Okazuje się, że niska stopa zastąpienia spędza sen z powiek nawet dzisiejszym pięćdziesięciolatkom
Przejście na emeryturę tak szybko, jak pozwala na to powszechny wiek emerytalny, wiąże się ze spadkiem miesięcznych dochodów. Nikogo chyba takie stwierdzenie nie zaskakuje. Emerytura nie zastąpi nam pensji.
Problem tkwi w tym, że stopa zastąpienia ZUS systematycznie spada. Obecnie wynosi ok. 53 proc. W okolicach 2060 r. może spaść nawet poniżej 30 proc. Perspektywy pokolenia dzisiejszych trzydziestolatków na spokojną starość są raczej mizerne. Okazuje się jednak, że nawet pięćdziesięciolatkowie nie są pewni, czy będą w stanie się utrzymać na emeryturze. Wskazują na to wyniki badania "HR&Payroll Pulse Europe 2025" przeprowadzonego przez SD Worx.
Najbardziej interesuje nas to, że 63,3 proc. pracowników w wieku 50-64 lat obawia się, że nie będzie miało wystarczających środków finansowych, aby przejść na emeryturę w planowanym wieku. Warto także wspomnieć, że 42,8 proc. osób w tym przedziale wiekowym doświadcza stresu finansowego.
W czym dokładnie tkwi problem? W marcu 2025 roku mediana wysokości emerytury w Polsce wyniosła 3544,37 zł. Mediana to dużo lepsze wskazanie typowej wysokości świadczenia od średniej, którą dość łatwo zawyżyć skrajnymi wynikami. Mediana wynagrodzeń brutto w gospodarce narodowej wyniosła w zeszłym roku 7246,64 zł.
Owszem, "gospodarka narodowa" wyklucza zatrudnionych na umowach cywilnoprawnych oraz pracowników małych firm. Wciąż jednak łatwo dostrzec, że przejście na emeryturę rzeczywiście może oznaczać ucięcie sobie nawet połowy dochodów. Może być zresztą jeszcze gorzej, bo emerytura minimalna wynosi obecnie 1878,91 zł. Od marca wzrośnie do 1970,6 zł brutto. Właśnie takiej wysokości świadczenie otrzymuje nawet pół miliona Polaków.
Najprostszym rozwiązaniem jest rezygnacja z przejścia na emeryturę i kontynuowanie pracy tak długo, jak to tylko możliwe. Najlepsze zaś jest połączenie jednego z drugim: przejście na emeryturę i natychmiastowe zatrudnienie się z powrotem. Wszystko jednak zależy w tym przypadku od dobrej woli pracodawcy. Po osiągnięciu wieku emerytalnego znika kodeksowy okres ochronny. Przedsiębiorca nie ma też obowiązku przyjąć z powrotem osoby, która zwolniła się z pracy, by móc otrzymywać emeryturę. Ta z kolei jak najbardziej ma obowiązek rozwiązania stosunku pracy. Do tego wątku jeszcze wrócimy.
Zaryzykowałbym stwierdzenie, że Polacy boją się emerytury przede wszystkim przez wrogą postawę ustawodawcy
Przywołane wyżej badanie skupia się na pracowniczym aspekcie całej sprawy. Przedsiębiorcy zasadniczo nie interesują się losem swoich pracowników, gdy przechodzą na emeryturę. Tylko 19,7 proc. badanych przez SD Worx pracodawców przyznaje, że wspiera starszych pracowników na przykład przez przygotowanie indywidualnego planu dalszej kariery. Jedynie 8 proc. uznaje politykę senioralną za szczególnie istotny aspekt firmowego zarządzania zasobami ludzkimi. Tylko czy aby na pewno przedsiębiorcy powinni być adresatami pretensji związanych z niewydolnością naszego systemu emerytalnego?
Owszem, firmy mogłyby robić więcej dla seniorów-pracowników. Głównym źródłem problemu jest jednak system tworzony przez ustawodawcę i władzę wykonawczą. Najważniejszym elementem jest tutaj powszechny wiek emerytalny, który ma dwie kluczowe wady. Pierwsza jest taka, że próg 60 lat dla kobiet i 65 dla mężczyzn traci swoją celowość wraz ze wzrostem średniej długości życia Polaków. To z kolei bezpośrednio przekłada się na wysokość świadczeń. Im dłużej ZUS i GUS zakładają, że przeżyjemy, tym nasz zgromadzony kapitał emerytalny jest dzielony na więcej miesięcy zgodnie z aktualną tablicą średniego dalszego trwania życia.
Nie byłbym sobą, gdybym nie wytknął, że głównym poszkodowanym są tutaj kobiety. Owszem, nierówny wiek emerytalny jest przejawem dyskryminacji mężczyzn niezależnie od prawnych akrobacji kolejnych składów Trybunału Konstytucyjnego. Rzecz jednak w tym, że panie średnio żyją zauważalnie dłużej od panów. Skoro mogą przejść na emeryturę szybciej, to ich dalsze trwanie życia jest dłuższe. Tym samym mianownik w opisanym wyżej działaniu dzielenia rośnie, a wysokość świadczenia maleje jeszcze bardziej. Model ten sprawdzał się w "patriarchalnym" społeczeństwie, w którym utrzymanie domu spadało na męża, a żona ewentualnie sobie coś tam dorabiała, jeśli obowiązki domowe jej pozwalały. Nie żyjemy w takim społeczeństwie już od kilku dekad.
Zaryzykowałbym mimo wszystko stwierdzenie, że sam irracjonalnie niski wiek emerytalny można by jeszcze przeboleć. Niestety państwo robi dosłownie wszystko, by zniechęcić obywateli do kontynuowania kariery zawodowej po jego przekroczeniu. To znaczy: za prośbami i apelami nie stoi zbyt wiele. Zwolnienie z PIT dla takich osób nawet nie zbliża się do korzyści wynikających z przejścia na emeryturę i ponownego zatrudnienia się. Ustawodawca najwyraźniej z czystej złośliwości prowadził wspomniany już obowiązek zwolnienia się z pracy, by móc otrzymywać emeryturę. Jego istnienie jest tym bardziej absurdalne, że przedsiębiorcy nie muszą zamykać w tym celu swoich firm.
Wzmocnienie roli trzeciego filaru systemu emerytalnego w postaci PPK, IKE i IKZE było strzałem w dziesiątkę. Pozwoli ono zwiększyć wysokość przynajmniej części świadczeń. Nie rozwiązuje jednak systemowego problemu biernego i równocześnie wrogiego przyszłym emerytom państwa. Dlatego potrzebujemy przynajmniej likwidacji barier w łączeniu dalszej pracy z pobieraniem emerytury. Od czegoś trzeba zacząć.
Obserwuj nas w Google Discover
Podobają Ci się nasze treści?
Google Discover
Obserwuj