1. Bezprawnik -
  2. Państwo -
  3. Rozmawiałem z Leszkiem Millerem o PZPR i tej ciągłej orientacji: na Moskwę, Brukselę, Waszyngton. Były premier nie oszczędził nikogo

Rozmawiałem z Leszkiem Millerem o PZPR i tej ciągłej orientacji: na Moskwę, Brukselę, Waszyngton. Były premier nie oszczędził nikogo

Pretekstem do spotkania na kanale naTemat była książka „Alfabet Millera”, spisana przez Jacka Prusinowskiego, ale rozmowa z byłym premierem szybko zeszła z literatury na rzeczy znacznie cięższego kalibru: mechanikę władzy w PRL, decyzję o stanie wojennym, cichą operację rehabilitacji pułkownika Kuklińskiego przed wejściem do NATO oraz bezlitosną diagnozę kondycji dzisiejszej Unii Europejskiej. Leszek Miller mówił bez znieczulenia, także wtedy, gdy krytyka uderzała w jego własne środowisko i w unijne elity, które sam współtworzył jako europoseł.

Jakub Kralka12.08.2026 20:01
Państwo

PRL widziany od środka, czyli państwo o „ograniczonej suwerenności”

Miller nie ma złudzeń co do natury systemu, w którym robił karierę, ale też odmawia mu prostych etykiet. Pytany, czym był PRL, odpowiadał, że państwem realnie istniejącym, tyle że osadzonym w radzieckiej strefie wpływów, z ograniczonym prawem wyboru sojuszy i „ograniczoną suwerennością”. Przywołał scenę z 1956 roku, gdy Nikita Chruszczow przyleciał do Warszawy, żeby zablokować wybór Władysława Gomułki na pierwszego sekretarza, i przegrał, bo kilka godzin później Gomułka i tak objął to stanowisko. To dla Millera dowód, że margines samodzielności bywał, i że Polska korzystała z niego szerzej niż inne kraje bloku.

Najmocniej zabrzmiała teza o charakterze partii. „Po październiku 56 PZPR już nigdy nie był partią komunistyczną”, stwierdził były premier, wskazując na dwa wyróżniki: dominację prywatnego rolnictwa i realną pozycję Kościoła, których nie było w żadnym innym państwie obozu. Zapytany o wiedzę aparatu o Katyniu czy pakcie Ribbentrop-Mołotow, przyznał, że kto chciał, ten wiedział, choćby z drugiego obiegu i paryskiej „Kultury”.

Stan wojenny i widmo interwencji układu warszawskiego

To był fragment, w którym Miller mówił najbardziej jednoznacznie. W jego ocenie decyzja Wojciecha Jaruzelskiego z grudnia 1981 roku była wymuszona sytuacją zewnętrzną. „Gdyby nie stan wojenny, to mielibyśmy tutaj interwencję układu warszawskiego”, powiedział, dodając, że Związek Radziecki był wtedy nieporównanie silniejszy niż dzisiejsza Rosja. Na poparcie przywołał wspomnienia radzieckich dowódców, opublikowane w latach dziewięćdziesiątych, w tym relację oficera wojsk powietrznodesantowych, którego dywizja miała pacyfikować Warszawę i internować całe kierownictwo partyjno-państwowe, przewożąc je samolotem do Moskwy.

Warto zaznaczyć, że jest to ocena samego Millera, w polskiej historiografii wciąż mocno sporna. On sam podpiera ją dokumentami, które przeglądał, i rozmowami z pułkownikiem Ryszardem Kuklińskim, który, jak twierdzi, również uważał, że Jaruzelski nie mógł podjąć innej decyzji.

Okrągły stół, wybory 4 czerwca i cichy koniec PZPR

Miller opowiadał o okrągłostołowym kompromisie jako o umowie, która przetrwała ledwie kilka miesięcy. Plan zakładał cztery lata rządów koalicji PZPR, ZSL i SD z gwarantowaną większością sejmową i dopiero potem w pełni wolne wybory. Rzeczywistość rozjechała się z projektem, gdy ludowcy i demokraci przeszli na stronę Solidarności. Ciekawostką, którą były premier przywołał, jest konstrukcja tzw. listy krajowej: próg 50 procent głosów sprawił, że Mieczysław Rakowski z blisko ośmioma milionami głosów nie wszedł do Sejmu.

Sama decyzja o rozwiązaniu PZPR zapadła, jak wspominał, w atmosferze konsternacji, gdy po 4 czerwca ktoś z grona Rakowskiego wypowiedział ją na głos po raz pierwszy. Wniosek Millera jest chłodny: w nowym systemie ta partia nie wygrałaby już żadnych wyborów.

Kukliński, NATO i cena biletu na Zachód

Najbardziej osobisty wątek dotyczył pułkownika Kuklińskiego, dla wielu w środowisku Millera największego zdrajcy PRL. To właśnie Miller, jako minister w rządach lewicy, poprowadził poufną operację jego rehabilitacji. Powód był twardo geopolityczny: sprawa Kuklińskiego, mocno lobbowana w USA przez środowiska byłych oficerów wywiadu i Polonię, blokowała akcesję do Sojuszu. Zapytany wprost, czy Kukliński jest dla niego bohaterem, czy zdrajcą, odpowiedział wymijająco i konsekwentnie: „czy dla mnie Kukliński to bohater, czy zdrajca, to ja mam jedną odpowiedź i dalej mam jedną odpowiedź”. Chodziło o usunięcie przeszkody na drodze do NATO, nic więcej.

Ta narracja rezonuje z dzisiejszymi realiami bezpieczeństwa, w których każdy kolejny sojusznik na wschodniej flance ma znaczenie, czego przykładem było niedawne wejście Szwecji do NATO. Miller poszedł jednak dalej i nazwał rzecz, o której polska klasa polityczna mówi niechętnie: że Polska z definicji jest w tych relacjach młodszym partnerem. „My nigdy nie będziemy ważniejsi niż Stany Zjednoczone. Nigdy nie będziemy ważniejsi niż Wielka Brytania, Niemcy, Francja”, powiedział, dopowiadając, że zmieniłaby to dopiero „droga chińska”, czyli awans z gospodarczych peryferii do ścisłej czołówki. To istotny kontekst dla toczącej się u nas dyskusji o strategicznej samodzielności, od zakupów uzbrojenia po pomysły, by Polska dysponowała własnym odstraszaniem, o czym pisaliśmy przy okazji debaty, czy powinna istnieć broń jądrowa w Polsce.

Referendum akcesyjne i 250 ustaw, czyli prawny wymiar wejścia do Unii

Z punktu widzenia prawnika najciekawszy jest sposób, w jaki Miller tłumaczył swoją decyzję o referendum akcesyjnym. Rząd dysponował większością pozwalającą ratyfikować traktat samym głosowaniem w parlamencie, a mimo to postawił na głosowanie powszechne. Powód był ustrojowy: chodziło o najsilniejszą możliwą legitymację obywatelską dla rezygnacji z części suwerenności na rzecz Wspólnoty. Były premier przyznał, że bał się nie wyniku, lecz frekwencji, bo zgodnie z ówczesną ustawą referendum było wiążące dopiero po przekroczeniu progu 50 procent uprawnionych. Ostatecznie, jak podał, udało się osiągnąć 58 procent, co do dziś pozostaje rekordem.

Za tą liczbą kryje się gigantyczna praca legislacyjna. Miller szacował, że dostosowanie polskiego prawa do unijnego acquis oznaczało około 250 ustaw i nowelizacji. Za swoje najważniejsze dokonanie uznał zresztą nie tyle sam fotel premiera, ile podpis pod traktatem akcesyjnym w Atenach, złożony razem z Włodzimierzem Cimoszewiczem. Dzień wcześniej na naszym kanale podobną cezurę transformacji z innej perspektywy opisywał Leszek Balcerowicz, co dobrze pokazuje, jak różnie dwaj architekci polskiej drogi patrzą dziś na jej bilans.

„Europa grzęźnie”. Miller nie oszczędził unijnych elit

Tu były premier był najostrzejszy. Diagnoza brzmiała jak akt oskarżenia wobec ludzi, których zna z Parlamentu Europejskiego. „Dzisiaj europejskie PKB jest jakieś 30 punktów procentowych mniejsze niż amerykańskie”, stwierdził, obarczając winą centralizację, przeregulowanie i biurokrację. Trzeba tu dodać zastrzeżenie: to szacunek Millera, a dostępne dane rysują obraz mniej dramatyczny w liczbach, choć zbieżny co do kierunku, o czym świadczy rosnący dystans ekonomiczny pomiędzy Europą i USA, na który od dawna zwracają uwagę analitycy.

Miller przypomniał, że sam uczestniczył w pracach nad raportem Maria Draghiego, i ocenił go bardzo wysoko, po czym dorzucił gorzką puentę, że opracowanie „leży w szufladach” bez woli wdrożenia. Nie oszczędził personaliów. O obecnym składzie Komisji Europejskiej mówił z jawnym lekceważeniem, wskazując na dobór komisarzy pod klucze narodowe i parytetowe zamiast kompetencji, a komentując unijną dyplomację przyznał wprost: „to mi się płakać chcę”. Za motor przyszłych podziałów uznał tempo rewolucji technologicznej, zwłaszcza sztucznej inteligencji, ostrzegając, że kto nie nadąży, ten będzie znaczył coraz mniej. To zresztą temat, który wraca u nas regularnie, choćby przy okazji analiz pokazujących, jak wygląda nowe zestawienie zawodów AI najbardziej narażonych na automatyzację.

„Tak dla gospodarki rynkowej i nie dla społeczeństwa rynkowego”

Na koniec Miller definiował własną lewicowość, wchodząc w otwarty spór z dzisiejszą Lewicą. Zarzucił jej ucieczkę w „lewicowość kulturową” kosztem gospodarki i odciął się od niej deklaracją, że nie ma z tym środowiskiem żadnego dialogu. Swój program streścił w jednym zdaniu: „tak dla gospodarki rynkowej i nie dla społeczeństwa rynkowego”, czyli pełna akceptacja mechanizmów rynkowych w ekonomii i sprzeciw wobec przenoszenia praw podaży i popytu do polityki społecznej.

Przy okazji rozdał kilka celnych ciosów bieżącej polityce. Twierdził, że PiS „szalał z rozdawnictwem”, choć zrobił w polityce społecznej rzeczy, które wcześniej powinna wykonać lewica. Rozłam w PiS porównał do rozbicia SLD przez Marka Borowskiego i ostudził entuzjazm obozu rządzącego, przypominając, że w ostatnich wyborach to PiS uzyskał najwięcej głosów, brakło mu jedynie zdolności koalicyjnej. A na pytanie, ile dni utrzymałaby się dziś w mediach afera Rywina, która pogrążyła jego rząd, odpowiedział jednym, rozbrajającym oszacowaniem: „może kilka godzin”.

Obserwuj nas w Google Discover
Google Discover
Podobają Ci się nasze treści?
Google Discover