- Bezprawnik -
- Gospodarka -
- Jajka i kurczak mocno zdrożeją? Nowe przepisy UE uderzą najmocniej w Polskę
Jajka i kurczak mocno zdrożeją? Nowe przepisy UE uderzą najmocniej w Polskę
Komisja Europejska do końca 2026 roku ma przedstawić propozycję nowych przepisów dotyczących dobrostanu kur niosek i brojlerów. Jednym z głównych elementów zmian ma być stopniowe odchodzenie od hodowli klatkowej. Dla zwierząt ma to oznaczać lepsze warunki. Dla producentów — konieczność kosztownych inwestycji. Dla konsumentów może to oznaczać kolejny rachunek: droższe jajka, mięso drobiowe i żywność. Polska, która jest największym producentem mięsa drobiowego w UE, ma szczególnie dużo do stracenia.
Bruksela po raz kolejny chce zmienić sposób, w jaki europejskie rolnictwo produkuje żywność. Tym razem na celowniku znalazły się kury nioski i brojlery. Komisja Europejska oficjalnie zapowiada, że do końca 2026 roku przedstawi ukierunkowaną rewizję przepisów dotyczących ich dobrostanu. Wśród planowanych rozwiązań wymienia stopniowe wycofywanie klatek, nowe wskaźniki dobrostanu, zakończenie systematycznego zabijania jednodniowych kogucików oraz wymogi dotyczące importowanych produktów. Sam pomysł nie jest nowy — dyskusja o tym, czy w całej Unii ma obowiązywać zakaz chowu klatkowego, toczy się od kilku lat.
Problem w tym, że każda nowa regulacja ma swoją cenę. A w tym przypadku może być ona liczona w miliardach euro.
Odejście od chowu klatkowego: od 2 do 3,2 mld euro inwestycji
Według analizy dotyczącej skutków odejścia od chowu klatkowego niezbędne inwestycje w unijnym sektorze mogą wynieść od 2 do 3,2 mld euro. Pieniądze będą potrzebne między innymi na przebudowę ferm, nowe wyposażenie i dostosowanie budynków do systemów alternatywnych. Jednocześnie analiza wskazuje na ryzyko spadku produkcji jaj, którego skala będzie zależała m.in. od tempa transformacji, długości okresów przejściowych i dostępności finansowania.
Wszystko to nie jest tylko kosmetyczną zmianą. W wielu gospodarstwach oznacza konieczność kosztownej przebudowy całego modelu produkcji. I tu pojawia się podstawowe pytanie, które coraz częściej stawiamy przy nowych pomysłach Komisji Europejskiej: kto za to wszystko zapłaci?
Rolnik? Państwo? Unia Europejska? A może, jak zwykle, przede wszystkim konsument?
Jeżeli hodowca ma ponieść milionowe nakłady na modernizację fermy, trudno oczekiwać, że pozostanie to bez wpływu na cenę produktu. Producent musi przecież odzyskać zainwestowane pieniądze, zapłacić za kredyt, energię, pracę, paszę i utrzymanie nowej infrastruktury. Ostatecznie rachunek może więc trafić do sklepu.
Polskie drobiarstwo jest szczególnie narażone na skutki reformy
Dla Polski problem jest znacznie poważniejszy niż dla wielu innych państw UE. Nasz kraj od lat jest największym producentem mięsa drobiowego w Unii Europejskiej. Według danych za 2024 rok produkcja sięgnęła około 2,9 mln ton, co odpowiadało około 20,5 proc. unijnej produkcji. Polskie drobiarstwo jest także wyjątkowo mocno nastawione na eksport. W 2024 roku z Polski wyeksportowano około 1,79 mln ton mięsa drobiowego, czyli ponad połowę krajowej produkcji.
Pokazuje to, że problem nie dotyczy wyłącznie cen kurczaka czy jaj w polskich sklepach. Dotyczy konkurencyjności całej branży. Jeżeli polski producent będzie musiał ponosić coraz większe koszty, a jednocześnie będzie konkurował z produktami pochodzącymi z państw, w których wymogi dotyczące dobrostanu są mniej restrykcyjne, przewaga polskiego sektora może zacząć znikać. Komisja Europejska deklaruje wprawdzie, że chce wprowadzić równoważne wymogi dotyczące dobrostanu dla importowanych produktów, co jest ważną deklaracją, ale dopiero praktyka pokaże, czy rzeczywiście będzie można skutecznie egzekwować takie zasady.
„Polskie fermy zainwestowały miliony” — głos hodowców drobiu
Obawy producentów dobrze pokazuje stanowisko Pawła Podstawki, prezesa Krajowej Federacji Hodowców Drobiu i Producentów Jaj. W dyskusji o gwałtownym odejściu od chowu klatkowego zwraca uwagę, że polskie fermy już poniosły ogromne nakłady na dostosowanie produkcji do obowiązujących standardów.
Jak podkreślał Podstawka,
Polskie fermy spełniają wszystkie rygorystyczne przepisy dotyczące dobrostanu zwierząt. Ich właściciele zainwestowali w nowoczesne systemy miliony złotych.
Argument ten to bardzo istotny sygnał z branży, ponieważ pokazuje, że nie można traktować obecnego systemu tak, jakby polscy hodowcy niczego dotąd nie zmieniali.
Przez lata inwestowali w nowe budynki, wentylację, systemy karmienia, pojenia i zbierania jaj. Teraz mogą zostać postawieni przed koniecznością kolejnych kosztownych inwestycji, ponieważ zmieni się definicja tego, co Bruksela uznaje za właściwy sposób hodowli. Pytanie brzmi: ile razy można zmuszać przedsiębiorcę do kosztownej przebudowy tego samego gospodarstwa?
Najbardziej ucierpią mali producenci i gospodarstwa rodzinne
Największym problemem może być przy tym nie sama kosztowna modernizacja, lecz jej konsekwencje dla struktury rynku. Duża firma łatwiej pozyska kredyt, rozłoży koszty inwestycji i zrealizuje modernizację kilku ferm jednocześnie. Dla mniejszego gospodarstwa konieczność wydania setek tysięcy czy milionów złotych może oznaczać decyzję o zakończeniu produkcji. Koniec chowu klatkowego uderzyłby więc najmocniej w tych, którzy mają najmniejsze pole manewru.
W efekcie regulacja mająca poprawić dobrostan zwierząt może jednocześnie przyspieszyć koncentrację produkcji w rękach największych podmiotów. Ponownie powstaje swoisty paradoks, którego w unijnej dyskusji często brakuje. Mówi się o kurach, ich przestrzeni życiowej i naturalnych zachowaniach. Znacznie rzadziej mówi się o tym, co stanie się z gospodarstwem rodzinnym, które nie będzie miało pieniędzy na kolejną przebudowę. Ponadto co z życiem przeciętnego konsumenta, któremu ponownie ubędzie pieniędzy w portfelu, a jego standard życia spadnie?
Droższe jajka to nie jedyny problem dla konsumentów
Koszty mogą pojawić się w wielu miejscach jednocześnie. Większa powierzchnia potrzebna do utrzymania ptaków oznacza większe budynki albo mniejszą obsadę. Nowe wyposażenie kosztuje. Modernizacja wymaga kredytu. Większe obiekty oznaczają kolejne wydatki na energię, wentylację i ogrzewanie. Do tego dochodzą koszty pracy, pasz, transportu i bioasekuracji. Jeżeli jednocześnie spadnie wydajność produkcji, koszt wytworzenia jednego jajka może jeszcze wzrosnąć.
A jajka i drób nie są produktami luksusowymi, ale podstawowym, relatywnie tanim źródłem białka, dlatego wzrost ich cen szczególnie mocno odczują gospodarstwa o niższych dochodach. Prognozy i tak od dłuższego czasu wskazują, że ceny żywności wzrosną szybciej niż ceny wielu innych towarów i usług.
Właśnie dlatego dyskusja o dobrostanie nie może być prowadzona wyłącznie w kategoriach moralnych, etycznych czy też ekologicznych. Musi obejmować także ekonomię, bezpieczeństwo żywnościowe i standard życia Polaków.
Bruksela chce zmian, ale musi powiedzieć, kto za nie zapłaci
Komisja Europejska sama przyznaje, że transformacja będzie wymagała wsparcia i odpowiednich okresów przejściowych. W dokumentach dotyczących reformy zapowiada uwzględnienie skutków społeczno-ekonomicznych oraz wsparcie dla rolników w okresie dostosowawczym. Tyle że sama deklaracja wsparcia nie wystarczy.
Jeżeli Unia chce zmienić sposób produkcji żywności, powinna przedstawić jednocześnie konkretny plan finansowania tej transformacji. Producent powinien wiedzieć, jakie wymagania będą obowiązywać za pięć, dziesięć czy piętnaście lat. Nie może inwestować milionów złotych, nie wiedząc, czy za kilka lat pojawi się kolejna regulacja wymagająca następnej przebudowy. Potrzebna jest więc stabilność prawa, długi okres przejściowy i realne pieniądze, a nie tylko nowe obowiązki. Kolejne zmiany w polityce klimatycznej pokazały już zresztą, że bez takiego planu reformy szybko tracą poparcie.
Konkurencja spoza UE: czy Europa wyprodukuje mniej, a nie lepiej?
Jest jeszcze jeden problem — rosnąca konkurencja spoza Unii. Jeżeli europejska produkcja będzie coraz droższa, a importowana żywność tańsza, presja na unijnych producentów będzie rosła. Komisja chce wprawdzie stosować wobec importu równoważne standardy dobrostanu, ale skuteczność takiego rozwiązania będzie kluczowa dla całej reformy. Nie bez powodu od lat rolnicy i przemysł sprzeciwiają się europejskiemu Zielonemu Ładowi, wskazując właśnie na koszty i utratę konkurencyjności.
W przeciwnym razie może powstać absurdalna sytuacja: Europa ograniczy własną produkcję, zwiększy koszty hodowli, część rolników zrezygnuje z działalności, a brakującą żywność zacznie sprowadzać z zagranicy. Wtedy zwierzętom w Europie rzeczywiście może być lepiej, ale jednocześnie europejski konsument będzie kupował coraz droższą żywność, a Europa stanie się bardziej zależna od importu. Nie jest to dobra recepta na bezpieczeństwo żywnościowe i konkurencyjność polskiej oraz europejskiej gospodarki.
Dobrostan zwierząt tak, ale nie kosztem całej branży i obywateli
Nie ma nic złego w podnoszeniu standardów dobrostanu zwierząt. Pytanie dotyczy jednak sposobu, tempa i kosztów zmian. Polska branża drobiarska jest jednym z sukcesów naszego rolnictwa. Stworzyła tysiące gospodarstw i miejsc pracy, rozbudowała przetwórstwo, paszownie, transport i eksport. Według danych resortu rolnictwa Polska pozostaje liderem unijnej produkcji mięsa drobiowego.
Nie można więc traktować jej jak sektora, który da się dowolnie przebudować jednym rozporządzeniem. Jeżeli Bruksela chce droższej produkcji, musi uczciwie powiedzieć konsumentom, że żywność również będzie droższa. Jeżeli chce utrzymać ceny, musi zagwarantować producentom warunki, w których będą mogli konkurować. Inaczej szczytny cel przyniesie bardzo przyziemny rezultat: mniej producentów, wzrost bezrobocia, większą koncentrację rynku, wyższe koszty i droższe zakupy. A wtedy rachunek za unijną politykę dobrostanu zapłaci nie Komisja Europejska, lecz konsument przy sklepowej kasie.
zobacz więcej:











