Warren Buffett powiedział kiedyś o Visa i Mastercard: „Mogłem je kupić i patrząc wstecz, powinienem był to zrobić". Te słowa padły z ust człowieka, który przez dekady budował fortunę na identyfikowaniu niedocenianych spółek. Dlaczego więc żałował? Bo te dwie firmy niemal nie spadają. A gdy już spadają – zwykle dzieje się coś, o czym warto wiedzieć.
Dlaczego spadki Visa i Mastercard to rzadkość?
Visa i Mastercard to nie są zwykłe spółki. To infrastruktura globalnej gospodarki. Każda transakcja kartą – w sklepie, restauracji, internecie – generuje dla nich przychód w postaci prowizji. Nie pożyczają pieniędzy, nie ponoszą ryzyka kredytowego. Zarabiają na samym fakcie, że ludzie wydają pieniądze.
W ciągu ostatniego roku akcje Visa zanotowały tylko trzy ruchy większe niż 5%. To pokazuje, jak stabilna jest ta spółka w normalnych warunkach rynkowych. Gdy więc obie firmy tracą kilka procent w ciągu jednej sesji, rynek wysyła sygnał, którego nie powinno się ignorować.
Obecne spadki wywołała propozycja prezydenta Trumpa dotycząca wprowadzenia rocznego limitu na oprocentowanie kart kredytowych na poziomie 10%. Choć Visa i Mastercard nie zarabiają bezpośrednio na odsetkach, ich przychody zależą od wolumenu transakcji. Jeśli banki ograniczą dostępność kart kredytowych w odpowiedzi na regulacje, konsumenci będą mniej wydawać – a to uderzy w obie sieci płatnicze.
Termometr globalnej konsumpcji
Visa i Mastercard to prawdopodobnie najlepszy wskaźnik wyprzedzający dla kondycji konsumentów na świecie. Łączą ponad 100 milionów sprzedawców, 15 tysięcy banków i obsługują transakcje w każdym zakątku globu. Gdy ich akcje spadają, rynek mówi wprost: spodziewamy się, że ludzie będą mniej kupować.
To nie jest teoria. W czasie kryzysu finansowego 2008 roku i pandemii COVID-19 spadki notowań tych spółek poprzedzały szersze załamanie wydatków konsumenckich. Mechanizm jest prosty – inwestorzy, widząc sygnały ostrzegawcze dla gospodarki, najpierw wyprzedają akcje firm bezpośrednio zależnych od aktywności konsumentów.
Dla polskiej gospodarki, która wielokrotnie znajdowała się w obliczu recesji, sygnały płynące z amerykańskiego rynku mają bezpośrednie znaczenie. W zglobalizowanym świecie spowolnienie konsumpcji w USA przekłada się na zamówienia u europejskich dostawców, w tym polskich producentów.
Model biznesowy odporny na wszystko – prawie
Siła Visa i Mastercard tkwi w ich modelu biznesowym. Nie pożyczają pieniędzy, więc nie ponoszą ryzyka niespłaconych długów w czasie recesji. Zarabiają prowizję od każdej transakcji, niezależnie od tego, czy klient spłaca kartę terminowo, czy wpada w spiralę zadłużenia.
Jednak ta pozorna niezniszczalność ma granice. Przychody obu firm rosną, gdy rośnie konsumpcja. Spadają, gdy konsumenci zaciskają pasa. A obecnie mamy do czynienia z kilkoma czynnikami, które mogą ograniczyć wydatki: propozycja regulacji stóp procentowych kart kredytowych, rosnące zainteresowanie stablecoinami jako alternatywą dla tradycyjnych płatności oraz presja polityczna na obniżenie opłat interchange.
Jamie Dimon, szef JPMorgan Chase, ostrzegł, że limit oprocentowania na poziomie 10% byłby „bardzo zły dla konsumentów i gospodarki". Paradoks polega na tym, że regulacja mająca pomóc zadłużonym może ograniczyć dostęp do kredytu tym, którzy go najbardziej potrzebują.
Co to oznacza dla przeciętnego Kowalskiego?
Spadki Visa i Mastercard same w sobie nie oznaczają, że jutro zaczyna się kryzys. Ale są sygnałem, że duzi inwestorzy przewidują trudniejsze czasy dla konsumpcji. A konsumpcja to w nowoczesnych gospodarkach główny motor wzrostu – odpowiada za około 70% PKB w Stanach Zjednoczonych i podobny odsetek w Polsce.
Jeśli banki w odpowiedzi na regulacje zaostrzą kryteria przyznawania kart kredytowych, mniej osób będzie miało dostęp do finansowania bieżących wydatków. W krótkim terminie może to wyglądać jak odpowiedzialna polityka. W dłuższym – oznacza mniejsze zakupy, niższe obroty firm i potencjalne zwolnienia.
Warto w tym kontekście obserwować, jak polskie banki reagują na zmiany w globalnym środowisku finansowym – bo amerykańskie regulacje mają zwyczaj rozprzestrzeniania się na inne rynki.
Historyczna perspektywa
Visa od debiutu giełdowego w 2008 roku zyskała ponad 2100%. Mastercard radzi sobie równie dobrze. Te spółki rosły niemal nieprzerwanie przez prawie dwie dekady, ponieważ globalnie ludzie przechodzili z gotówki na płatności cyfrowe.
Ale ten megatrend ma swoje granice. W rozwiniętych gospodarkach penetracja płatności bezgotówkowych zbliża się do nasycenia. Dalszy wzrost wymaga ekspansji na rynki wschodzące – a te są bardziej podatne na wahania gospodarcze.
Jednocześnie pojawiają się konkurenci: systemy płatności błyskawicznych, kryptowaluty, stablecoiny. Największe sieci handlowe w USA badają już możliwość omijania Visa i Mastercard poprzez płatności w stablecoinach, co pozwoliłoby zaoszczędzić miliardy na opłatach interchange.
Sygnał ostrzegawczy, nie wyrok
Warren Buffett wiedział, co mówił – Visa i Mastercard to wyjątkowe firmy, które rzadko dają okazję do zakupu po obniżonych cenach. Obecne spadki mogą być właśnie taką okazją dla inwestorów o długim horyzoncie. Ale mogą też być zapowiedzią szerszego spowolnienia konsumpcji.
Kluczowe pytanie brzmi: czy propozycja limitu stóp procentowych zostanie zrealizowana, czy pozostanie polityczną retoryką? Jeśli wejdzie w życie, możemy obserwować scenariusz podobny do tego, który Polska przeżywała w czasach recesji konsumenckiej – spadek wydatków, zahamowanie wzrostu, trudniejsze warunki dla biznesu.
Na razie rynek wycenia ryzyko. A najlepszym termometrem tego ryzyka są właśnie notowania dwóch firm, przez których sieci przepływa lwia część światowych transakcji. Kiedy Visa i Mastercard spadają, warto się zatrzymać i zastanowić, co to mówi o stanie globalnej gospodarki.
Obserwuj nas w Google Discover
Podobają Ci się nasze treści?
Google Discover
Obserwuj