- Bezprawnik -
- Firma -
- Woda za 5,50 zł kosztowała 500 zł. Skarbówka „przywitała" nową pierogarnię w trzecim dniu działalności
Woda za 5,50 zł kosztowała 500 zł. Skarbówka „przywitała" nową pierogarnię w trzecim dniu działalności
Nowa pierogarnia „Ciasto i Farsz" ze Szczecina nie musi inwestować w reklamę. Debiutujący na rynku lokal gastronomiczny jest już znany w całej Polsce, wszystko dzięki „uprzejmości" pani z urzędu skarbowego. To kolejny przykład pokazujący dwulicowość i podstępność działania kontroli skarbowej w Polsce.
A trzeciego dnia przyszedł kontroler US
Pracownicy US stoją na straży prawa i porządku, aby tylko każdy grosz z transakcji przeszedł przez sito fiskusa. Oczekują od przedsiębiorców uczciwości, tymczasem sami zachowują się nieetycznie i świadomym podstępem wrzucają właścicieli firmy i ich pracowników na miny. Wdepnięcie w taką minę oznacza karę w wysokości przynajmniej kilkuset złotych. A trzeba pamiętać, że nabycie sprawdzające to tylko jedno z narzędzi w arsenale fiskusa — coraz częściej stosowane są także ciche kontrole skarbówki, prowadzone bez wiedzy podatnika.
Po głośnej aferze z pizzą z krewetkami, która kosztowała pizzerię 2500 zł grzywny, teraz dochodzi do tego jeszcze pierogarnia „Ciasto i Farsz", która również padła ofiarą — bo tak trzeba to nazwać po imieniu — bezczelnej nadgorliwości ze strony kontrolerów urzędu skarbowego, którzy tylko czyhają na błąd czy nieuwagę pracownika.
Woda za 5,50 zł kosztowała tak naprawdę 500 zł
O całej sytuacji informuje pierogarnia na swoim oficjalnym koncie na Facebooku. Jak możemy przeczytać, do niezapowiedzianej kontroli US doszło w trzecim dniu istnienia lokalu mieszczącego się przy ul. Witkiewicza 1B.
Kilka minut przed otwarciem lokalu, a więc przed godz. 11:00, w pierogarni pojawiła się pani, która poprosiła o butelkę wody. Ponieważ lokal gastronomiczny był jeszcze nieczynny, nie była jeszcze uruchomiona kasa fiskalna. Ze zwykłej uprzejmości, a także może i braku doświadczenia, klientce sprzedano wodę za 5,50 zł. Po chwili okazało się, że była to kontrola skarbowa, a pracownica pierogarni otrzymała mandat w wysokości 500 zł.
500 złotych za uprzejmość — tamtego dnia panował upał, a twórcom nowego lokalu zależało na każdym kliencie. Warto przy tym wiedzieć, że klasyczna kontrola z urzędu skarbowego rządzi się zupełnie innymi zasadami — jest zapowiadana z wyprzedzeniem i daje podatnikowi czas na przygotowanie. Nabycie sprawdzające to natomiast czysta zasadzka.
Nadgorliwość US nie zna granic
Więcej szczegółów tego incydentu podaje na FB Rafał Kubowicz, przewodniczący Nowej Nadziei w Szczecinie:
Byłem w Ciasto i Farsz, gdzie skarbówka nałożyła mandat 500 zł za sprzedaż butelki wody za 5,5 zł.
Pierogarnia jest otwarta w tym miejscu od 3 dni.
Pani kontrolująca poprosiła o wodę, bo bardzo chciało się jej pić. W tym czasie pracownica włączała kasę fiskalną, ale tam trzeba wbić stan kasy, inne parametry itd. Nie trwa to sekundy, tylko chwilę. Krzątały się z inną pracownicą, przygotowywały lokal do otwarcia, ale drzwi były otwarte, bo ludzie spacerujący wchodzili i podglądali, co nowego się otworzyło w okolicy.
Wg sprzedającej Pani ze skarbówki poprosiła o niewydawanie końcówki 50 gr, bo bardzo jej się chce pić i jej się spieszy.
Po tym wróciła z dwójką innych kontrolerów i wystawili mandat pracownicy. Chcieli wystawić drugi dla właściciela, ale odstąpili od tego.
Zbytek łaskawości ze strony US. Dalej dowiadujemy się, że właściciele lokalu sami umieścili na drzwiach wejściowych poniższą informację:
Codziennie przed otwarciem, możliwość zakupu pierogów z oferty garmażeryjnej - na zimno
Choć wywieszona na drzwiach informacja zapraszała po zakupy garmażeryjne jeszcze przed oficjalnym otwarciem, system dopiero startował. Wbijanie stanu kasy i parametrów trochę trwa i właśnie ten krótki moment bezdusznie wykorzystała urzędniczka. Czy nie mogła zakończyć na pouczeniu? Czy państwo musi zawsze być opresyjne? Chodziło przecież tylko o kilka złotych. I jak tu otwierać biznes w Polsce, skoro na każdym kroku urzędnicy tylko czekają na potknięcie, za które mogą wlepić wysoki mandat?
„Zawsze musi być mandat" — urzędnicy pod presją wyników
Trudno zresztą mówić o przypadku. Jak ujawniła niedawno przewodnicząca związku zawodowego działającego w Krajowej Administracji Skarbowej, kontrolerzy są dziś rozliczani z liczby wystawionych kar, a w urzędach obowiązuje niepisana zasada, że zawsze musi być mandat. Pouczenie nie „wpada" do miernika, mandat — owszem. To wiele tłumaczy.
Gorzka ironia polega na tym, że rząd jeszcze niedawno zapowiadał zupełnie inne podejście. Premier obiecywał, że niecelowe, przypadkowe błędy podatkowe nie będą już karane, a ciężar dowodu winy spocznie na urzędzie. Praktyka — jak widać na przykładzie szczecińskiej pierogarni — idzie w dokładnie przeciwnym kierunku.
Czy pracownica musiała przyjąć mandat?
Warto przy okazji przypomnieć rzecz, o której w stresie kontroli łatwo zapomnieć: każdemu ukaranemu przysługuje prawo odmowy przyjęcia mandatu. Wtedy sprawa trafia do sądu, który oceni okoliczności — a te w tej historii wyglądają dla skarbówki co najmniej niezręcznie.
Żarówka za 10 zł, czyli historia lubi się powtarzać
Ostatnie kontrole skarbowe przywodzą na myśl niesławną aferę sprzed lat, kiedy to uprzejmy mechanik wymienił klientce (w rzeczywistości urzędniczce US) żarówkę w samochodzie za 10 zł. Miało to miejsce już po godzinach pracy, po zamknięciu kasy fiskalnej, a więc bez wydania paragonu. Prowokacja skończyła się ciągnięciem mechanika po sądach, ale ostatecznie zakończyła karierę urzędniczki, która została odwołana ze stanowiska.
zobacz więcej:










