- Bezprawnik -
- Technologie -
- Nie zjem w lokalu, który reklamuje się jedzeniem z AI. Chcę wiedzieć, za co płacę
Nie zjem w lokalu, który reklamuje się jedzeniem z AI. Chcę wiedzieć, za co płacę
Jeżeli restauracja chce zachęcić mnie do zamówienia burgera, niech pokaże swojego burgera. Naprawdę nie masz czego sfotografować? Po tegorocznych wakacjach mam wrażenie, że takie podejście zaczyna być plagą. Na razie mam w czym wybierać, więc po prostu omijam takie lokale. Mam nadzieję, że w przyszłości nie stanie się to standardem.
Wakacje z AI w tle, czyli wygenerowane grafiki w menu restauracji
W te wakacje przewinąłem się przez parę krajów. Od Bałkanów po Stany Zjednoczone, Wielką Brytanię, Holandię czy Portugalię trafiałem na grafiki wyglądające na wygenerowane przez AI. Tak, tu nie chodzi tylko o Polskę, ale już praktycznie o cały świat. Jedzenie, logotypy lokali, plakaty reklamujące atrakcje. Chyba tylko w Niemczech niczego takiego nie zauważyłem, ale tam byłem wyłącznie na berlińskim lotnisku. Trudno uznać to za szczególnie reprezentatywną próbę.
I żeby to jeszcze było estetyczne. Tymczasem często dostajemy podobne, przesadnie kolorowe grafiki, dziwne faktury, szczegóły, którym najwyraźniej nikt się nie przyjrzał. Mam wrażenie, że dla części osób praca kończy się w momencie, gdy generator cokolwiek wypluje. Jest obrazek? Jest. Można drukować.
Może jestem w bańce, ale nadal jestem klientem
Tak, prawdopodobnie jestem na to wszystko wyczulony, bo stykam się z podobnymi narzędziami i rezultatami ich pracy na co dzień. Zarówno generując coś samemu od czasu do czasu na własne potrzeby, zazwyczaj memy, jak i przebijając się przez gigantyczne pokłady AI-slopu, który serwuje się nam w mediach społecznościowych – a tam coraz częściej okazuje się, że twoja ulubiona influencerka nie istnieje.
Wygenerowane logo to jedno, wygenerowane jedzenie to co innego
Nie jestem tu od udowadniania, że ja to mam gust, że to ja się znam na technologii, a reszta nie. Nie w tym rzecz. Kwestia taka jak wygenerowane logo restauracji może mi się po prostu nie podobać i na tym sprawa się kończy. Nie jest to bezpośrednia próba przedstawienia oferowanego mi produktu.
Ale kiedy przy konkretnej pozycji w menu widzę wygenerowane jedzenie, to już chciałbym wiedzieć, co właściwie próbujemy tutaj sprzedać. Czuję się trochę, jakby ktoś chciał ze mnie zrobić debila, który ślepo lgnie do wszystkiego, co kolorowe i błyszczące – a takie najczęściej są grafiki wygenerowane przez AI.
Generator nie był w waszej kuchni
Załóżmy, że właściciel wpisuje: „wygeneruj hamburgera z wołowiną, serem, cebulą i pomidorem". Dostaje apetyczny obrazek, wrzuca go na witrynę, dopisuje cenę. Tylko jaki związek ma ten burger z tym, którego rzeczywiście przygotowuje?
Model nie wie, jakiej bułki używa lokal
Model nie wie, ile daje się mięsa i jak układa dodatki. Jeżeli nie dostanie zdjęcia czy szczegółowych informacji, nie ma skąd tego wiedzieć. Samo wymienienie składników nie wystarczy – a przecież to właśnie informacje w menu mają dać klientowi obraz tego, co zamawia. Wygeneruje coś odpowiadającego opisowi, ale przecież podobny opis pasuje do tysięcy zupełnie różnych burgerów.
A ja patrzę na obrazek i podejmuję decyzję. Widzę wielkość kotleta, ilość sera, proporcje. Mam zakładać, że to wszystko jest przypadkowe? No przepraszam bardzo. Skoro pokazujemy coś obok nazwy dania i ceny, to klient ma powód oczekiwać, że dostanie coś podobnego.
Tak, wcześniej też podrasowywano zdjęcia jedzenia
Oczywiście zaraz pojawi się argument, że fotografia kulinarna od dawna korzysta z retuszu i stylizacji. Zgoda. Nie zamierzam udawać, że przed generatorami każdy burger wyglądał dokładnie tak jak w reklamie. Nie będę też bronił przekłamanego zdjęcia tylko dlatego, że jego przygotowanie kosztowało więcej niż wpisanie polecenia.
To jednak żadne usprawiedliwienie. Skoro wcześniej zdarzały się oszustwa reklamowe, to teraz mamy zaakceptować całkowite wymyślanie wyglądu potraw? Nawet lepszy generator nie rozwiązuje tego problemu. Mięso może mieć idealnie realistyczną fakturę, a nadal nie przedstawiać tego, co zostanie nam podane.
Naprawdę wystarczy zwykłe zdjęcie potrawy
Nie wymagam od budki z kebabem zatrudniania fotografa i organizowania wielkiej sesji. Chciałbym zobaczyć to, co faktycznie tam robią. Nawet zwykłe zdjęcie telefonem da mi więcej przydatnych informacji niż dopracowana grafika potrawy, której nikt w tym lokalu nie przygotował. Jest wiele miejsc z kebabami w Polsce, które po prostu tak robią – zdjęcie kebaba takim, jaki rzeczywiście jest, i tyle.
A jeśli zdjęcia nie ma, wystarczy opis. Wolę przeczytać, co dostanę, niż oglądać zmyśloną wersję zamówienia. Przecież restauracja codziennie wytwarza produkt, którym mogłaby się pochwalić. Dlaczego zamiast niego pokazuje mi coś z generatora? To nic innego jak chodzenie na łatwiznę – i to w bardzo złym miejscu, bo to powinna być dla restauratora okazja, aby zadbać o wiarygodność oferty, zwłaszcza że kontrole i tak regularnie wykazują nieprawidłowości w restauracjach.
Nie muszę zostawiać tam pieniędzy
Czy taka grafika oznacza, że w kuchni też idą na skróty? Tego nie wiem i nie będę na tej podstawie oskarżał kogokolwiek o podawanie kiepskiego jedzenia. Ale zaufania mi od tego nie przybywa. Skoro już przy prezentowaniu oferty mam zgadywać, ile ma ona wspólnego z rzeczywistością, to wolę zjeść gdzie indziej. Zresztą ten mechanizm działa w obie strony – zdarza się już oszustwo na AI, gdy to klient generuje zdjęcie rzekomo wadliwego zamówienia.
Właściciel może uznać, że wygenerowany burger świetnie reklamuje jego lokal. Ja mogę uznać, że nie chcę za takie podejście płacić. Trudno, pójdę gdzieś indziej, gdzie zobaczę, co rzeczywiście mają zamiar mi podać, a nie produkt mnożenia macierzy w wykonaniu amerykańskiego czy chińskiego modelu do generowania obrazów.










