1. Bezprawnik -
  2. Państwo -
  3. Adam Bodnar powinien być przestrogą. Sejm wybrał nową RPO i historia może się powtórzyć

Adam Bodnar powinien być przestrogą. Sejm wybrał nową RPO i historia może się powtórzyć

Sejm powołał w piątek mecenas Sylwię Gregorczyk-Abram na urząd Rzecznika Praw Obywatelskich. Za jej kandydaturą, zgłoszoną przez Koalicję Obywatelską i Lewicę, zagłosowało 233 posłów, kontrkandydata PiS Adama Borowskiego poparło 177. Kompetencji nowej rzecznik nie sposób kwestionować, jej dorobek prawniczy budzi szacunek.

Jakub Kralka18.07.2026 16:51
Państwo

Problem leży gdzie indziej: właśnie obsadziliśmy urząd, który z definicji ma stać ponad politycznym sporem, jedną z najbardziej rozpoznawalnych twarzy jednej strony tego sporu. A takie złośliwe, plemienne wybory szkodzą nie tej czy tamtej partii, tylko państwu jako takiemu.

Kim jest Sylwia Gregorczyk-Abram, nowa Rzecznik Praw Obywatelskich?

Sylwia Gregorczyk-Abram to urodzona w 1982 roku adwokatka, absolwentka prawa na Uniwersytecie Warszawskim, od 2010 roku wpisana na listę adwokatów w Warszawie, przez lata związana z kancelarią Clifford Chance, gdzie odpowiadała za działalność pro bono. Ma na koncie strategiczne postępowania przed Europejskim Trybunałem Praw Człowieka i Trybunałem Sprawiedliwości Unii Europejskiej, w tym sprawy, które doprowadziły do wstrzymania działalności Izby Dyscyplinarnej Sądu Najwyższego.

Gregorczyk-Abram przeciętnemu obserwatorowi sceny politycznej kojarzyć się będzie przede wszystkim jako współzałożycielka inicjatywy Wolne Sądy, powstałej w 2017 roku na fali protestów przeciwko zmianom w Sądzie Najwyższym, oraz Komitetu Obrony Sprawiedliwości. Przez ostatnie lata była jedną z twarzy sporu o praworządność, i to twarzy jednoznacznie ustawionej po jednej stronie barykady. W maju 2025 roku stanęła na czele działającej przy Ministerstwie Sprawiedliwości komisji do spraw wyjaśnienia mechanizmów represji wobec organizacji społeczeństwa obywatelskiego w latach 2015-2023, czyli, mówiąc wprost, komisji rozliczającej poprzednią władzę na zlecenie obecnej. Była też pełnomocniczką w głośnych sprawach o zakaz dystrybucji naklejek „strefa wolna od LGBT".

Podczas wysłuchania publicznego w Sejmie deklarowała: „Jestem gotowa być adwokatką wszystkich obywateli, wierną konstytucji, niezależną od władzy i stojącą zawsze po stronie tych, których głos jest najsłabiej słyszalny". I dodawała, że „prawa człowieka nie mają barwy politycznej". Piękne słowa, naprawdę chciałbym w nie wierzyć. Tyle że dla mniej więcej połowy Polaków, tej, która na obecną koalicję nie głosowała, nowa rzecznik jest po prostu działaczką obozu rządzącego.

Rzecznik Praw Obywatelskich, czyli rzecznik obywateli, a nie partii

Konstytucja mówi jasno: Rzecznik stoi na straży wolności i praw człowieka i obywatela. Wszystkich obywateli, także tych, którzy chodzą na marsze niepodległości, słuchają Radia Maryja i uważają, że Wolne Sądy to była polityczna hucpa. Do biura RPO trafia rocznie kilkadziesiąt tysięcy spraw i w przytłaczającej większości nie dotyczą one wielkiej polityki, tylko emerytur, więziennictwa, doręczeń, świadczeń pielęgnacyjnych i sporów z urzędami. Obywatel, który pisze do rzecznika, musi mieć pewność, że po drugiej stronie siedzi ktoś, kogo nie obchodzi, na kogo ten obywatel głosował.

Pisaliśmy zresztą na Bezprawniku już w 2021 roku, że nowy rzecznik praw obywatelskich nie może być kolejnym politycznym trofeum dla któregokolwiek stronnictwa. Wtedy chodziło o kandydatów PiS, natomiast my w redakcji nadal prezentujemy podobne spojrzenie na kwestię tego urzędu. Najwyraźniej w polskiej polityce zasady obowiązują wyłącznie wtedy, gdy łamie je konkurencja.

Marcin Wiącek pokazał, że kompromis w sprawie RPO jest możliwy

Ironia całej sytuacji polega na tym, że przez ostatnie pięć lat mieliśmy przed oczami dowód, że da się inaczej. Kadencja profesora Marcina Wiącka, która kończy się 23 lipca, była owocem politycznego kompromisu zawartego po długiej i żenującej przepychance. Przypomnijmy: wybór rzecznika praw obywatelskich na następcę Adama Bodnara ośmieszył wówczas cztery instytucje państwa naraz, a Sejm i Senat przez ponad rok utrącały kolejne kandydatury. Poległa między innymi społeczna kandydatka Zuzanna Rudzińska-Bluszcz, popierana przez kilkaset organizacji pozarządowych, ale dla ówczesnej większości nie do przyjęcia, bo była „człowiekiem Bodnara". Polegli też partyjni kandydaci PiS, Piotr Wawrzyk i Bartłomiej Wróblewski, blokowani przez Senat.

Z tego klinczu wyłonił się Wiącek - profesor prawa konstytucyjnego bez partyjnej legitymacji, mój zresztą (znakomity) nauczyciel w czasach studiów, zaakceptowany ostatecznie przez obie strony sporu. I co się okazało? Że rzecznik bez politycznego plecaka może po prostu robić swoje. Wiącek interweniował w sprawie drakońskich grzywien dla kierowców, wadliwych doręczeń sądowych, bezpieczeństwa aplikacji mObywatel, świadczeń pielęgnacyjnych. Nudne, mrówcze, obywatelskie sprawy. Dokładnie to, do czego ten urząd został stworzony. Nikt nie mógł mu zarzucić, że gra na którąś drużynę, więc jego wystąpienia miały wagę niezależnie od tego, kto akurat rządził.

Przypadek Adama Bodnara powinien być przestrogą

Jest jeszcze jedna istotna lekcja z przeszłości - Adam Bodnar. Jako RPO w latach 2015-2021 Bodnar był instytucją: pracowity, kompetentny, dla jednych bohater, dla drugich wróg publiczny, ale z pewnością ktoś, kto nadał urzędowi znaczenie. A potem, w grudniu 2023 roku, przesiadł się z pozycji strażnika praw obywatelskich wprost do partyjnego ministerstwa, obejmując resort sprawiedliwości w rządzie Donalda Tuska, do Senatu wszedł zresztą wcześniej z list paktu senackiego. Kiedyś na łamach Bezprawnika wyśmiewaliśmy pomysł posła PiS, by minister sprawiedliwości jako nowy RPO bronił obywateli przed władzą, której sam jest częścią. Życie dopisało puentę: droga okazała się przejezdna także w drugą stronę.

Rzeczywistość zweryfikowała ministra Bodnara brutalnie. Oczekiwania wobec niego były ogromne, rozliczenia szły opornie, reforma sądownictwa utknęła, a obiecana po wyroku ETPC naprawa przepisów o kontroli operacyjnej skończyła się tak, jak opisywaliśmy w tekście o tym, czym była ustawa o inwigilacji po wyroku ETPC i aferze Pegasusa, czyli odłożonym na półkę projektem i administracyjną łatką. W lipcu 2025 roku premier odwołał Bodnara w ramach rekonstrukcji, zastępując go sędzią Waldemarem Żurkiem. Tak kończy autorytet, który pozwolił wpisać się w partyjną logikę: jako pionek zdejmowany z szachownicy z powodów wizerunkowych. Warto o tym pamiętać, patrząc na kolejną osobę z tego samego środowiska, która właśnie obejmuje urząd RPO z nadania jednej strony sporu.

Dlaczego złośliwe wybory na urzędy państwowe szkodzą nam wszystkim

Ktoś powie: przecież PiS wystawił Adama Borowskiego, działacza opozycji z czasów PRL związanego z klubem „Gazety Polskiej", więc obie strony zagrały kandydatami tożsamościowymi. To prawda i to właśnie jest sedno problemu. Zamiast budować pewną kulturę polityczną i na RPO czy szefa NIK namaszczać osoby ponad partyjnymi podziałami, obie strony wystawiły kandydatów, którzy mają bardzo jasno zarysowane sympatie.

Każdy urząd obsadzony „na złość" drugiej stronie staje się urzędem, którego druga strona nie uznaje. A urząd nieuznawany przez połowę obywateli to urząd o połowę słabszy.

Pani mecenas Gregorczyk-Abram może mnie oczywiście pozytywnie zaskoczyć. Może za pięć lat będę odszczekiwał ten tekst, wspominając rzecznik, która z równą determinacją broniła homoseksualnej pary, kibica spisanego na stadionie i działaczki organizacji pozarządowej. Szczerze jej i nam tego życzę. Na razie jednak widzę urząd dla wszystkich obywateli oddany w ręce osoby, którą połowa tych obywateli ma prawo uważać za zawodniczkę drużyny przeciwnej. I nie umiem uznać tego za sukces państwa.

Obserwuj nas w Google Discover
Google Discover
Podobają Ci się nasze treści?
Google Discover