- Bezprawnik -
- Energetyka -
- Prąd z własnego dachu i firmowa flota na kablu. Bank PKO BP liczy, kiedy transformacja energetyczna zaczyna się firmom opłacać
Prąd z własnego dachu i firmowa flota na kablu. Bank PKO BP liczy, kiedy transformacja energetyczna zaczyna się firmom opłacać
Dla wielu właścicieli małych i średnich firm prąd wciąż jest czymś, co „po prostu jest”: przychodzi faktura, płaci się ją i wraca do roboty. Tymczasem przy obecnej zmienności cen energii i paliw ta obojętność potrafi kosztować więcej niż niejedna inwestycja. Szymon Byliński, dyrektor Biura Rozwiązań Transformacji Energetycznej w PKO BP, przekonywał podczas Kongresu Nowej Mobilności, że własne źródło energii, magazyn i elektryczne auta dostawcze potrafią się zwrócić szybciej, niż zakłada wielu przedsiębiorców. Problem leży gdzie indziej: w przepisach pisanych dla zupełnie innej energetyki i w asymetrii informacji.
Ile naprawdę płaci firma za prąd, poza samą energią
Przedsiębiorca, który negocjuje z dostawcą stawkę za megawatogodzinę, często ma poczucie, że zrobił, co mógł. Rachunek składa się jednak z wielu pozycji, na które cena energii nie ma wpływu. Byliński zwracał uwagę przede wszystkim na opłaty stałe, w tym dystrybucyjne i mocowe. Ta druga jest dla zakładów energochłonnych szczególnie dotkliwa, bo jej wysokość zależy od tego, ile prądu firma pobiera w godzinach największego obciążenia systemu. Sama opłata mocowa budziła kontrowersje od początku, bo finansuje gotowość elektrowni do pracy w krytycznych momentach, a koszty ponoszą wszyscy odbiorcy.
Typowy zakład produkcyjny pracuje w godzinach 8–16, a jego zużycie energii rośnie w szczycie i spada wieczorem. Zdaniem przedstawiciela PKO BP właśnie tę krzywą da się wypłaszczyć, łącząc własne źródło odnawialne z magazynem energii. Firma ładuje magazyn, gdy prąd jest tani lub pochodzi z własnych paneli, i korzysta z niego w szczycie, ograniczając pobór z sieci w drogich godzinach.
Jak podkreśla Byliński, bank wspiera klientów w modelowaniu różnych wariantów inwestycji energetycznych. Dzięki temu przedsiębiorcy mogą lepiej zrozumieć, jak połączenie OZE, magazynów energii czy innych technologii wpływa na koszty działalności. Według Bylińskiego dobrze zaprojektowany i rozsądnie zarządzany system (własne źródło, magazyn, odzysk ciepła i chłodu) może się zwrócić w ciągu 5–6 lat. Ma to znaczenie, bo, jak zauważył, mniejsze przedsiębiorstwa rzadko planują na dekady. „One nie patrzą w perspektywie 20 lat, ale raczej w perspektywie 5 lat” – mówił.
Trzeba przy tym pamiętać, kto przedstawia te wyliczenia. Bank finansuje takie inwestycje i ma interes w tym, by przedsiębiorcy po nie sięgali. Okres zwrotu na poziomie 5–6 lat to scenariusz dla dobrze dobranej instalacji, a nie gwarancja dla każdego zakładu.
Elektryczna flota jako ubezpieczenie od stacji benzynowej
Drugi wątek dotyczy transportu. Byliński opisywał firmy, które inwestują w elektryczne pojazdy głównie dlatego, że mają już własne źródło energii i mogą ładować auta bardzo tanio. Motywacją ma być nie tyle wysoka cena paliwa, ile jej nieprzewidywalność. Pandemia, potem chwilowe uspokojenie, następnie kolejny konflikt i znów wzrosty. Kto obserwował nagłówki w rodzaju benzyna po 10 zł, rozumie, dlaczego firmy kurierskie czy dystrybucyjne zaczynają liczyć inaczej. W efekcie, jak to ujął gość kongresu, „nagle stajemy się niezależni od tego, co dzieje się na stacjach paliw”.
Ograniczenia są jednak wyraźne. Sam Byliński przyznawał, że dziś technologia sprawdza się przede wszystkim na krótkich trasach, np. w obsłudze z jednej bazy logistycznej. Transport dalekobieżny to wciąż wyścig między bateriami, wodorem i paliwami syntetycznymi, bez przesądzonego zwycięzcy.
Przepisy pisane dla elektrowni węglowych
Największą barierą, obok asymetrii informacji, ma być prawo. Polska regulacja energetyczna powstawała dla systemu scentralizowanego: kilka dużych elektrowni sterowanych z jednego miejsca. Teraz buduje się system rozproszony, z tysiącami małych źródeł, i przepisy nie zawsze za tym nadążają. Byliński zwracał uwagę, że to, co opłaca się pojedynczemu odbiorcy czy prosumentowi, może być ryzykowne dla stabilności całej sieci, a efektem jest skomplikowana regulacja, przy której wiele firm nie rusza z inwestycją bez konsultacji z kancelarią.
Nie jest to czcza obawa. Przykładem jest linia bezpośrednia, czyli połączenie źródła energii z odbiorcą z pominięciem publicznej sieci, zdefiniowane w Prawie energetycznym. Nowelizacja z 2023 r. zastąpiła wymóg zgody Prezesa URE zgłoszeniem i wpisem do rejestru, ale inwestor wciąż musi przygotować ekspertyzę wpływu linii na sieć i liczyć się z opłatami związanymi z jej eksploatacją. Na papierze rozwiązanie jest proste, w praktyce wymaga sporej wiedzy. Podobnie jest z instalacjami domowymi i firmowymi, gdzie zmiany w montażu fotowoltaiki potrafią przewrócić wcześniejsze kalkulacje.
Przedstawiciel PKO BP zwrócił uwagę na znaczenie długoterminowej i przewidywalnej mapy drogowej transformacji energetycznej. Jasna strategia mogłaby ograniczyć ryzyko regulacyjne, a tym samym obniżyć koszt finansowania inwestycji.
Bank nie oczekuje zwrotu po roku
Pytany o to, czy banki rozumieją długi horyzont takich projektów, Byliński odpowiadał, że wszystko zależy od skali i ryzyka. Przy mniejszych inwestycjach mowa o 5–6 latach, przy dużych bank jest w stanie finansować przedsięwzięcia rozłożone nawet na 15 lat. Warunek jest jeden: musi istnieć realny pomysł na spłatę, najlepiej oparty na obniżeniu kosztów energii. Dyrektor przypomniał przy tym, że bank nie inwestuje swoich pieniędzy, tylko środki klientów, którym musi je później oddać z odsetkami.
Samochód elektryczny jako element sieci
Na pytanie, czy elektromobilność może przyspieszyć rozbudowę sieci i OZE w Polsce, Byliński odpowiedział krótko: „Nie może, musi być”. Wąskim gardłem transformacji, nie tylko w Polsce, ale i w Chinach czy USA, są jego zdaniem sieci elektroenergetyczne. Energii z OZE bywa za dużo w niewłaściwym miejscu i czasie. Jako przykład podawał Chiny, gdzie, jak wynika z danych prezentowanych m.in. przez Reuters, ilość energii niewykorzystanej z powodu wyłączeń w pierwszej połowie 2026 r. sięgnęła ok. 360 TWh, czyli mniej więcej dwukrotność rocznego zużycia w Polsce.
Tu pojawia się koncepcja vehicle-to-grid. Skoro, jak mówił Byliński, „ten samochód elektryczny jest takim magazynem energii na kółkach”, to mógłby nie tylko ładować się wtedy, gdy prądu jest dużo i jest tani, ale też oddawać go do sieci, kiedy OZE nie pracują. Zanim to się stanie, potrzebne są regulacje dotyczące bilansowania systemu i zachęty dla kierowców.
Od siebie warto dodać jedno: bez takich regulacji elastyczność sieci nadal będzie opierać się głównie na energetyce konwencjonalnej, a ostrzeżenia w stylu rząd przestrzega przed blackoutem nie przestaną wracać.
Gdzie Polska może zawalczyć o własną technologię
Najmniej optymistyczna część rozmowy dotyczyła suwerenności technologicznej. Według danych przytoczonych przez Bylińskiego Chiny kontrolują ok. 90 proc. rynku paneli fotowoltaicznych i ok. 80 proc. produkcji ogniw bateryjnych. Odpowiadają też za blisko połowę nowych rejestracji aut elektrycznych na świecie. Rywalizacja na tych polach jest dla Europy coraz trudniejsza.
Szanse widzi gdzie indziej: w systemach zarządzania bateriami i energią, w elementach energetyki wiatrowej, w technologiach podwójnego zastosowania oraz w lokalnych instalacjach biogazowych i biometanowych na terenach wiejskich. Polska nie ma hiszpańskiego nasłonecznienia, a panele pracują u nas efektywnie głównie w środku dnia, kiedy ceny na giełdzie są najniższe. Rynek fotowoltaiki zaczyna się więc nasycać, a nowe projekty bez magazynów bywają nieopłacalne. Dyskusja o tym, co produkować u siebie, przypomina zresztą tę, która toczy się wokół paliw kopalnych, gdzie węgiel w Polsce leży pod ziemią, a mimo to sprowadzamy go z zagranicy.
Problemem jest też tzw. dolina śmierci, czyli moment, w którym badania nad nową technologią są zakończone, a projekt jest jeszcze zbyt ryzykowny dla banku. Tę lukę powinny wypełniać fundusze publiczne i venture capital, a w Polsce przenoszenie wyników badań do biznesu wciąż idzie opornie.
Kilka fabryk, jeden bilans energetyczny
Ostatni pomysł Bylińskiego jest skierowany do MŚP. Wyobraźmy sobie dwa lub trzy energochłonne zakłady zatrudniające po 100–200 osób, położone obok siebie. Jeden ma magazyn, drugi własne źródło, trzeci elastyczny grafik produkcji. Bilansując się wspólnie, mogą ograniczyć opłaty stałe, które dziś zjadają nawet korzystnie wynegocjowaną cenę energii.
Polskie prawo zna już formy takiej współpracy. Ustawa o odnawialnych źródłach energii przewiduje m.in. klastry energii i spółdzielnie energetyczne, choć w praktyce obie konstrukcje rozwijają się wolniej, niż zakładano. Jeżeli mapa drogowa, o którą apeluje bank, miałaby w ogóle powstać, uproszczenie właśnie tych mechanizmów dla małych firm byłoby dobrym punktem startu.
Artykuł powstał w ramach współpracy reklamowej z Kongresem Nowej Mobilności
zobacz więcej:










