- Bezprawnik -
- Finanse -
- Prędzej trafi cię piorun, niż wygrasz „szóstkę". Oto liczby, które zmienią twoje spojrzenie na Lotto
Prędzej trafi cię piorun, niż wygrasz „szóstkę". Oto liczby, które zmienią twoje spojrzenie na Lotto
Polacy przegrywają z hazardem. Z roku na rok Totalizator Sportowy (państwowa spółka odpowiedzialna m.in. za Lotto) bije kolejne rekordy, a w ogólnopolskim badaniu z lat 2023–2024 aż 31,7% Polaków zadeklarowało udział w grach na pieniądze w ostatnich 12 miesiącach. Jak to możliwe, skoro szanse na wygraną są — jak się za chwilę przekonamy — tak niskie, a mimo to wydajemy na to znaczną część dochodu?
Tak, mówię całkiem serio — nie uważam, żeby to stwierdzenie było przesadzone. Spróbujmy zrozumieć, dlaczego matematyka jest tu bezlitosna.
Jak działają najpopularniejsze gry liczbowe
Zrozumienie iluzoryczności wygranej wymaga analizy zasad działania poszczególnych gier oraz zastosowania podstawowych pojęć z zakresu kombinatoryki. Najbardziej rozpowszechnionym narzędziem matematycznym służącym do wyliczania liczby możliwych kombinacji bez powtórzeń jest symbol Newtona.
Lotto, Eurojackpot i Mini Lotto — szanse i koszty
Klasyczna gra liczbowa typu Lotto opiera się na losowaniu 6 z 49 liczb. Prawdopodobieństwo trafienia „szóstki" przy zakupie jednego zakładu wynosi dokładnie 1:13 983 816. Za jeden zakład zapłacimy 3 złote.
Eurojackpot, czyli ogólnoeuropejska wersja tego samego typu gry, może przynieść o wiele większą wygraną, ale szanse na nią są jeszcze mniejsze. Typujemy 5 z 50 liczb i dodatkowo 2 z 12 tzw. euronumerów. Liczba możliwych kombinacji wynosi 139 838 160. Koszt pojedynczego zakładu to 12,50 zł.
Trochę lepiej sytuacja wygląda w przypadku Mini Lotto, gdzie wybieramy 5 z 42 liczb. Wtedy liczba dostępnych kombinacji to 850 668, a jeden zakład dostaniemy za 2 złote. Nie ma tu efektu kumulacji, więc jeśli nikt nie zgarnie „piątki", to nagroda przechodzi na czwórki i trójki. Oczywiście szanse na wygraną nadal są śmiesznie niskie, ale za marzenia nie każą.
Prędzej trafi nas piorun, niż wygramy
Według amerykańskiej agencji CDC prawdopodobieństwo uderzenia pioruna w człowieka wynosi mniej niż 1 do miliona w ciągu roku, a w skali całego życia, przy średniej długości ok. 80 lat, to ok. 1:15 000. Idziemy dalej, bo takich porównań jest cała masa. Szansa na znalezienie perły w ostrydze ma wynosić 1:12 000. Śmierć w wyniku katastrofy lotniczej to 1:205 552.
Prawdopodobieństwo „szóstki" w Lotto to mniej więcej to samo, co wylosowanie 24 orłów z rzędu w serii rzutów uczciwą monetą. Eurojackpot to 27 takich rzutów.
Szansa na jakąkolwiek wygraną w Lotto to 1:54 — mniej więcej tyle samo, co wyciągnięcie jednej konkretnej karty z talii. Określenie „jakakolwiek wygrana" jest jednak zdradliwe — często może oznaczać po prostu zwrot ceny kuponu albo niewielką kwotę, która daje nam jedynie psychologiczne wrażenie, że coś tam wpada do portfela. Z matematycznego punktu widzenia to po prostu suma prawdopodobieństw „trójki", „czwórki", „piątki" i „szóstki". Wiadomo, następnym razem się odkujemy, będzie lepiej, zgarniemy całą pulę i nie wiadomo co tam jeszcze.
Czy da się grać „sprytniej"?
Można zwiększać liczbę prób, ale nie można oszukać matematyki. Zacznijmy skromnie, od 1% szans. Będziemy musieli zakupić około 140 000 zakładów, czyli ok. 420 000 złotych. Dla 10% kwota rośnie oczywiście dziesięciokrotnie. Żeby było fifty-fifty, musimy przygotować ok. 21 mln zł. Jedynym pewniakiem w Lotto jest wykupienie wszystkich możliwych kombinacji za ok. 42 mln zł.
Jeśli będziemy kupować jeden kupon tygodniowo, to trafimy statystycznie jedną „szóstkę" na 13 983 816 losowań, czyli ok. 269 000 lat. Ciekawiej robi się w przypadku Eurojackpota — 139 838 160 razy 12,50, czyli ok. 1,75 mld zł. Kumulacje z reguły są mniejsze, więc nawet wykupienie wszystkiego to prosta droga do straty pieniędzy.
Regulaminowo do puli nagród Lotto trafia co najmniej 51% stawki, ale w zakładzie za 3 złote 60 groszy to „dopłata na sport i kulturę". Jeśli pomnożymy zatem 2,40 razy 0,51, otrzymamy wynik 1,224, czyli realnie do graczy wraca ok. 41 groszy z każdej wydanej złotówki. Dla porównania, RTP (Return to Player) na tak niskim poziomie nie znajdziemy w tradycyjnych kasynach — to oczywiście nie jest sugestia, aby iść teraz do kasyna.
Prawie na pewno przegramy
Aby uświadomić sobie, jak bezcelowe jest systematyczne uprawianie mikrohazardu, warto przeanalizować scenariusz, w którym gracz bierze udział w każdym losowaniu Lotto w ujęciu rocznym, kupując dokładnie jeden kupon na każde z 156 losowań odbywających się we wtorki, czwartki i soboty.
Roczny koszt przy cenie 3 zł za zakład wynosi 468 zł. Prawdopodobieństwo porażki w każdym pojedynczym losowaniu wynosi dokładnie 1 − 0,0000000715, czyli 0,9999999285. (W rachunku prawdopodobieństwa odejmowanie od jedności jest podstawowym narzędziem, ponieważ wygrana i porażka są zdarzeniami przeciwstawnymi, których suma zawsze wynosi dokładnie 1).
Podnieśmy ułamek 0,9999999285 do potęgi 156 (tyle, ile losowań), a po odjęciu od 1 otrzymamy wynik 0,0000111557, czyli 0,00111557% — oto nasze szanse na „szóstkę" w ciągu najbliższego roku.
Co zrobić, żeby zgarnąć chociaż najmniejszą nagrodę?
Trafienie najniższej nagrody w Lotto, czyli „trójki", ma prawdopodobieństwo ok. 1:57, zatem ok. 1,75%. Z kolei w Eurojackpocie mamy 12 stopni wygranych — trafienie najniższego z nich to 1:49. W Mini Lotto wygrywają za to zakłady z co najmniej 3 trafieniami, ok. 1 do 124,5, czyli 0,80%.
Kupując 3 kupony Lotto tygodniowo, powinniśmy wygrać w ciągu zaledwie 18 tygodni, wydając przy tym ok. 160 zł. Wygrana jednak oscyluje wtedy wokół 20-kilku złotych. Grubo na minusie.
Przy kupowaniu 2 kuponów Eurojackpot poczekamy sobie ok. 16 tygodni, wydając przy tym ok. 400 zł. Dla Mini Lotto, kupując jeden zakład codziennie, powinniśmy zgarnąć jakąś wygraną już po zaledwie 125 dniach, czyli za jakieś 250 zł.
Zdrapki częściej dają wygraną, rzadziej dają zysk
W tym miejscu wiele osób mówi: „Dobrze, Lotto jest bez sensu, ale zdrapki to co innego, bo tam jednak często coś wpada". I tak, coś wpada częściej. Tyle że zbyt często myli się „wygraną" z „zarobkiem". Zdrapki są skonstruowane inaczej niż klasyczne gry liczbowe. Nie czekamy tutaj na losowanie. Kupujemy los, zdrapujemy pole i od razu widzimy wynik. Mamy natychmiastową informację zwrotną, jest to bardziej angażujące niż kupon, który kupujemy, wrzucamy do kieszeni i sprawdzamy kilka dni później.
W ofercie Totalizatora Sportowego znajdują się zdrapki o zróżnicowanych cenach — od 1–2 zł do nawet 30–50 zł. Zdrapki tańsze cechują się bardzo niskimi głównymi wygranymi i najczęściej słabą relacją potencjalnej nagrody do liczby przegranych losów. Droższe z kolei kuszą większymi kwotami, większą liczbą pól do zdrapania, bardziej rozbudowaną mechaniką i wyższym prawdopodobieństwem „jakiejkolwiek wygranej". Tyle że to ostatnie sformułowanie jest właśnie największą pułapką, o czym już wcześniej wspominałem.
Na co patrzeć przy zdrapkach
Na trzy różne rzeczy: szansę na jakąkolwiek wygraną, szansę na realny zysk oraz udział puli nagród w wartości całej emisji. Dopiero ten trzeci wskaźnik pokazuje nam, ile pieniędzy statystycznie wraca do graczy. Jeśli pula nagród stanowi około połowy wartości emisji, to znaczy, że przeciętny gracz nie jest „blisko wygranej". Jest częścią wielkiej machiny, w której połowa pieniędzy znika z jego kieszeni jeszcze zanim zacznie marzyć o głównej nagrodzie.
Każda emisja ma określoną liczbę losów, określoną pulę nagród i określoną liczbę wygranych poszczególnych stopni. To nie jest tak, że w każdym kiosku leży magiczna szansa na fortunę. W obrocie są losy z konkretnej puli, w której część nagród już mogła zostać wypłacona.
Ile wydajemy na hazard rocznie?
Według danych Ministerstwa Finansów w 2025 r. przychody z gier liczbowych wyniosły 5,68 mld zł, a z loterii pieniężnych 4,01 mld zł. Razem daje to 9,69 mld zł wydanych na kupony, losy i zdrapki. To prawie 10 miliardów złotych rocznie.
Gdyby podzielić tę kwotę przez liczbę mieszkańców Polski, wyszłoby około 250 zł na osobę. A przecież musimy wziąć pod uwagę, ile osób w ogóle nie gra. Twierdzenie, że Polacy przesadzają z hazardem, nie jest moją publicystyczną przesadą. Rynek rośnie mimo absurdalnie niskich szans na główne wygrane — to nie jest kwestia sporadycznego kupowania losu dla żartu. To jest zjawisko masowego kupowania pustej nadziei.
Ale przecież ktoś wygrywa
To prawda. Ktoś wygrywa. Tak samo ktoś znajduje perłę w ostrydze, ktoś zostaje trafiony piorunem, ktoś przeżywa absurdalnie mało prawdopodobny zbieg okoliczności. Problem polega na tym, że rozsądne decyzje finansowe nie polegają na budowaniu planu życiowego wokół zdarzeń skrajnie rzadkich. A nawet upragniona wygrana w Lotto potrafi przynieść tyleż radości, co całkiem prawnych komplikacji.
Ważnym mechanizmem napędzającym sprzedaż są przecież kumulacje. Gdy główna wygrana rośnie, rośnie też zainteresowanie grą. Nagle osoby, które normalnie nie kupują kuponów, zaczynają mówić „teraz to już warto". Tylko że trafienie „szóstki" nie zmienia się dlatego, że na plakacie widnieje większa kwota. Nadal wynosi 1 do 13 983 816. Warto też pamiętać, że kumulacja w Lotto wiąże się dla zwycięzcy z całkiem realnymi obowiązkami.
Matematyka nie bierze pod uwagę, jakie liczby wygrywały ostatnio
Większa kumulacja może sprawić, że pojedynczy kupon wygląda atrakcyjniej emocjonalnie, ale nie sprawia, że nagle mamy realną kontrolę nad wynikiem. Nadal kupujemy jeden z prawie 14 milionów możliwych układów. Każdy z tych układów ma taką samą szansę na wylosowanie. Zestaw 1, 2, 3, 4, 5, 6 jest matematycznie tak samo prawdopodobny jak 7, 19, 24, 31, 42, 48.
Różnica polega tylko na tym, że pierwszy zestaw wygląda podejrzanie, bo dostrzegamy w nim wzór. Losowość nie ma jednak obowiązku wyglądać losowo dla naszego mózgu. Kierowanie się podejściem „dawno nie było ósemki" jest po prostu niepoprawne z matematycznego punktu widzenia. Każde losowanie jest niezależne, losowanie z soboty nie ma wpływu na losowanie z wtorku poza wielkością puli.
Najgorszy plan finansowy świata
Najbardziej szkodliwe w loteriach nie jest to, że ktoś raz na jakiś czas kupi los dla zabawy. Problem zaczyna się wtedy, gdy gra staje się nieironicznie częścią czyjegoś planu finansowego. Gdy ktoś myśli „nie mam jak oszczędzać, więc spróbuję szczęścia", to wkracza na niebezpieczną ścieżkę.
Zamiast powoli budować oszczędności, odkładać „grosz do grosza", oddaje pieniądze mechanizmowi, który statystycznie go zubaża. Loteria sprzedaje marzenie o szybkim awansie majątkowym. Oszczędzanie, inwestowanie w siebie, spłata długów czy odkładanie nawet niewielkich kwot wyglądają przy tym nudno. Ale właśnie ta nuda ma jedną zasadniczą przewagę: działa znacznie częściej niż Lotto.
Grosz do grosza — naprawdę warto
Jeśli odkładasz 100 zł miesięcznie, po roku masz 1200 zł. Po pięciu latach masz 6000 zł, nawet bez żadnych odsetek. Po dziesięciu latach masz 12 000 zł. To nie brzmi jak reklama wielkiej kumulacji, ale działa. Jeśli masz problem z trzymaniem rąk z dala od odłożonych pieniędzy, pomocne bywa konto oszczędnościowe w innym banku niż ten, w którym trzymasz pieniądze na co dzień — a wybierając, gdzie je założyć, warto sprawdzić, gdzie najlepiej założyć konto oszczędnościowe pod kątem oprocentowania.
Jeżeli zamiast dwóch drogich zdrapek i kilku kuponów miesięcznie odkładasz 100–150 zł, to w skali roku robi się z tego kwota, która może sfinansować kurs, książki, naprawę samochodu, wakacyjny wyjazd — cokolwiek pożyteczniejszego niż granie na loterii. A jeśli czujesz, że na takie odkładanie po prostu nie ma miejsca w budżecie, zacznij od tego, jak obniżyć wydatki domowe.
Jeśli już grasz, przynajmniej nie udawaj, że inwestujesz
Nie chodzi o to, żeby moralizować, że nikt nigdy nie może kupić losu. Ludzie wydają pieniądze na kino, mecze, gry komputerowe, kawę na mieście i tysiąc innych rzeczy, które nie mają żadnej wartości inwestycyjnej. Jeśli ktoś traktuje kupon Lotto jako mały koszt rozrywki, to przynajmniej jest wobec siebie uczciwy.
Loterie i zdrapki nie są sposobem na wyjście z finansowej stagnacji. Są sposobem na sprzedawanie nadziei osobom, które bardzo często tej nadziei realnie potrzebują. I właśnie dlatego trzeba mówić o tym ostrzej.
