- Bezprawnik -
- Państwo -
- Zamiast bykowego — niższy ZUS za każde dziecko. To pomysł, który warto przetestować
Zamiast bykowego — niższy ZUS za każde dziecko. To pomysł, który warto przetestować
Co chwila pojawiają się postulaty, by coś uzależnić od liczby dzieci. Była już wysokość emerytury, wiek emerytalny i różne wariacje na temat bykowego. Wskaźnik urodzeń coś nie chce rosnąć. Może czas wymyślić coś nowego? Proponuję obniżanie składek ZUS za każde dziecko.
Polska wkrótce stanie się drugą Koreą Południową i wcale nie chodzi mi o innowacyjność czy PKB per capita
Stał się cud. Liczba urodzeń w Polsce przestała spadać. Z szacunków GUS wynika, że w czerwcu urodziło się 20 tys. dzieci, co jest zwieńczeniem dobrej serii trwającej co najmniej od marca. Współczynnik dzietności w naszym kraju wciąż jednak pozostaje na alarmująco niskim poziomie. W zeszłym roku wyniósł ok. 1,068. Zastępowalność pokoleń występuje, gdy osiąga on poziom 2,1.
Sytuacja jest nawet nie tyle poważna, ile wręcz dramatyczna. Polska należy już do państw, w których rodzi się najmniej dzieci na świecie. Innymi słowy: statystycznie rzecz ujmując, Polska się wyludnia wyjątkowo szybko.
Korea Południowa pokazuje, dokąd prowadzi ta droga
Dla porównania: Korea Południowa w 2021 r. osiągała wynik porównywalny do tego, jakim możemy się „pochwalić" dzisiaj: współczynnik 1,09. W 2025 r. spadł do poziomu 0,80. Nasz azjatycki partner handlowy stanowi wręcz modelowy przykład państwa borykającego się z katastrofą demograficzną.
Cóż jednak możemy z tym zrobić? Niewiele. Dotychczasowe pomysły na pobudzenie dzietności nie przyniosły większych rezultatów.
Programów mających stymulować dzietność jest całe mnóstwo
Trzeba przyznać, że Polska robiła wiele, by zachęcić swoich obywateli do rozmnażania się. Najważniejszym projektem stymulującym liczbę urodzeń miał być program Rodzina 500 Plus, obecnie podwyższony do 800 Plus. Miał do momentu, gdy okazało się, że nie spełnił pokładanej w nim nadziei. Później narracja skupiała się na stymulowaniu popytu i walce z biedą wśród najmłodszych.
Becikowe, Karta Dużej Rodziny i powrót refundacji in vitro
W naszym kraju obowiązują różne programy wsparcia rodziny i rodziców. Jest becikowe – jednorazowa wypłata 1000 zł za urodzenie dziecka, program Aktywny Rodzic, Karta Dużej Rodziny i specjalne obligacje rodzinne. Obecny rząd poszedł też po rozum do głowy i cofnął rezygnację z państwowego wsparcia dla metody zapłodnienia pozaustrojowego in vitro. Poprzednikom nie podobało się to, że była ona sprzeczna z ich religią.
Mieliśmy także idiotyczną kampanię społeczną z 2017 r., która zachęcała Polaków, by byli jurni niczym króliki. Przy okazji sugerowała troskę o zdrowy tryb życia, co można określić mianem jakiegoś pozytywu.
Przekupywanie Polaków, żeby zechcieli mieć dzieci, nie działa
Na uwagę zasługują propozycje niezrealizowane. Sam już nie pamiętam, ile razy jakiś polityk albo autor petycji sugerował, żeby wprowadzić bykowe w Polsce – czyli podatek od nieposiadania dziecka.
W debacie publicznej pojawiały się także pomysły uzależniania wysokości emerytury od liczby posiadanych dzieci, zwalniania z podatku dochodowego po urodzeniu któregoś dziecka, a nawet manipulowanie wiekiem emerytalnym Polek pod kątem posiadanego potomstwa.
Zdecydowana większość tych propozycji ma dwie cechy wspólne. Po pierwsze: rzucamy pieniędzmi w problem i liczymy, że ten zniknie. Po drugie: żadna z nich nie zadziałała. W tym momencie można się pokusić o przywołanie definicji szaleństwa niesłusznie przypisywanej Albertowi Einsteinowi: „Szaleństwem jest robienie wciąż tego samego i oczekiwanie różnych rezultatów".
Zaryzykowałbym jednak stwierdzenie, że akurat w pomyśle z ulgami podatkowymi za posiadanie dzieci tkwi pewien potencjał. Po prostu jego pomysłodawcy wybrali niewłaściwą daninę.
Zamiast obniżać podatki za urodzenie dziecka, obniżmy składki ZUS
Obniżenie podatku dochodowego co do zasady odczuwamy raz w roku: wtedy, gdy składamy nasze zeznanie podatkowe. Ściślej mówiąc, moment ten następuje wraz ze zwrotem nadpłaconych zaliczek albo poznaniem kwoty podatku do zapłaty. Nie da się także ukryć, że podstawowa stawka podatku PIT na zasadach ogólnych już teraz jest niska. Wynosi zaledwie 12 proc.
Są jednak takie daniny publicznoprawne, które pozostają solą w oku praktycznie wszystkich Polaków niezależnie od obowiązującej ich formy opodatkowania. Mam na myśli oczywiście składki ZUS i składkę zdrowotną, które są na tyle wysokie, że istnieje pole do ich obniżania. Nie bez powodu składka zdrowotna przedsiębiorców od lat rozgrzewa opinię publiczną.
Które składki można obniżyć, a których lepiej nie ruszać
Załóżmy: po urodzeniu dwójki dzieci obydwoje rodzice płaciliby o 2 proc. niższą składkę zdrowotną, o 1 proc. niższe ubezpieczenie chorobowe i o 1 proc. niższe ubezpieczenie wypadkowe. Ubezpieczenia emerytalnego i rentowego lepiej nie ruszać. W końcu chcemy zbudować sobie możliwie wysoki kapitał składkowy, żeby otrzymywać wyższe świadczenie. Teoretycznie możemy też coś uszczknąć ze składek na Fundusz Pracy oraz Fundusz Solidarnościowy.
Tak naprawdę żaden magiczny sposób na zwiększenie dzietności nie zastąpi nam realnego sukcesu cywilizacyjnego
Wybrałem te daniny, których wysokość nie przekłada się na konkretne korzyści dla ubezpieczonego. Niższe składki za urodzenie dwójki dzieci byłyby odczuwalne każdego miesiąca dzięki wyższemu wynagrodzeniu. Byłby to znak, że państwo docenia ich poświęcenie i wymierny wkład w dobro wspólne.
Zdaję sobie sprawę z tego, że rezultatem byłyby luki w systemie ubezpieczenia społecznego oraz w budżecie NFZ. Państwo zapłaciłoby na ich uzupełnienie mniej, niż wydaje na program Rodzina 800 Plus, który rocznie kosztuje 61,7–63,7 miliarda złotych przy fatalnej dzietności. Zresztą gdyby ktoś naprawdę szukał oszczędności, prościej byłoby wprowadzić próg dochodowy w 800 plus.
Oczywiście, zamiast tego moglibyśmy stworzyć państwo o wysokim poziomie życia także poza metropoliami i dobrym dostępie do usług publicznych adekwatnej jakości, z uporządkowanym rynkiem nieruchomości bez tolerancji dla inwestycyjnych patologii. Ot, kraj, w którym dobrze się żyje i w którym posiadanie potomstwa nie wiąże się z aż tak diametralnym ryzykiem.
Prawdę mówiąc, scenariusz ten nawet dla mnie brzmi mało realnie. Wydaje się jednak, że tylko spektakularny sukces cywilizacyjny mógłby zrównoważyć zmiany kulturowe, które sprawiają, że w państwach rozwiniętych rodzi się mniej dzieci. Lepsze to niż liczenie na masową migrację z losowych zakątków świata albo próby zastąpienia żywych pracowników robotami.










