1. Bezprawnik -
  2. Moto -
  3. Musimy na poważnie porozmawiać o zakazaniu hulajnóg i rowerów elektrycznych w miastach

Musimy na poważnie porozmawiać o zakazaniu hulajnóg i rowerów elektrycznych w miastach

Hulajnogi i rowery elektryczne miały być ekologiczną rewolucją w miejskim transporcie, a stały się jedyną kategorią uczestników ruchu, której statystyki wypadkowe lecą w górę, podczas gdy cała reszta polskich dróg robi się bezpieczniejsza. Coraz więcej pieszych i kierowców zaczyna głośno pomstować i mówić o potrzebie zakazów. I trudno im się dziwić.

Mariusz Lewandowski14.08.2026 13:13
Moto

Wypadki na hulajnogach elektrycznych rosną, choć drogi są coraz bezpieczniejsze

Według danych Komendy Głównej Policji w 2025 roku użytkownicy hulajnóg elektrycznych uczestniczyli w 1158 wypadkach drogowych, w których zginęło 11 osób, a 1055 zostało rannych. Rok wcześniej policja odnotowała 752 takie wypadki, pięć ofiar śmiertelnych i 661 rannych. Liczba wypadków wzrosła więc w ciągu roku o około 54 procent, a liczba zabitych ponad dwukrotnie.

Rok 2026 wcale nie zapowiada się lepiej. Po siedmiu miesiącach policyjne statystyki mówią o 828 wypadkach i 11 ofiarach śmiertelnych, co oznacza, że liczba zabitych JUŻ zrównała się z wynikiem całego poprzedniego roku.

Co znamienne, ogólna liczba wypadków drogowych w Polsce spada: w 2025 roku było ich 21 tysięcy, o 519 mniej niż rok wcześniej, a liczba ofiar zmalała o 245. Na tym tle hulajnogi wyglądają jak anomalia, choć nikogo, kto mieszka w większym mieście, ona raczej nie dziwi.

Z policyjnych danych przytaczanych przez Motoguru za 2025 rok wynika, że użytkownicy hulajnóg w wieku od 7 do 14 lat spowodowali 243 wypadki, w których zginęły 3 osoby, a 265 zostało rannych. W grupie od 15 do 17 lat odnotowano kolejnych 149 wypadków. Mówimy więc w dużej mierze o dzieciach rozpędzających się pojazdami, które ważą po kilkanaście, a czasem kilkadziesiąt kilogramów.

Infrastruktura była projektowana pod rowerzystę jadącego 10 km/h, a nie skuter

Cała polska infrastruktura, wszystkie przejazdy dla rowerzystów, wyjazdy z posesji, skrzyżowania dróg rowerowych z chodnikami i jezdniami, zostały zaprojektowane w epoce, w której na drogę dla rowerów wjeżdżał człowiek pedałujący siłą własnych mięśni. Ktoś, kto na dojeździe do skrzyżowania poruszał się w tempie 10, może 15 kilometrów na godzinę, a co mądrzejszy jeszcze intuicyjnie zwalniał, by uniknąć ryzyka kolizji.

Kąty widoczności, odległości znaków, geometria zjazdów, czas reakcji kierowcy skręcającego przez przejazd rowerowy: to wszystko liczono pod tamtą prędkość. Tymczasem dziś w to samo miejsce wpada urządzenie z silnikiem elektrycznym, którego użytkownik nie musi zwalniać, bo hamowanie nic go nie kosztuje, a przyspieszenie załatwia manetka.

Formalnie limit to 20 km/h, ale praktyka wygląda zupełnie inaczej. Pod koniec czerwca policjanci z Bytowa zatrzymali użytkownika hulajnogi, który drogą wojewódzką jechał niemal 70 km/h, a na początku lipca w Rzeszowie zatrzymano 16-latka pędzącego 52 km/h na sprzęcie, który zdaniem policji mógł rozpędzić się do 79 km/h. W sklepach otwarcie informuje się klientów, że parametry oferowanych hulajnóg pozwalają jechać znacznie szybciej niż ustawowy limit.

Kierowca samochodu, który dojeżdża do przejazdu i widzi pustą drogę rowerową na 20 metrów w obie strony, przy rowerzyście jadącym 10 km/h ma kilka sekund zapasu. Przy elektrycznym jednośladzie jadącym 40 km/h ten zapas topnieje do ułamka czasu potrzebnego na jakąkolwiek reakcję.

Kierowca ma być jasnowidzem. Sprawa z Wrocławia

Jak to wygląda w praktyce, pokazała niedawna sprawa z Wrocławia, o której było głośno w całej Polsce: choć to nastolatek uderzył hulajnogą elektryczną w samochód, kierowca został ukarany mandatem w wysokości 1500 zł i 12 punktami karnymi. Kierujący Dacią powoli przejeżdżał przez chodnik, skręcając na osiedlowe podwórko, gdy w bok jego auta wjechał 16-latek pędzący chodnikiem znacznie szybciej niż pieszy, bez karty rowerowej. Ukarany został ten, który jechał wolno i zgodnie z przepisami swojego pojazdu. Kierowca w Polsce musi zakładać, że zza barierki albo znaku w każdej chwili może wystrzelić rozpędzony elektryczny jednoślad. Czyli musi być jasnowidzem.

To zresztą nie pierwszy taki przypadek. Zdarzało się już, że mandat za zderzenie z hulajnogą elektryczną otrzymywała osoba, która żadną hulajnogą nie jechała, tylko stała na chodniku.

Przepisy istnieją, ale nikt ich nie egzekwuje

Jazda hulajnogą elektryczną jest obwarowana limitem 20 km/h, wymogiem karty rowerowej dla osób w wieku 13 do 17 lat, a od czerwca także obowiązkiem kasku dla najmłodszych. Artykuł 86a Kodeksu wykroczeń nakazuje na drodze dla pieszych poruszać się z prędkością zbliżoną do prędkości pieszego. Problem w tym, że to prawo jest martwe. Nikt nie mierzy prędkości hulajnóg na chodnikach, nikt nie kontroluje masowo kart rowerowych, a sprzęt zdolny do jazdy 79 km/h można legalnie kupić w każdym markecie. Sama jazda na hulajnodze niezgodnie z przepisami kosztuje na papierze od 50 do 2500 zł, tyle że ryzyko wpadki jest bliskie zeru.

Przepisy na dodatek skonstruowano tak, że hulajnoga elektryczna na chodniku jest regułą, a nie wyjątkiem, bo wystarczy brak drogi rowerowej przy jezdni z limitem powyżej 30 km/h. To już rowerzysta w identycznej sytuacji ma na chodniku znacznie mniej praw niż użytkownik pojazdu z silnikiem. Skoro państwo nie potrafi wymusić jazdy 20 km/h, może powinno przestać udawać, że potrafi zarządzać tą technologią w ogóle.

Fani i lobby kontra reszta miasta

Oczywiście te urządzenia mają rzesze zadowolonych użytkowników, którzy jeżdżą kulturalnie i dla których hulajnoga czy elektryczny rower to realna alternatywa dla samochodu. Stoi za nimi także potężna branża tj. operatorzy wynajmu, importerzy, sieci handlowe, dla których każdy kolejny sezon to konkretne pieniądze i którzy będą bronić status quo do upadłego.

Tylko że po drugiej stronie stoją miliony pieszych, w tym seniorzy i rodzice z dziećmi, dla których zwykłe przejście chodnikiem stało się grą w rosyjską ruletkę, oraz kierowcy, którzy odpowiadają portfelem i punktami karnymi za cudzą brawurę. Obie te grupy są dziś zakładnikami tyranii ludzi zasuwających po chodnikach czymś, co jest de facto skuterem, tyle że bez tablic, bez OC i bez odpowiedzialności. Jeśli branża i użytkownicy nie chcą zakazu, niech sami zaczną głośno domagać się realnej egzekucji przepisów. Ale ja bym najchętniej tych porozrzucanych po całej Warszawie hulajnóg zakazał.

Obserwuj nas w Google Discover
Google Discover
Podobają Ci się nasze treści?
Google Discover