1. Bezprawnik -
  2. Firma -
  3. Od 27 września słowo „eko" na opakowaniu może kosztować firmę 10 proc. obrotu

Od 27 września słowo „eko" na opakowaniu może kosztować firmę 10 proc. obrotu

Napisanie „ekologiczny" na opakowaniu dotąd nic nie kosztowało – firmy mogły umieszczać takie oznaczenie w sposób niemal nieograniczony. Od 27 września ma się to skończyć, bo wchodzi w życie ustawa, która każe takie słowo poprzeć dowodami. Kto tego nie zrobi, naraża się na zarzut wprowadzania klientów w błąd.

Marek Śmigielski23.07.2026 13:55
Firma

Marketing bez pokrycia już nie będzie akceptowany

Przez ostatnią dekadę słowo „eko" działało jak przyprawa – dodawało smaku produktowi bez konieczności zmiany jego składu. Rada Ministrów przyjęła w lipcu projekt nowelizacji ustawy o przeciwdziałaniu nieuczciwym praktykom rynkowym, przygotowany przez UOKiK na podstawie unijnej dyrektywy o greenwashingu. Jeśli proces legislacyjny nie utknie, przepisy zaczną obowiązywać jeszcze przed świętami jesiennymi zakupów.

Nowość polega na tym, że słowa takie jak „zielony" czy „przyjazny dla środowiska" nie będą już mogły być używane wyłącznie marketingowo. Będą wymagały oparcia w certyfikacie uznanym przez odpowiednie instytucje albo w decyzji organu publicznego. Jak tłumaczy na łamach pulshr.pl prawnik prof. Paweł Wajda, jest to doprecyzowanie wcześniejszych regulacji – wprowadzanie w błąd co do cech produktu było zakazane już wcześniej, tylko rzadko dotyczyło akurat ekologii. Teraz ten sam mechanizm obejmie zielone hasła wprost, co oznacza koniec komfortowej szarej strefy, w której firma mogła pisać „eko" i liczyć, że nikt nie zapyta o dowody.

Nie od dziś wiadomo, że to ewidentne oszustwo

Sam kierunek zmian nie jest zaskoczeniem. Głośne było choćby stanowisko Rady Reklamy, zgodnie z którym ekogroszek to jedno wielkie oszustwo – przedrostek „eko" sugerował ekologiczny charakter produktu, który z ochroną środowiska nie miał wiele wspólnego. Nowe przepisy zamykają dokładnie taką lukę.

Rachunek za lata mętnych deklaracji

Koszt wdrożenia poniosą przede wszystkim ci, którzy dotąd budowali wizerunek na deklaracjach bez pokrycia. Trzeba będzie przejrzeć etykiety, opisy produktów i kampanie reklamowe – każde zdanie sugerujące korzyść dla środowiska będzie musiało mieć dokument w tle. Dla dużych firm to koszt audytów i certyfikacji. Dla małych – bariera wejścia, która może po prostu zniechęcić do używania takiego słownictwa w ogóle, zamiast je udowadniać.

Stawka bywa wysoka, bo za wprowadzające w błąd hasła grożą oszustwa reklamowe i sankcje sięgające 10 procent rocznego obrotu. To pokazuje, że mętna „zielona" komunikacja przestaje być tanim chwytem marketingowym.

Ciekawe jest to, że regulacja uderza akurat w moment, gdy rynek pracy zaczyna wymuszać podobną uczciwość od drugiej strony. Z danych Randstad wynika, że w ciągu roku odsetek pracowników gotowych odrzucić ofertę od pracodawcy o niezgodnych wartościach środowiskowych wzrósł z 38 do 48 procent. To pokazuje, że presja na autentyczność nie płynie już tylko z Brukseli czy od UOKiK, ale też ze strony kandydatów.

Nie każdy kandydat sprawdza deklaracje ESG

Należy jednak zaznaczyć, że to, czy firma dopuszcza się greenwashingu, czy nie, weryfikują głównie specjaliści i osoby o wyższym poziomie świadomości społecznej – dla kandydatów na stanowiska niższego szczebla liczy się pensja, dojazd i stabilność zatrudnienia, a temat greenwashingu praktycznie nie pada podczas rozmowy kwalifikacyjnej. Zwłaszcza że dla wielu młodych pracowników najważniejsze pozostają warunki oferty, a nie środowiskowy wizerunek pracodawcy.

To sprawia, że nowa ustawa może przynieść firmom coś więcej niż tylko zgodność z prawem. Te, które faktycznie inwestowały w ekologię, a nie tylko w hasła na opakowaniu, zyskują argument trudny do podrobienia jednym sloganem. Po wrześniu takie hasło trzeba będzie umieć udowodnić – i to niekoniecznie najpierw urzędnikowi, tylko kandydatowi, który zapyta o to na rozmowie o pracę.

Obserwuj nas w Google Discover
Google Discover
Podobają Ci się nasze treści?
Google Discover