1. Bezprawnik -
  2. Edukacja -
  3. W fast foodzie zarabiałem więcej, niż dziś dostaje doktorant. To nie żart, to stawki 2026

W fast foodzie zarabiałem więcej, niż dziś dostaje doktorant. To nie żart, to stawki 2026

Cztery lata temu pracowałem w fast foodzie. Byłem świeżo po napisaniu matury, bez wyższego wykształcenia i tak naprawdę bez żadnego doświadczenia czy umiejętności postrzeganych na rynku za pożądane lub rzadkie. Przy pełnym grafiku i z bonusami dostawałem jednak na konto więcej, niż wynosi dziś podstawowe stypendium doktoranckie przed oceną śródokresową.

Jakub Bilski31.08.2026 7:47
Edukacja

Doktorant dostaje mniej niż pracownik na płacy minimalnej

Od stycznia 2026 roku minimalne stypendium doktoranckie wynosi 3570,50 zł brutto przed oceną śródokresową i 5500,50 zł brutto po niej. Na konto trafia odpowiednio około 3168,46 zł i 4881,14 zł. Stypendium nie jest opodatkowane PIT, ale potrąca się z niego składki emerytalną i rentową; ubezpieczenie chorobowe jest dobrowolne.

Podwyżka po dwóch–trzech latach nie jest nagrodą za opublikowanie trzech artykułów, zdobycie cytowań albo wystąpienie na konferencji. Wynika z pozytywnej oceny śródokresowej realizacji indywidualnego planu badawczego. Ustawa pozwala uczelni uzależnić wysokość stypendium od osiągnięć doktoranta i płacić więcej niż minimum, ale nie tworzy automatycznego „cennika” publikacji. Grant, dodatkowe stypendium albo hojniejsza szkoła doktorska mogą poprawić sytuację. Mogą, ale nie muszą.

Chyba lepiej iść do dowolnej pracy

Płaca minimalna 2026 wynosi 4806 zł brutto, czyli około 3600 zł netto przy standardowym rozliczeniu. Początkujący doktorant otrzymuje zatem o 1235,50 zł mniej brutto i około 400 zł mniej na rękę niż osoba zatrudniona na najniższej krajowej. Jego podstawowe stypendium stanowi zaledwie ok. 75 proc. minimalnego wynagrodzenia brutto.

Nie pamiętam dziś co do złotówki każdego składnika wypłaty z fast foodu. Pamiętam jednak pełny grafik, dodatki i kwotę, która zostawała na koncie. Była wyższa niż dzisiejsze 3168 zł dla osoby rozpoczynającej doktorat. Trudno o bardziej czytelny symbol wyceny nauki w Polsce.

Stypendium ma wystarczyć na naukę, ale nie wystarcza na życie

Czy za 3168 zł można się utrzymać? Można, jeżeli mieszka się z rodzicami, dzieli tani pokój, korzysta ze wsparcia partnera albo ma wyjątkowo niskie koszty życia. Znacznie trudniej, gdy trzeba samodzielnie wynająć mieszkanie w Warszawie, Krakowie, Wrocławiu czy Poznaniu, czyli właśnie tam, gdzie skupiają się najważniejsze polskie ośrodki naukowe. Owszem, w skali kraju średnia stawka najmu spadła do 3500 zł, ale w największych miastach akademickich stawki wciąż są wyraźnie wyższe.

Raport „Portfel Studenta 2025” szacował miesięczne koszty życia studenta stacjonarnego bez czesnego na 3419 zł. Ale doktoranci to zdecydowana mniejszość studiujących – są starsi, mają inne cele, ambicje i priorytety.

W badaniu Krajowej Reprezentacji Doktorantów przeciętny ankietowany miał przy tym nie 19, lecz blisko 29 lat. Doktorant może chcieć mieszkać samodzielnie, założyć rodzinę, zgromadzić oszczędności i nie traktować zepsutej pralki jak katastrofy finansowej.

Stypendium jest za niskie, więc trzeba się jakoś ratować

To samo badanie dobrze pokazuje obraz finansowej sytuacji doktorantów. Tylko 16 proc. z 315 ankietowanych uznało, że stypendium w pełni pokrywa ich potrzeby. Kolejne 30 proc. twierdziło, że wystarcza na potrzeby podstawowe. Aż 41 proc. musiało dokładać pieniądze z innych źródeł, 8 proc. miało problem z pokryciem podstawowych potrzeb.

Od października 2023 roku doktoranci mogą pracować także jako nauczyciele akademiccy lub pracownicy naukowi. Ustawa nie zabrania im również zatrudnienia poza uczelnią. Formalna odpowiedź państwa brzmi więc: jeśli pieniędzy jest za mało, można dorobić. Tyle że łączenie pracy ze studiami rzadko bywa bezkosztowe.

No ale doktorat nie jest jakimś kursem języka obcego, na który chodzimy raz czy dwa w tygodniu. To nie są zajęcia wieczorowe. To badania, lektura, eksperymenty, analiza, konferencje, publikacje i przygotowanie rozprawy. Do tego dochodzi dydaktyka, bo program szkoły doktorskiej może przewidywać praktyki w formie prowadzenia zajęć lub uczestniczenia w nich.

W informatyce doktorat konkuruje z naprawdę wysokimi zarobkami

W naukach ścisłych i technicznych problem jest szczególnie widoczny. Absolwent informatyki często zaczyna pracować jeszcze w trakcie studiów. Informatycy posiadający doświadczenie zawodowe zarabiają po ukończeniu studiów przeciętnie około półtorej średniej pensji w swoim miejscu zamieszkania, a po kilku latach nawet dwukrotność. Na tym tle zarobki absolwentów większości innych kierunków wypadają znacznie skromniej.

Dla takiej osoby wybór doktoratu nie oznacza rezygnacji z kilkuset złotych miesięcznie. Może oznaczać rezygnację z kilku albo nawet kilkunastu tysięcy złotych. Oczywiście nie chodzi mi teraz o to, żeby państwo od razu konkurowało z ofertami pracy gigantów technologicznych. Ale żeby chociaż można było się zawahać, a nie mówić zawsze definitywnie „nie”.

Trudno jednak oczekiwać, że najbardziej utalentowani absolwenci masowo wybiorą naukę, jeżeli różnica między uczelnią a biznesem jest liczona nie w procentach, lecz w wielokrotności dochodu.

Doktorat to droga do prestiżowych stanowisk za granicą

Tak, ten tytuł może później otworzyć drogę do stanowisk badawczych w zagranicznych firmach technologicznych. Nie jest prawdą, że wymagają go one na wszystkich wyższych stanowiskach, ale w przypadku ról typu research scientist czy industrial R&D bywa bardzo ważnym atutem, a czasem formalnym wymogiem.

Powstaje jednak paradoks. Jeżeli doktorant przez cztery lata musi poświęcać większość czasu pracy komercyjnej, doktorat łatwo staje się przede wszystkim biletem do przyszłej rekrutacji. Zamiast okresu intensywnych badań otrzymujemy robienie pracy w wolnych chwilach, często po łebkach, po zakończeniu właściwej pracy.

W naukach humanistycznych nie jest lepiej, tylko inaczej

Informatyk może porzucić doktorat i pójść do dobrze płatnej firmy. Humanista częściej łączy pracę naukową ze zleceniami, pracą w szkole, redakcji, instytucji kultury albo administracji. W obu przypadkach rezultat jest podobny — nauka musi zmieścić się pomiędzy obowiązkami, które rzeczywiście pozwalają opłacić mieszkanie i jedzenie.

W praktyce system premiuje więc nie tylko najlepszych kandydatów, lecz także tych, którzy mają finansowe zaplecze. Łatwiej poświęcić się doktoratowi, kiedy można mieszkać z rodzicami, liczyć na pomoc partnera albo korzystać z wcześniej zgromadzonych oszczędności. To ten sam mechanizm, o którym mówi się przy okazji ostrzeżeń, że grożą nam studia w Polsce tylko dla bogatych. Czy tak powinno być? Odpowiedzmy sobie na to sami.

Nauka nie może być hobby dla ludzi z zapleczem

Nie twierdzę, że każdy doktorant powinien od pierwszego dnia zarabiać tyle co programista w sektorze prywatnym. Państwo i uczelnie nie wygrają każdej licytacji z biznesem. Nie muszą. Powinny jednak stworzyć warunki, w których wybór nauki nie oznacza zejścia poniżej płacy minimalnej i uzależnienia kariery od pomocy rodziców. Czy tak wiele wymagam? Według mnie nie.

Rozsądnym pierwszym krokiem byłoby powiązanie stypendium przed oceną śródokresową co najmniej z pełną płacą minimalną, a po ocenie – z wyraźnie wyższym jej odsetkiem.

Możemy dalej mówić młodym ludziom, że nauka jest misją. Misją nie da się jednak zapłacić czynszu czy założyć rodziny – a to w obecnej sytuacji demograficznej Polski jest szczególnie ważne. Jeżeli państwo chce, aby najlepsi absolwenci zostawali na uczelniach, musi w końcu zacząć traktować doktorat jak pracę wymagającą wysokich kwalifikacji, a nie kosztowne hobby wykonywane po godzinach.

Obserwuj nas w Google Discover
Google Discover
Podobają Ci się nasze treści?
Google Discover