1. Bezprawnik -
  2. Zagranica -
  3. Mołdawia może zniknąć z mapy. Kiszyniów już otwarcie mówi o połączeniu z Rumunią

Mołdawia może zniknąć z mapy. Kiszyniów już otwarcie mówi o połączeniu z Rumunią

Kiszyniów coraz głośniej mówi o scenariuszu, który jeszcze niedawno był polityczną herezją: jeśli droga Mołdawii do Unii Europejskiej się zatnie, alternatywą może być zjednoczenie z Rumunią. Najwyżsi przedstawiciele władz, łącznie z prezydent Maią Sandu i szefem dyplomacji, przestali ten pomysł wykluczać. To nie deklaracja o przyłączeniu „od jutra", ale sygnał wysłany do Brukseli i Bukaresztu, który warto czytać uważnie.

Zjednoczenie z Rumunią jako „plan B" wobec akcesji do UE

Mołdawscy politycy formalnie trzymają się jednego celu: członkostwa w Unii Europejskiej. Wicepremier i minister rozwoju gospodarczego oraz cyfryzacji Eugen Osmochescu na początku maja, podczas wydarzenia „Reinvent Moldova 2.0", powtórzył ambitny harmonogram rządu w Kiszyniowie, czyli podpisanie traktatu akcesyjnego w 2028 roku i pełne członkostwo około 2030 roku. Podobny horyzont wskazuje premier Alexandru Munteanu, który zapowiada, że kraj ma być gotowy do akcesji do 2028 roku.

Problem w tym, że terminarz zależy nie tylko od reform w Kiszyniowie. Mołdawia bywa w procesie rozszerzenia „spakietowana" razem z Ukrainą, a tę ścieżkę blokuje weto Węgier. Każde takie opóźnienie ożywia pytanie, czy istnieje droga skrócona. I tu na scenę wraca temat zjednoczenia z Rumunią, czyli państwem unijnym, z którym Mołdawię łączy język, historia i, co kluczowe, obywatelstwo. Szacuje się, że spośród 2,4 miliona obywateli Mołdawii blisko milion ma także paszport rumuński, w tym sama prezydent Sandu.

Co naprawdę powiedzieli mołdawscy politycy

Warto rozdzielić deklaracje od interpretacji. Maia Sandu w wywiadach, m.in. dla „Le Monde" i brytyjskiego podcastu „The Rest is Politics", przyznała, że w razie referendum zagłosowałaby za zjednoczeniem. Jednocześnie wielokrotnie zaznaczała, że bardziej realistycznym celem pozostaje wejście do UE jako niezależne państwo i że większość Mołdawian zjednoczenia dziś nie popiera.

Ostrożny jest też szef mołdawskiej dyplomacji Mihai Popșoi. Zapytany, jak głosowałby w ewentualnym referendum, odpowiedział, że jako obywatel Rumunii nie mógłby zagłosować przeciw. Zastrzegł jednak, że konkretne kroki w stronę zjednoczenia są możliwe dopiero wtedy, gdy pojawi się realne poparcie po obu stronach Prutu, a strategicznym priorytetem Mołdawii pozostaje integracja z UE. To istotna różnica wobec medialnych skrótów, które przedstawiają te słowa jako gotowość do natychmiastowego połączenia obu państw.

Po stronie rumuńskiej prezydent Nicușor Dan studzi emocje. Jego zdaniem ewentualne zjednoczenie wymagałoby referendum i wyraźnej zgody większości Mołdawian, a on sam preferuje „ponowne połączenie" narodów raczej przez akcesję Mołdawii do Unii niż przez zmianę granic.

Bariera konstytucyjna i polityczna, której nie da się obejść jednym podpisem

Z prawnego punktu widzenia zjednoczenie nie jest decyzją, którą można przeprowadzić dekretem. Konstytucja Mołdawii w artykule 77 czyni prezydenta gwarantem suwerenności, niezależności i integralności terytorialnej państwa. Część opozycji już wcześniej argumentowała, że prounifikacyjne wypowiedzi głowy państwa stoją w napięciu z tym obowiązkiem. W praktyce każda zmiana statusu państwowego musiałaby przejść przez referendum, a jego wynik wcale nie jest przesądzony. Dla porównania, konstytucyjne referendum z 2024 roku, w którym Mołdawianie zapisywali w ustawie zasadniczej kurs na UE, przeszło ledwie, z poparciem nieznacznie przekraczającym połowę głosów. Jak pokazuje wynik tamtego głosowania, w takich sprawach liczy się każdy oddany głos, o czym pisaliśmy przy okazji opisu, jak przebiegało referendum w Mołdawii.

Do tego dochodzi geografia bezpieczeństwa. Na terytorium Mołdawii leży separatystyczne, wspierane przez Rosję Naddniestrze, a od początku wojny w Ukrainie powracają ostrzeżenia, że Kreml może próbować destabilizować region. Scenariusze, w których Rosja zaatakuje Mołdawię lub uzna niepodległość Naddniestrza, przewijały się w analizach wywiadowczych już kilka lat temu. Właśnie ta wrażliwość małego państwa jest jednym z powodów, dla których Sandu w ogóle wraca do tematu zjednoczenia, traktując je jako polisę bezpieczeństwa.

Co to oznacza dla obywateli i dlaczego dotyczy też Polaków

Dla mieszkańców Mołdawii z podwójnym obywatelstwem różnica jest namacalna. Posiadacz rumuńskiego paszportu jest już dziś, formalnie, obywatelem Unii, ze wszystkimi tego konsekwencjami, od swobody przemieszczania się po prawo do opieki konsularnej innych państw członkowskich. Warto przypomnieć, czym w praktyce jest obywatelstwo Unii Europejskiej, bo to ono w dużej mierze napędza prounijne nastroje za wschodnią granicą.

Z perspektywy polskiej cała sprawa to przede wszystkim test wiarygodności unijnej polityki rozszerzenia. Historia uczy, że deklaracje „drzwi otwartych" potrafią zderzyć się z twardą polityką poszczególnych stolic. Bywało, że pojedyncze państwa skutecznie hamowały integrację, czego przykładem była sytuacja, gdy Holandia odmawia Ukrainie wstępu do Unii Europejskiej. Jeśli akcesja Mołdawii utknie z podobnych powodów, pomysł zjednoczenia z Rumunią z politycznego tabu może realnie awansować do roli alternatywy.

Polska ma w stabilnej, prozachodniej Mołdawii własny interes i od lat go wspiera, choćby udzielając Kiszyniowowi wsparcia finansowego, jak wtedy, gdy ogłoszono kredyt dla Mołdawii w okresie kryzysu energetycznego. Niezależnie od tego, czy Mołdawia wejdzie do Unii samodzielnie, czy hipotetycznie przez połączenie z Bukaresztem, kierunek wydaje się jeden. Otwarte pozostaje wyłącznie pytanie, jaką drogą i jak szybko Kiszyniów go osiągnie, a także czy sami Mołdawianie zechcą zapłacić za to cenę w postaci utraty samodzielnej państwowości.

Obserwuj nas w Google Discover
Google Discover
Podobają Ci się nasze treści?
Google Discover
Dołącz do dyskusji
Najnowsze
Warte Uwagi
Kliknij by przejść do artykułu