- Bezprawnik -
- Samorządy -
- Mieszkają w dużym mieście, ale na karetkę czekają nawet 45 minut. W Gdańsku mają dość
Mieszkają w dużym mieście, ale na karetkę czekają nawet 45 minut. W Gdańsku mają dość
Kryzys w polskim systemie ochrony zdrowia jest najbardziej widoczny tam, gdzie dotyczy zwykłych ludzi i ich podstawowych praw. Niektóre sprawy związane z erozją systemu ochrony zdrowia w Polsce są jednak bulwersujące do granic możliwości. Tego typu sytuacja ma miejsce w Gdańsku, gdzie mieszkańcy Wyspy Sobieszewskiej mają dość traktowania ich jak obywateli drugiej kategorii i narażania ich zdrowia oraz życia.
Nawet 45 minut czekania na karetkę w Gdańsku. Oto obraz kryzysu systemu ochrony zdrowia w Polsce
Jak podają trojmiasto.pl i Radio Gdańsk, mieszkańcy Wyspy Sobieszewskiej w Gdańsku od jakiegoś czasu muszą czekać na karetkę stanowczo zbyt długo jak na tak dużą metropolię. Czas dojazdu karetki do Sobieszewa, Świbna czy Przegaliny może wynosić nawet 35–45 minut, co jest niedopuszczalne w tak silnie zurbanizowanym terenie.
Mieszkańcy protestowali przed Pomorskim Urzędem Wojewódzkim i argumentowali, że Wyspa Sobieszewska jest zamieszkiwana przez ponad 3,5 tysiąca stałych mieszkańców i odwiedzana latem przez dziesiątki tysięcy turystów, co tym bardziej sprawia, że tego typu sytuacja jest niedopuszczalna. Nawet karetka na sygnale niewiele tu zmienia, jeśli do przebycia ma kilkanaście kilometrów i wąski dojazd na wyspę.
Mieszkańcy podkreślają, że tak długie oczekiwanie na karetkę w mieście jest niedopuszczalne
Podczas protestu mieszkańcy Wyspy Sobieszewskiej w Gdańsku powoływali się także na art. 24 ustawy o Państwowym Ratownictwie Medycznym, który mówi, że w mieście powyżej 10 tys. mieszkańców czas oczekiwania na karetkę powinien wynosić maksymalnie 15 minut.
Dodatkowo całkowity czas od wezwania zespołu ratownictwa medycznego do momentu przyjęcia pacjenta na SOR nie powinien przekroczyć 60 minut. Inną sprawą jest oczywiście nieuzasadnione wezwanie karetki, które może nas kosztować niemałe pieniądze — ale w Sobieszewie problemem nie są fałszywe zgłoszenia, tylko brak ambulansu na miejscu.
W tej dzielnicy Gdańska nie ma bowiem całorocznej stacji Zespołu Ratownictwa Medycznego, co jest jedną z przyczyn całego problemu. Nie od dziś wraca zresztą pytanie, czy powinna stacjonować karetka w każdej gminie i jak w praktyce rozmieszczać ambulanse.
Przedstawiciele Wydziału Zdrowia w Pomorskim Urzędzie Wojewódzkim w Gdańsku „szukają rozwiązań problemu”
Jerzy Karpiński, dyrektor Wydziału Zdrowia w Pomorskim Urzędzie Wojewódzkim w Gdańsku, deklaruje w Radiu Gdańsk, że obecnie trwają prace nad rozwiązaniem tego problemu.
Jak podkreśla, w planach są zmiany planów ratownictwa medycznego. Dodatkowo w sytuacjach awaryjnych na zdarzenia reaguje Lotnicze Pogotowie Ratunkowe. Wśród rozwiązań forsowanych centralnie pojawia się też ratownik medyczny na motocyklu, który ma szybciej docierać tam, gdzie ambulans utknie.
Pytanie tylko, dlaczego przedstawiciele Pomorskiego Urzędu Wojewódzkiego zajęli się tą sprawą dopiero teraz, gdy mieszkańcom puściły nerwy i byli zmuszeni do protestu, ponieważ nie mieli już pomysłu, w jaki sposób mogą zwrócić uwagę na ten problem w Trójmieście.
Moim zdaniem sprawa ta jest najzwyczajniej w świecie oburzająca
Czy z polskim systemem ochrony zdrowia jest już naprawdę tak źle, że ludzie muszą być często skazywani na pewną śmierć w nagłych stanach zagrożenia życia?
Rozumiem, że organizacja ratownictwa medycznego wymaga odpowiednich środków i personelu, jednak bezpieczeństwo ludzi powinno być jednym z najważniejszych priorytetów. System i tak obciąża ratowników na wiele sposobów — od braków kadrowych po pobicia ratowników medycznych, za które kary bywają symboliczne.
Tym bardziej że ta dzielnica Gdańska jest również odwiedzana przez turystów, których życie i zdrowie także jest narażone przez tego typu działania, co sprawia, że ta sytuacja jest już nie tyle oburzająca, ile najzwyczajniej w świecie — kuriozalna.










