy. Da się je pogrupować w trzy wersje i każda z nich prowadzi w zupełnie inne miejsce, także prawnie.
Wersja pierwsza: zamach terrorystyczny
Wprost postawił ją przebywający na miejscu Tomasz Sakiewicz z Telewizji Republika, a premier Donald Tusk w swoim wpisie użył słowa „zamach”. Za tą interpretacją przemawia scenariusz: samochód, centrum miasta, sobotnie popołudnie, strzały do przypadkowych przechodniów w najbardziej symbolicznym miejscu w Polsce. Tak wyglądały ataki, które przez lata obserwowaliśmy w Europie Zachodniej.
Żeby jednak prawo uznało czyn za terrorystyczny, nie wystarczy jego skala ani miejsce. Art. 115 par. 20 kodeksu karnego wymaga ustalenia celu sprawcy: chęci poważnego zastraszenia wielu osób, wymuszenia czegoś na władzy albo wywołania poważnych zakłóceń w funkcjonowaniu państwa. Tego nie da się ustalić z nagrania w mediach społecznościowych. Potrzebne są przesłuchanie, zawartość telefonów, ślady w sieci, kontakty sprawcy.
Wersja druga: porachunki w świecie przestępczym
Część mediów już w pierwszej godzinie dopuszczała, że chodzi o porachunki gangsterskie. Wersja o dwóch zamaskowanych napastnikach w jednym aucie, jeśli się potwierdzi, będzie do tego pasować lepiej niż do obrazu samotnego terrorysty. Problem w tym, że porachunki mają zwykle konkretny cel, a z komunikatu policji wynika, że strzały padały do przypadkowych osób. Trudno to na razie pogodzić.
Wersja trzecia: czyn osoby chorej psychicznie
O tej wersji mówi się najciszej, choć Kraków zna ją z bardzo bliska. W lutym 2023 roku w barze przy tej samej ulicy Sławkowskiej 35-letni mężczyzna zastrzelił przypadkowego pracownika ekipy budowlanej i próbował zabić także jego kolegę. Nie znał żadnego z nich. Policjantom powiedział potem, że „coś kazało mu strzelić”. Biegli uznali go za niepoczytalnego, sąd umorzył postępowanie i skierował go do zakładu psychiatrycznego. Rzeczniczka krakowskiej prokuratury Oliwia Bożek-Michalec przyznała w rozmowie z LoveKraków, że motywów działania sprawcy w tamtej sprawie nie udało się ustalić.
To ważna lekcja na dziś. Bywa i tak, że po wszystkich opiniach biegłych i miesiącach śledztwa odpowiedź na pytanie „dlaczego” nie pada nigdy.
Dlaczego motyw ma znaczenie także dla prawa
Dla rodzin pięciu zabitych to rozróżnienie nie ma znaczenia. Dla przebiegu sprawy ma ogromne.
Jeśli prokuratura uzna, że był to czyn o charakterze terrorystycznym, kodeks każe traktować sprawcę surowiej przy wymiarze kary, a do śledztwa włączają się służby wyspecjalizowane w zwalczaniu terroryzmu. Jeśli nie, zostaje zabójstwo więcej niż jednej osoby, za które kodeks przewiduje najwyższe zagrożenia, z dożywociem włącznie. Od czasu nowelizacji z 2023 roku sąd może w najcięższych sprawach orzec także bezwzględne dożywocie, czyli odebrać skazanemu możliwość ubiegania się o warunkowe zwolnienie.
Zupełnie inaczej będzie, jeśli biegli psychiatrzy uznają, że w chwili ataku sprawca nie był w stanie rozpoznać znaczenia swojego czynu. Wtedy, zgodnie z art. 31 kodeksu karnego, nie można przypisać mu winy i nie ma mowy o karze. Nie oznacza to jednak wyjścia na wolność. Kwestia, jak w Polsce wygląda niepoczytalność a kara, sprowadza się do tego, że zamiast więzienia sąd orzeka środek zabezpieczający, najczęściej pobyt w zamkniętym zakładzie psychiatrycznym, który może trwać nawet do końca życia.
Policjanci strzelali. I mieli do tego pełne prawo
W komentarzach pod komunikatami pojawiają się już pytania, czy funkcjonariusze nie powinni byli obezwładnić napastnika „bez strzelania”. Uważam, że to akurat najmniej wątpliwy element całej sprawy. Użycie broni palnej przez policję jest dopuszczalne wtedy, gdy trzeba odeprzeć bezpośredni i bezprawny zamach na życie ludzi. Ustawa o środkach przymusu bezpośredniego i broni palnej pozwala nawet pominąć ostrzeżenie i strzał ostrzegawczy, gdy chodzi o ochronę życia albo zapobieżenie aktowi terroryzmu. Trudno wyobrazić sobie bardziej podręcznikową sytuację niż uzbrojony człowiek strzelający do tłumu na rynku, zwłaszcza gdy ranni są już sami policjanci.
To, że sprawca przeżył, jest zresztą w interesie wszystkich. Tylko żywy podejrzany może odpowiedzieć na pytanie o motyw.
Co dalej z zatrzymanym
Najbliższe godziny i dni należą do lekarzy i prokuratury. Gdy stan zdrowia zatrzymanego na to pozwoli, prokurator przesłucha go i przedstawi zarzuty. Na tym etapie usłyszy je jako podejrzany, a nie skazany, i obowiązuje go domniemanie niewinności, nawet jeśli w tej sprawie brzmi to jak formalność. Następny krok jest niemal pewny: wniosek do sądu o tymczasowe aresztowanie. Przy zarzutach tej wagi i zagrożeniu tak wysoką karą trudno sobie wyobrazić, żeby sąd go nie uwzględnił.
Prokuratura będzie też musiała szybko odpowiedzieć na pytanie o ewentualnego drugiego napastnika i o pochodzenie broni. Polska ma jedne z najbardziej restrykcyjnych przepisów w Europie, a pozwolenie wydaje komendant wojewódzki policji po badaniach i egzaminie. Jeśli broń była legalna, pojawi się pytanie o to, jak ten człowiek ją dostał. Jeśli nielegalna, skąd ją miał.
Zgadywanie motywu to nie jest niewinna zabawa
W sieci krążą już nazwiska, rzekoma narodowość sprawcy i jego poglądy polityczne, choć żadne oficjalne źródło nie podało niczego takiego. Rozumiem odruch. Ludzie chcą wiedzieć, kogo się bać i kogo obwinić. Ale w pierwszych godzinach po tragedii pogłoska bardzo łatwo staje się „faktem”, a za nią idą hejt i oskarżenia wobec ludzi, którzy z niczym nie mają związku.
Media mają tu zresztą związane ręce bardziej, niż się wielu wydaje. Art. 13 ust. 2 prawa prasowego zabrania publikowania danych osobowych i wizerunku osób, przeciwko którym toczy się postępowanie przygotowawcze, bez ich zgody albo zgody prokuratora. Dlatego w rzetelnych relacjach nie zobaczymy pełnego nazwiska zatrzymanego, dopóki śledczy nie zdecydują inaczej. To nie jest ochrona sprawcy. To ochrona przed tym, żeby za zbrodnię nie zapłacił ktoś przypadkowy.
Pięć osób straciło życie w sobotnie popołudnie na Rynku, na który przyjeżdża się, żeby po prostu pospacerować. Najmniej, co można dla nich zrobić, to poczekać na ustalenia prokuratury, zamiast pisać motyw sprawcy pod z góry przyjętą tezę.
zobacz więcej:










