Wystarczył jeden wpis Donalda Trumpa na Twitterze, aby wartość Toyoty spadła na giełdzie o ponad miliard dolarów. Chwilę później prezydent Stanów Zjednoczonych wdał się – również na Twitterze – w pyskówkę z byłym prezydentem Meksyku. Znak czasów, czy może najlepszy moment na zabranie politykom smartfonów?

Mylili się ci, którzy – mniej lub bardziej naiwnie – wierzyli, że Donald Trump po objęciu stanowiska prezydenta USA porzuci dotychczasową, populistyczną retorykę pozbawioną hamulców poprawności politycznej. Kiedy japoński producent samochodów poinformował o planach budowy nowej fabryki samochodów w (stowarzyszonym ze Stanami Zjednoczonymi poprzez strefę wolnego handlu NAFTA) Meksyku,

Donald Trump zatweetował: albo my, albo oni (ale wtedy słono za to zapłacicie)

Deklaracja wyższych ceł na japońskie samochody made in Mexico w pięć minut doprowadziła na skraj załamania nerwowego niejednego maklera, a wartość spółki spadła o blisko 5 miliardów złotych (dla porównania: tyle wynosi kapitalizacja polskiego Tauronu). Nie powinno to dziwić: taka deklaracja ze strony oczekującego na zaprzysiężenie zwycięzcy prezydenckich wyborów może przecież stanowić zapowiedź zmian w amerykańskiej polityce handlowej.

A jeszcze niedawno można było mieć nadzieję, że nie taki straszny Donald Trump, jak go malują, co świetnie wytłuściła Maja Werner:

Czy Trump zniszczy Stany Zjednoczone, jakie znamy? Wiele wskazuje na to, że nie, a masowa histeria miała w dużej mierze sprzyjać kandydaturze przedstawicielki Partii Demokratycznej. Trump jest doświadczonym i uznanym człowiekiem biznesu, który może wnieść nowy punkt widzenia do amerykańskiej polityki krajowej.

Amerykańska polityka wewnętrzna w rękach nowego POTUS (President of the United States, amerykanie uwielbiają akronimy) póki co jest raczej zagadką. Ale polityka zagraniczna klaruje się dosyć jasno, a sprowadzić można ją do „nie lubimy Meksyku”. Oprócz walki z meksykańskimi fabrykami samochodów, powraca kwestia muru na południowej granicy USA. Zapowiedź realizacji wyborczej obietnicy i obciążenia kosztami budowy muru Meksyku spotkała się z żywą reakcją (oczywiście, również na Twitterze) byłego prezydenta tego kraju Vincente Fox:

Czy takie twitterowe wojenki, dobrze skądinąd znane obserwatorom polskiej sceny politycznej (polscy politycy uwielbiają Twittera), przystoją głowom państwa? Śmiem wątpić.

#POTUS, #USA, #WTO, #NAFTA i #Brexit

Ale pomijając kwestie wizerunkowe, można się zastanowić, czy obecność polityków na Twitterze nie wpływa negatywnie na – nazwijmy to – „jakość polityki”. Łatwość publikowania krótkich wpisów zachęca do dzielenia się ze światem swoimi przemyśleniami. To cecha pożądana w świecie nastolatków (choć ci i tak chyba wolą Snapchata?), a w świecie polityki to miejsce do głoszenia kolejnych sloganów. Sloganów, z których czasami ciężko się wycofać – takich, jak likwidacja gimnazjów, przeprowadzona w pośpiechu po to tylko, aby zrealizować wyborcze obietnice.

Czy podobnie będzie z zapowiedziami Donalda Trumpa dotyczącymi m.in. wycofania się Ameryki z procesu liberalizacji handlu światowego, zarówno w ramach WTO, jak i regionalnego układu NAFTA? To już takie oczywiste nie jest, choćby dlatego, że nie jest to łatwy proces, o czym teraz przekonują się na własnej skórze Brytyjczycy. Theresa May, premier Zjednoczonego Królestwa, wciąż udziela mętnych wyjaśnień co do planu rządu Wielkiej Brytanii na przeprowadzenie Brexitu – na tyle mętnych, że niektórzy wątpią, czy taki plan w ogóle istnieje.

140 znaków – tyle wynosi limit twitterowego wpisu – to za mało, by opisać skomplikowaną, również w sensie prawnym, rzeczywistość.

Potrzebujesz pomocy? Zadaj pytanie...

Pomoc prawna w najtrudniejszej sytuacji już od 49 złotych!

Może zatem lepiej byłoby, gdyby politycy zostali oderwani (a choćby i przymusowo) od swoich smartfonów, i skupili się na tworzeniu dobrego prawa, zamiast skupiać się na wyścigu o dobitniejsze wyłożenie swoich racji w 140 znakach?