- Bezprawnik -
- Nieruchomości -
- Minister broni ludzi, którzy kupili mieszkania „na doby". Ty możesz sobie kupić zatyczki do uszu
Minister broni ludzi, którzy kupili mieszkania „na doby". Ty możesz sobie kupić zatyczki do uszu
Rada Ministrów przyjęła w tym tygodniu projekt ustawy, która miała wreszcie ucywilizować najem krótkoterminowy. Zamiast tego rząd, rękami ministra sportu i turystyki Jakuba Rutnickiego, w ostatniej chwili wyciął z projektu jedyny przepis, który dawał mieszkańcom i samorządom realną władzę nad tym, co dzieje się w ich blokach: możliwość ustanawiania stref wolnych od najmu na doby. Przeciw takiemu rozstrzygnięciu zaprotestowała, jako jedyna w rządzie, ministra funduszy i polityki regionalnej Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz. I ponownie trudno nie przyznać jej racji, być może właśnie dlatego od dawna "zbierają się nad nią czarne chmury".
Autopoprawka w ostatniej chwili, czyli jak zniknęły strefy wolne od Airbnb
Na początku ustalmy jak było, po kolei. Projekt nowelizacji ustawy o usługach hotelarskich, przygotowany w Ministerstwie Sportu i Turystyki, w pierwotnej wersji przewidywał, że rady gmin będą mogły wyznaczać strefy z zakazem prowadzenia najmu krótkoterminowego. W poniedziałek, dzień przed posiedzeniem Rady Ministrów, minister Rutnicki (Koalicja Obywatelska) wniósł autopoprawkę, która ten mechanizm wykreśliła. W jej treści wskazano wprost, że „w projekcie ustawy rezygnuje się z regulacji umożliwiającej ustanawianie przez radę gminy strefy, w której wyłączona jest działalność innych obiektów, w których świadczone są usługi hotelarskie". Dzień później rząd projekt przyjął.
A w projekcie znalazły się m.in. definicja usługi hotelarskiej obejmująca najem do 30 dni, Centralny Wykaz Turystycznych Obiektów Noclegowych, sankcje za działanie poza ewidencją oraz możliwość wnioskowania przez mieszkańców budynków wielorodzinnych o kontrolę uciążliwego lokalu. To wszystko rzeczy potrzebne, tyle że to nie polscy politycy wspaniałomyślnie na nie wpadli, a w przeważającej mierze i tak są wymuszone przez unijne rozporządzenie o gromadzeniu danych dotyczących najmu krótkoterminowego, którego pełne stosowanie ruszyło w maju.
O nadciągającej rewolucji w najmie krótkoterminowym było wiadomo od lat i rejestr powstałby tak czy inaczej. Warto przy tym pamiętać, że Bruksela wymaga rejestracji i wymiany danych, ale w żadnym miejscu nie zakazuje państwom członkowskim wprowadzania stref, limitów dni czy uprawnień wspólnot. Wycięcie tych narzędzi nie było więc żadnym „dostosowaniem do prawa UE". Było decyzją polityczną polskiego rządu.
Pełczyńska-Nałęcz kontra reszta rządu. „To najgorsza ustawa jaka wyszła z rządu"
Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz zgłosiła wobec projektu formalne zdanie odrębne i nie przebierała w słowach. Na platformie X pisała o „zero praw dla samorządów w ustanawianiu stref wolnych od airbnb" i o tym, że mieszkańcy nie mają nic do powiedzenia w kwestii tego, czy za ścianą działa hotel. Projekt nazwała wprost: „To najgorsza ustawa jaka wyszła z rządu". Polska 2050 zapowiedziała złożenie w Sejmie poprawek przywracających strefy oraz dających mieszkańcom głos w sprawie charakteru ich budynków.
Oczywiście popieram tę inicjatywę. Bo to jest dokładnie ten punkt, w którym rozstrzyga się, czy ustawa czemukolwiek służy, czy tylko pozoruje działania, w czym obecny rząd zdaje się zresztą specjalizować. Rejestr bez stref to spis inwentarza: państwo policzy lokale na doby, nada im numerki, po czym z pełną świadomością skali zjawiska nie zrobi z tą wiedzą nic. Wicepremier Władysław Kosiniak-Kamysz bronił projektu, przekonując, że nowe przepisy zwiększą bezpieczeństwo turystów i mieszkańców, a sugestie ulegania lobbystom nazwał kłamstwem służącym politycznej narracji.
Tyle że nie trzeba żadnej teorii spiskowej, by zauważyć, że wykreślenie kluczowego przepisu na dzień przed przyjęciem projektu wygląda po prostu fatalnie, a beneficjentem tej decyzji jest branża, nie mieszkańcy. Aktywista Jan Śpiewak skwitował to na platformie X słowami „Sorry Polaczki, będziecie żreć gruz, bo szlachta poinwestowała w beton". Czy ja się często zgadzam ze Śpiewakiem? Nie. Czy zgadzam się w tej sprawie? Tak.
Minister Domański broni „tysięcy Polaków, którzy zainwestowali oszczędności". A co z milionami, których nie stać na mieszkanie?
Osobny akapit należy się ministrowi finansów i gospodarki Andrzejowi Domańskiemu, który w TVN24 tłumaczył, że przy pracach nad ustawą trzeba „pamiętać, że są tysiące Polaków, którzy zainwestowali swoje oszczędności w lokale" z myślą o najmie na doby, i przekonywał, że korzystający z takich lokali „to nie są wcale pijani turyści". Ta wypowiedź oburzyła nawet koalicjantów z Lewicy, która jest najbardziej wykastrowanym członkiem Koalicji, co do zasady po cichu delektującym się ostatnimi chwilami w parlamencie.
Bo spójrzmy, co minister właściwie powiedział: Że interes osoby, która kupiła trzecie, czwarte i jedenaste mieszkanie jako maszynkę do generowania przychodu, należy „wyważyć" z interesem miast i ludzi, którzy w tych miastach próbują po prostu mieszkać. Tylko że to nie są interesy równorzędne. Mieszkanie pełni w państwie funkcję, której nie pełni żadna lokata: jest dachem nad głową, a jego dostępność to warunek zakładania rodzin, migracji za pracą i zwykłej życiowej stabilności. Kiedy lokale mieszkalne masowo przechodzą do puli quasi-hotelowej, każda osoba szukająca dachu nad głową rywalizuje cenowo z biznesem, który z tej samej nieruchomości wyciśnie dwa albo trzy razy więcej. Ten mechanizm od lat winduje ceny mieszkań czy stawki najmu długoterminowego i wypycha mieszkańców z centrów, a wynajem krótkoterminowy dla turystów już dawno przestał być marginesem, o którym można mówić wzruszeniem ramion. Po klatkach schodowych kręcą się regularnie obcy ludzie, pod wpływem alkoholu, narkotyków, prostytutki i alfonsi.
Jest jeszcze wymiar, o którym mówi się rzadziej. Właściciel dziesięciu „apartamentów inwestycyjnych" rozsianych po mieście nie chodzi na zebrania wspólnoty, nie interesuje go fundusz remontowy, winda ani to, czy klatka schodowa nadaje się do życia. On ten budynek doi. Zyski są jego, koszty (hałas, zużycie części wspólnych, anonimowy tłum z walizkami, rosnące opłaty) rozkładają się na sąsiadów, którzy w tym budynku faktycznie mieszkają. Wspólnota mieszkaniowa, instytucja z założenia oparta na tym, że właścicielom zależy na wspólnej nieruchomości, zamienia się w zaplecze logistyczne cudzego biznesu. A orzecznictwo konsekwentnie podcina próby obrony: uchwały wspólnot zakazujące najmu na doby są kwestionowane jako nadmierna ingerencja w prawo własności lokalu, mieszkańcom zostaje więc żmudna droga przez immisje z art. 144 kodeksu cywilnego i skargi, które niewiele zmieniają.
Może jakiś kompromis?
Dla porządku: najem krótkoterminowy miewa swoje racjonalne uzasadnienia. Łatwo go krytykować, ale to właśnie tam często wynajmujemy mieszkania, gdy jedziemy do Włoch lub Portugalii. Bywa tańszą alternatywą dla hoteli, obsługuje pracowników sezonowych i rodziny z dziećmi, a zalety i wady najmu krótkoterminowego z perspektywy samego właściciela opisywaliśmy zresztą nieraz. Szara strefa też realnie się kurczy, bo fiskus, zasilany danymi z platform, coraz skuteczniej egzekwuje podatek od najmu krótkoterminowego. Kiedyś działało to na zasadzie "Zimmer Frei" i nikt nie miał nad tym absolutnie jakiejkolwiek kontroli. Problem nie polega na tym, że ktoś wynajmuje pokój turystom. Problem polega na skali i na lokalizacji: na tym, że zwykłe budynki mieszkalne zamieniają się w nieformalne hotele bez recepcji, norm i odpowiedzialności.
Dlatego kompromis jest do wyobrażenia i wcale nie wymaga „zaorania" branży. Po pierwsze: strefy i limity w rękach gmin, dokładnie tak, jak przewidywał pierwotny projekt, bo to samorząd najlepiej wie, czy stare miasto jeszcze żyje, czy już tylko nocuje. Po drugie: realny głos wspólnot w budynkach wielorodzinnych. Na przykład w moim bloku też są apartamenty AirBnB, ale nie mamy z nimi negatywnych doświadczeń. Mam jednak świadomość, że to póki co też kwestia szczęścia. Po trzecie: kierowanie tego biznesu do budynków z definicji przeznaczonych na krótkie pobyty, a więc aparthoteli i obiektów wydzielonych z osiedli mieszkaniowych, gdzie nikt nikomu nie urządza hostelu za ścianą sypialni. Turystyka na tym nie umrze, a mieszkania wrócą do funkcji, do której je wymyślono. Docelowo zaś presję na rynek mógłby zdjąć rozwinięty sektor wynajmu profesjonalnego, tymczasem najem instytucjonalny w Polsce wciąż raczkuje i stanowi ułamek oferty.
Na razie jednak rząd, głosami polityków Koalicji Obywatelskiej firmujących autopoprawkę, wybrał wariant najbardziej wygodny dla tych, którzy na mieszkaniach zarabiają, a najmniej korzystny dla tych, którzy w nich mieszkają albo dopiero marzą o własnym. Piłka jest teraz w Sejmie, gdzie Polska 2050 zapowiada poprawki przywracające strefy. Warto patrzeć posłom na ręce przy tym głosowaniu. Rzadko kiedy tak wyraźnie widać, po której stronie kto stoi.










