- Bezprawnik -
- Państwo -
- Próg podatkowy wzrośnie do 130 tys. zł. Żeby odzyskał wartość z 2022 r., musiałby sięgać 167 tys. zł
Próg podatkowy wzrośnie do 130 tys. zł. Żeby odzyskał wartość z 2022 r., musiałby sięgać 167 tys. zł
Rada Ministrów przyjęła we wtorek projekt podnoszący pierwszy próg podatkowy ze 120 do 130 tys. zł. Gdyby próg miał zachować tę samą relację do przeciętnego wynagrodzenia, jaką miał w 2022 r., musiałby dziś wynosić około 167 tys. zł — czyli o ponad jedną czwartą więcej, niż proponuje rząd.
Próg podatkowy wzrośnie o 8 proc. Przeciętna pensja urosła w tym czasie o 39 proc.
Kwota 120 tys. zł obowiązuje od stycznia 2022 r., czyli od wejścia w życie Polskiego Ładu, i od tamtej pory nie była ani razu podnoszona. W 2022 r. przeciętne miesięczne wynagrodzenie w sektorze przedsiębiorstw wynosiło 6653,67 zł, co dawało niespełna 80 tys. zł w skali roku; próg stał więc mniej więcej półtora raza wyżej niż roczna średnia pensja. W sierpniu 2026 r. GUS podał już 9259,54 zł, czyli około 111 tys. zł rocznie — przy takim poziomie płac dotychczasowy próg przewyższa roczną średnią krajową o niespełna 10 proc.
Podniesienie go do 130 tys. zł oznacza wzrost o 8,3 proc. Przeciętne wynagrodzenie urosło w tym samym czasie o blisko 39 proc. Nie da się zatem ukryć, że nowa skala nie tyle obniża podatki, ile częściowo odwraca podwyżkę, która dokonała się sama — przez to, że próg stał w miejscu, a pensje rosły. Dobrze widać to w danych Kancelarii Prezesa Rady Ministrów: odsetek podatników rozliczających się według stawki 32 proc. ma spaść z 14 do 7,2 proc., czyli wrócić mniej więcej tam, gdzie był, zanim kolejne setki tysięcy osób weszły w drugi próg podatkowy wyłącznie dzięki podwyżkom.
Bez waloryzacji progu i bez ruchu w kwocie wolnej
Projekt nie przewiduje przy tym mechanizmu corocznej waloryzacji progu, więc za kilka lat problem wróci w tej samej postaci. Bez zmian zostaje też kwota wolna — 30 tys. zł, również zamrożone od 2022 r.; wyższa kwota wolna w PIT w 2027 r. nie jest elementem tej reformy.
Górna granica korzyści to 300 zł miesięcznie. I to przy pensji blisko 15 tys. zł brutto
Nowa skala miałaby trzy przedziały: 12 proc. do 130 tys. zł, 24 proc. w widełkach 130–150 tys. zł i 32 proc. powyżej tej kwoty. Jak wylicza na łamach money.pl Piotr Juszczyk, doradca podatkowy InFaktu, punktem wejścia do grona zyskujących jest dochód powyżej 120 tys. zł, czyli na etacie około 12 tys. zł brutto miesięcznie. Cała reklamowana kwota należy się dopiero przy dochodzie od 150 tys. zł, a więc przy pensji rzędu 14,8 tys. zł brutto; poniżej tej granicy jest już tylko mniej — 2,8 tys. zł przy dochodzie 140 tys. zł i mniej więcej tysiąc złotych przy 125 tys. zł. Rozliczający się liniowo i ryczałtowcy nie zyskują nic.
Skala reformy mniejsza niż roczny ruch płac
Te kwoty warto zestawić z tym, co dzieje się na rynku pracy. Górne 3,6 tys. zł w skali roku daje 300 zł miesięcznie, a więc mniej, niż wyniósł sam roczny wzrost przeciętnego wynagrodzenia odnotowany w sierpniu 2026 r. (490 zł w ujęciu rok do roku). Trzeba przyznać, że dla domowego budżetu to zauważalna kwota; skala reformy jest jednak mniejsza niż zwykły, jednoroczny ruch płac w gospodarce.
Rachunek wystawiono ryczałtowcom. Tu kwoty są znacznie wyższe
Rząd zapowiada, że reforma nie obciąży finansów publicznych, bo sfinansują ją trzy podwyżki. Danina solidarnościowa miałaby wzrosnąć z 4 do 5 proc. — według danych za 2024 r. płaci ją 39 tys. osób i to wyłącznie od nadwyżki dochodu ponad 1 mln zł. Przy niektórych formach rozliczenia danina solidarnościowa od przedsiębiorcy nie jest zresztą pobierana w ogóle. Stawka CIT dla podatników z przychodami powyżej 50 mln euro poszłaby w górę z 19 do 22 proc., przy czym banki zostały z tego wyłączone, ponieważ płacony przez nie podatek podniesiono już odrębną ustawą.
Limit ryczałtu spada z 2 mln do 250 tys. euro
Najdalej idąca jest jednak zmiana w ryczałcie, która oznacza realny wzrost obciążeń dla samozatrudnionych. Limit przychodów uprawniający do tej formy opodatkowania spadłby z równowartości 2 mln euro do 250 tys. euro, czyli z ponad 8,5 mln zł do nieco ponad miliona; dodatkowo nadwyżka przychodów ponad 300 tys. euro osiągnięta w trakcie roku byłaby opodatkowana stawką 17 proc. Ministerstwo Finansów szacuje na podstawie danych za 2024 r., że nowy limit przekracza dziś około 43 tys. przedsiębiorców.
O ile więc po stronie ulgi mowa o kwotach rzędu kilkuset złotych rocznie dla większości uprawnionych, o tyle po stronie kosztów pojawiają się liczby o rząd wielkości wyższe. Juszczyk podaje przykład handlowca, który po utracie prawa do ryczałtu zapłaciłby rocznie około 10,5 tys. zł więcej nawet przy najkorzystniejszej dla siebie stawce liniowej — czyli prawie trzykrotność maksymalnego zysku z nowej skali.
Budżet państwa straci, reszta sektora zyska. Decyduje jeden podpis
Z oceny skutków regulacji wynika, że w ciągu dekady budżet państwa straci na samej zmianie w PIT blisko 57,7 mld zł, ale całościowe dochody państwa wzrosną o około 26,5 mld zł — pieniądze popłyną przede wszystkim do NFZ, samorządów i Funduszu Solidarnościowego. W samym 2027 r. saldo zmian dla finansów publicznych ma być dodatnie i przekroczyć 2,6 mld zł. Można się domyślać, że właśnie taki układ pozwolił rządowi przedstawić obniżkę jako neutralną dla kasy państwa, mimo że sam budżet centralny na niej traci.
Sejm, Senat i biurko prezydenta. Zostały niespełna trzy miesiące
Zanim jednak cokolwiek wejdzie w życie, projekt musi przejść przez Sejm i Senat, a następnie trafić do prezydenta Karola Nawrockiego, który zawetował już sporo rządowych ustaw. O podpis zaapelował we wtorek premier Donald Tusk, powołując się na 3,5 mln osób, które mają skorzystać na zmianach. Premier Tusk potwierdził zmiany w PIT już w 2027 roku jeszcze przed przyjęciem projektu przez rząd.
Przepisy miałyby zacząć obowiązywać 1 stycznia 2027 r., więc na całą ścieżkę legislacyjną zostały niespełna trzy miesiące — i to od decyzji prezydenta, a nie od samej konstrukcji skali, zależy, czy podatnicy zobaczą różnicę w zaliczkach już od stycznia.










