Tyle że gdy przyjrzeć się bliżej mechanizmom rządzącym rynkiem alkoholowym w Polsce, obraz staje się znacznie bardziej złożony – i znacznie mniej szlachetny.
Nocna prohibicja a walka o koncesje na alkohol
Żeby zrozumieć, o co tak naprawdę toczy się gra, trzeba najpierw poznać specyfikę polskiego systemu koncesyjnego. W Polsce liczba punktów sprzedaży alkoholu jest administracyjnie limitowana przez gminy. To nie jest otwarty rynek, na którym każdy może otworzyć sklep z piwem i wódką. Gdy limit zostaje osiągnięty, nowy punkt może powstać wyłącznie w miejsce zamkniętego. Innymi słowy – zezwolenie na sprzedaż alkoholu staje się w dużych miastach deficytowym zasobem, o który toczy się zacięta rywalizacja.
Dane z końca 2025 roku pokazują, jak napięta jest sytuacja w największych aglomeracjach. W Gdańsku przy limicie 2500 zezwoleń wydano już 2443. We Wrocławiu na 3375 możliwych aktywnych jest 3199. W Warszawie funkcjonuje 8783 punkty przy limicie 9480. Rynek jest praktycznie zamknięty, a każde zwolnione zezwolenie ma realną wartość.
I tu dochodzimy do sedna sprawy. W samej stolicy działa około 400 małych sklepów osiedlowych, których jedyną przewagą konkurencyjną nad dyskontami i sieciówkami są późne godziny otwarcia lub handel całodobowy. Nocna prohibicja jednym ruchem pozbawia je tej przewagi.
Nocna prohibicja w Krakowie – co pokazał eksperyment?
Kraków jako pierwsze duże miasto w Polsce zdecydował się na wprowadzenie pełnej nocnej prohibicji na terenie wszystkich 18 dzielnic. Od 1 lipca 2023 roku między północą a 5:30 nie można tam kupić alkoholu w żadnym sklepie ani na stacji benzynowej. Uzasadnienie było klasyczne – skargi mieszkańców na zakłócanie spokoju przez pijanych klientów, szczególnie turystów.
Tyle że nocna prohibicja w Krakowie niekoniecznie przyniosła oczekiwane efekty. Owszem, miasto chwali się spadkiem niektórych wskaźników. Problem w tym, że równolegle wzrosła liczba interwencji straży miejskiej w innych kategoriach. Popyt na alkohol nie zniknął – przesunął się do lokali gastronomicznych, które prohibicja nie obejmuje, oraz do szarej strefy.
Podobne wnioski płyną z mniejszych miejscowości. Kartuzy wycofały się z prohibicji po niecałym roku, bo zamiast spokoju pojawiły się meliny. Biała Podlaska zrezygnowała z zakazu, gdy okazało się, że mieszkańcy po prostu jeżdżą po alkohol do sąsiednich gmin. Prohibicja ma sens tylko wtedy, gdy wprowadzą ją wszystkie okoliczne samorządy jednocześnie – a to w polskich realiach graniczy z cudem.
Kto zyskuje na upadku małych sklepów?
Eksperci Warsaw Enterprise Institute nie mają wątpliwości – pod powierzchnią troski o zdrowie publiczne toczy się brutalna walka o rynek koncesji. Gdy mały sklep osiedlowy upada, jego zezwolenie wraca do puli i może zostać przejęte przez inny podmiot. A kto ma zasoby, żeby błyskawicznie po nie sięgnąć?
Odpowiedź jest oczywista – duże sieci handlowe. Żabka deklaruje chęć dalszego podwajania liczby placówek. Duży Ben planuje tysiąc sklepów. Stokrotka rozwija formaty osiedlowe typu Express. Biedronka i Lidl zapowiadają zagęszczanie sieci w miastach. Przy wyczerpanych limitach koncesji jedyną drogą rozwoju pozostaje przejmowanie zezwoleń po upadających mniejszych graczach.
Nocna prohibicja doskonale rozwiązuje ten problem. Drastycznie obniża rentowność sklepów osiedlowych, dla których sprzedaż alkoholu w późnych godzinach stanowiła często jedyną przewagę nad dyskontami. Właściciele zamykają działalność, koncesje wracają do puli, sieci je przejmują. Alkohol dalej się sprzedaje – tyle że za dnia, w Żabce zamiast w osiedlowym monopolowym.
Stacje paliw jako kolejny cel
Ten sam mechanizm dotyczy stacji benzynowych. Funkcjonują one w ramach tych samych limitów koncesyjnych co sklepy detaliczne. Zakaz sprzedaży alkoholu na stacjach paliw – forsowany przez część środowisk jako rzekome rozwiązanie problemu picia za kierownicą – może uwolnić nawet 7900 koncesji w skali kraju jednym ruchem legislacyjnym.
Doświadczenia innych państw pokazują, że nie istnieje korelacja między kanałem sprzedaży a poziomem całkowitej konsumpcji alkoholu. Kto chce się napić, ten się napije – pytanie tylko, gdzie kupi towar. Zakaz na stacjach nie zmniejszy spożycia, ale przesunie całą sprzedaż do handlu dziennego. Czyli znowu – do dużych sieci.
A co ze spożyciem alkoholu w Polsce?
Tu dochodzimy do najbardziej ironicznego aspektu całej sprawy. Według danych Krajowego Centrum Przeciwdziałania Uzależnieniom spożycie czystego alkoholu na mieszkańca w Polsce systematycznie spada. Z 9,73 litra w 2021 roku zeszliśmy do 9,37 litra w 2022 i 8,93 litra w 2023 roku. To najniższy poziom od 2006 roku.
Innymi słowy – Polacy piją coraz mniej, a mimo to wprowadzane są coraz bardziej restrykcyjne regulacje. Jeśli celem byłaby rzeczywiście walka z alkoholizmem, trudno uzasadnić zaostrzanie przepisów w momencie, gdy problem sam się zmniejsza. Chyba że prawdziwy cel jest zupełnie inny.
Szara strefa czeka na swoją szansę
Jest jeszcze jeden beneficjent nocnej prohibicji, o którym rzadko się mówi głośno. Każde ograniczenie dostępności legalnych towarów to ukłon w stronę szarej strefy. Kto naprawdę chce kupić alkohol o trzeciej w nocy, znajdzie sposób. Może to być taksówkarz oferujący dowóz z sąsiedniej gminy za 70 złotych plus cena butelki. Może to być melina w piwnicy. Może to być znajomy, który „akurat ma nadwyżki".
Prohibicja nigdy w historii nie zadziałała tak, jak planowali jej twórcy. Amerykańska prohibicja lat dwudziestych stworzyła mafię. Polska nocna prohibicja nie stworzy może zorganizowanej przestępczości, ale z pewnością nie zlikwiduje problemu pijaństwa. Przesunie go tylko w inne miejsca – mniej kontrolowane i mniej opodatkowane.
Co dalej z nocną prohibicją?
Trend jest jasny – kolejne miasta wprowadzają ograniczenia. Szczecin, Gdańsk, Warszawa (na razie pilotażowo w dwóch dzielnicach, ale prezydent Trzaskowski zapowiedział rozszerzenie na całe miasto). Do 2024 roku nocną prohibicję przyjęło około 180 gmin w Polsce. Rok 2025 był rekordowy pod tym względem.
Prezentowane publicznie uzasadnienia są zawsze te same: spokój mieszkańców, bezpieczeństwo, walka z patologiami. Trudno się z nimi nie zgodzić na poziomie deklaracji. Problem w tym, że skutki są zupełnie inne niż zakładane cele. Alkohol nie znika – zmienia tylko kanały dystrybucji. Małe sklepy upadają – duże sieci rosną. Koncesje nie przepadają – zmieniają właścicieli.
Być może najwyższy czas zadać sobie pytanie, czy naprawdę chodzi o trzeźwość Polaków, czy raczej o ciche przemodelowanie rynku handlowego. Bo jeśli to drugie, nocna prohibicja działa doskonale.
Obserwuj nas w Google Discover
Podobają Ci się nasze treści?
Google Discover
Obserwuj