Niejeden pracownik z objawami koronawirusa nie poddaje się testowi i nadal chodzi do pracy. Na jaką odpowiedzialność się wówczas naraża?

Gorące tematy Praca dołącz do dyskusji (277) 09.11.2020
Niejeden pracownik z objawami koronawirusa nie poddaje się testowi i nadal chodzi do pracy. Na jaką odpowiedzialność się wówczas naraża?

Joanna Majkowska

Teoretycznie każdy wie, że w obecnej sytuacji, gdy wystąpią objawy charakterystyczne dla COVID-19 należy bezwzględnie unikać kontaktu z innymi. Trzeba też zgłosić się do odpowiednich organów i wykonać test. Nie brak jednak ludzi, którzy przechodzą zakażenie na tyle łagodnie, że uznają to za „zwykłe przeziębienie”. Nie zamierzają robić wymazu, a w dodatku nadal chodzą do pracy, narażając zdrowie, a nawet życie innych. Pytanie tylko, czy obecne przepisy przewidują w ogóle jakąś odpowiedzialność takiego pracownika z objawami koronawirusa?

Chodzenie do pracy czy szkoły mimo występujących objawów to niestety dosyć powszechna praktyka. Wiele osób uznaje, że nie może pozwolić sobie na L4 w intensywnym okresie albo że sam kaszel i katar bez gorączki to nie powód, by pójść na zwolnienie. To samo zresztą można zaobserwować w szkołach – zawsze znajdzie się jakiś uczeń pociągający nosem, kaszlący czy nawet mający gorączkę.

O ile taka postawa zawsze wiąże się z narażaniem innych na możliwość zarażenia się, to w przypadku pandemii koronawirusa jest szczególnie groźna. W prawdzie kolejne ograniczenia takie jak wprowadzenie pracy zdalnej czy zamkniecie szkół mają zmniejszyć liczbę zakażeń. Nie zmienia to jednak faktu, że wielu zawodów nie można wykonywać z domu. I często do zakładu pracy przychodzą kaszlący czy mający podwyższoną temperaturę pracownicy, którzy uznają, że to nic wielkiego – kolejne zwykłe przeziębienie. Pomijając już fakt, że nawet gdyby to było „zwykłe przeziębienie”, to taki pracownik i tak powinien zostać w domu, to co, jeśli okaże się jednak, że tak naprawdę łagodnie przechodzi koronawirusa?

Odpowiedzialność cywilnoprawna pracownika z objawami koronawirusa, który nie poddał się testowi

Mogłoby się wydawać, że zastosowanie w tej sytuacji znajdzie już sam art. 415 Kodeksu cywilnego. Zgodnie z treścią przepisu każdy, kto ze swojej winy wyrządził drugiemu szkodę, obowiązany jest do jej naprawienia. Oczywiście konieczne byłoby wówczas wykazanie szkody, winy pracownika oraz związku przyczynowo-skutkowego między winą a szkodą. Co więcej, zgodnie z art. 444 Kodeksu cywilnego w razie rozstroju zdrowia naprawienie szkody będzie obejmować wszelkie wynikłe z tego powodu koszty.

Na tym gruncie powstaje jednak kilka problemów. Po pierwsze udowodnienie szkody wcale nie jest proste. Dana osoba musiałaby wykazać, że zaraziła się od konkretnego pracownika, który mimo objawów nie poddał się testowi i przyszedł do pracy. Ponadto przepisy zmieniają zakres odpowiedzialności cywilnej pracownika w tym sensie, że szkodę przez niego wyrządzoną obowiązany jest naprawić  pracodawca. Dopiero później przysługuje mu tzw. roszczenie regresowe. Co więcej, pracodawca może żądać zwrotu poniesionych kosztów, ale tylko do trzykrotności miesięcznego wynagrodzenia.

Pracownika można jednak ukarać na gruncie Kodeksu pracy

Pracodawca niewątpliwe może jednak w takiej sytuacji stosować kary porządkowe dla pracowników. W tym wypadku będą one związane z nieprzestrzeganiem przepisów BHP. To natomiast uprawnia pracodawcę do udzielenia upomnienie, nagany lub nałożenia na pracownika kary pieniężnej. Kara ta nie może być jednak wyższa od jednodniowego wynagrodzenia pracownika.

Wreszcie warto zaznaczyć, że przestrzeganie przez pracownika przepisów i zasada BHP jest jednym z podstawowych obowiązków pracowniczych. A naruszenie takiego obowiązku uprawnia do rozwiązania umowy o pracę bez wypowiedzenia z winy pracownika (w trybie dyscyplinarnym).

A co z odpowiedzialnością karną?

Pozostaje jeszcze kwestia odpowiedzialności karnej. Na pierwszy rzut oka pracownik będzie odpowiadał na podstawie art. 161 § 2 Kodeksu karnego. Zgodnie z tym przepisem:

Kto, wiedząc, że jest dotknięty chorobą weneryczną lub zakaźną, ciężką chorobą nieuleczalną lub realnie zagrażającą życiu, naraża bezpośrednio inną osobę na zarażenie taką chorobą, podlega karze pozbawienia wolności od 3 miesięcy do lat 5.

Art. 161 odnosi się jednak do sytuacji, kiedy dana osoba wiedziała, że jest dotknięta chorobą zakaźną. Natomiast pracownik, który nie przeprowadził testu i nie uzyskał pozytywnego wyniku, wiedzy o byciu nosicielem choroby zakaźnej właściwie nie ma. A to oznacza, że nie można mu przypisać świadomego narażania innych osób. O ile więc art. 161 § 2 jak najbardziej znajduje zastosowanie w odniesieniu do głośnych sytuacji, w których zakażeni koronawirusem opuszczali szpitale albo udawali się na wesele, to pracownik, który nie otrzymał pozytywnego wyniku, nie spełnia wymogów przepisu.

Niektórzy prawnicy wskazują jednak także na możliwość powołania się na art. 156 lub 157 Kodeksu karnego. Przepisy te odnoszą się jednak do spowodowania uszczerbku na zdrowiu. Co prawda w ich przypadku pracownik z objawami nie musiałby mieć pozytywnego wyniku testu na koronawirusa. Konieczne byłoby natomiast zaistnienie skutku w postaci zakażenia innej osoby. Co więcej, przebieg tej choroby musiałby być ciężki. W przypadku łagodnej czy nawet bezobjawowej choroby przestępstwo mogłoby być ścigane tylko z oskarżenia prywatnego.

277 odpowiedzi na “Niejeden pracownik z objawami koronawirusa nie poddaje się testowi i nadal chodzi do pracy. Na jaką odpowiedzialność się wówczas naraża?”

  1. Ta już to widzę tysiące pracowników na L4 z powodu przeziębienia albo kaszlu. A pracodawca przykładnie poklepie po główce. Ludzie kto To pisze?!?! Pracuje w magazynie mam minimalną plus premie za każdy dzień elki mam -20% premii. Więc mimo tego że kaszle i leci mi z nosa idę do pracy ratując się jakimiś teraflu itd… I tak wygląda rzeczywistość i dlatego ludzie zakatarzeni i kaszlący chodzą do pracy. Po pierwsze pieniądze a po drugie jeśli za często jesteś na L4 jesteś pierwszy do „odstrzału”. A nie wspomniałem premii mam prawie 2 razy tyle co podstawy.

    • Szczerze? Wezmę przykład z przedszkola najpierw. W zeszłym roku moje dziecko przez jakieś 15% półrocza nie chodziło do przedszkola że względu na choroby. W połowie przypadków choroba dziecka kończyła się chorobą któregoś rodzica. Z pamięci mogę wyliczyć co najmniej kilka przypadków gdzie ktoś pojawił się z katarem a potem dwie osoby chore i jedna nieobecna… to nie są minuty straconego czasu – chora osoba w pracy pracuje mniej wydajnie, chore dziecko może oznaczać konieczność zostania w domu itd. Jasne w warunkach z zeszłego v roku nie stać mnie na to żebym przez 15% roku (a mogę dziecko i tak mało chorowało w porównaniu z innymi) był nieobecny w pracy to i mi się zdarzyło puścić je w nie idealnym stanie lub samemu pojsc. W tym roku natomiast chorych dzieci nie przyjmują – dziecko ma jakiekolwiek objawy = wraca do domu. I nagle w tym półroczu dziecko nawet raz nie było chore, w pracy nikt nie śmie pokazać się chory więc też liczba zachorowań spadla.

      Tak naprawdę zostanie w domu przez jednego pracownika zużywa jego dzień dwa lub trzy dni pracy, poście do pracy chorego pracownika sprawia że on jest nieefektywny, że dwie inne osoby srają się nieefektywne, albo ktoś inny trafia na zwolnienie i każda z tych osób może podać zakażenie dalej.

      Podsumowując tak w wieku firmach podejście pracodawcy zacheca do przychodzenia chorych pracowników ale podejście to jest się i ma na celu karanie oszustów, a dostaje się naprawdę chorym i produktywności zdrowych.

    • Widzisz u mnie w firmie jeszcze przed Covidem każdy kichający i kaszlący był wyganiany na L4. Zwyczajnie pracodawca policzył ze bardziej opłaca mu się mieć 1 pracownika na L4 niż po tygodniu 50 bo jeden kicha a inny przechodzi ciężej. Swoją drogą frajer jesteś jeśli podstawą twojej pensji jest premia.

      • Z tym „frajerem” to bym na Twoim miejscu tak pochopnie nie wyrokował. Na rynku pracy jest obecnie naprawdę ciężko i ludzie biorą,co jest.

  2. > Nie brak jednak ludzi, którzy przechodzą zakażenie na tyle łagodnie, że uznają to za „zwykłe przeziębienie”

    W takim razie czemu mają podejrzewać, że to akurat COVID? Inne wirusy wywołujące nieżyt nosa czy gardła przecież nie zniknęły.

    • Jak kupowałem samochód za gotówkę i wyjałem z konta 80 tys zł. To miałem w zanadrzu gaz łzawiący i obstawę z brata i kolegi.
      Jak chodzę wyjść 500 zł to nie mam obstawy i gazu choć złodzieje nie zniknęli.

      Po prostu trzeba dobierać działania stosownie do ryzykami jeżeli jest szansa że to jest covid to lepiej wyjść z tego założenia i się pomylić. Zresztą nawet jak to nie jest covid to optymalne dla firmy i zespołu jest żeby w normalnych warunkach chory nie pozarazal całego zespołu.

      • I wtedy pracownik jest między młotem pracodawcy i kowadłem lekarza – ani jeden, ani drugi nie da mu zwolnienia za lekkie objawy (pozostaje urlop na żądanie, ale to krótkoterminowe rozwiązanie).

  3. Powiedzcie to pracownikom na umowę zlecenie, gdzie L4 nie istnieje. Nierzadko taki pracownik może zostać zwolniony jak tylko zachoruje. Taki pracownik i tak pójdzie do pracy nawet jeśli ma objawy COVID, bo dla niego większym ryzykiem jest to, że nie będzie miał co włożyć do garnka niż to że może zarazić COVID innych (już nie wspominając, że COVIDem można zarażać będąc bezobjawowcem).

    • > już nie wspominając, że COVIDem można zarażać będąc bezobjawowcem

      Fajny ten argument taki nie za mądry w stylu: jeżdżę na czerwonym świetle bo dla mnie większym ryzykiem jest że nie zdążę do kolegi się naćpać niż to że zniszczę mój warty 300 zł samochód. (Już nie wspominając że wypadek na skrzyżowaniu można mieć nawet wjeżdżając na zielonym świetle).

  4. Wszystko fajnie, szkoda że lekarze nie chcą wypisywać skierowania na test, bo nie uznają katarku czy kaszelku za wystarczający powód…

  5. Niektórzy ludzie na uop mają poobcinane pensje i ich nie stać na l4, niektórzy na uop i bez obcinania pensji zarabiają tyle, że jedwo żyją od 1 do 1 i nie chodzą na l4 bo też ich nie stać, poza tym rynek obfituje w umowy zlecenia, teraz szczególnie, raz że jak człowiek nie przyjdzie to nie zarobi, dwa, może z dnia na dzień wylecieć za absencję a nie daj boże jak sie przyzna, że chory to na pewno go wyrzucą bo nikt nie bedzie sie narażał, że ma w pracy pracownika z covidem. U mnie sytuacja była podobna, lekkie objawy, ale kasa wpadała to człowiek pracował i cicho siedział bo w sklepie za darmo nic nie ma a z pracą ciężko bardzo obecnie, stąd nie dziwota, że ludzie pracują i smarkają , ja następnym razem z obawami też pojde jak bedzie trzeba, bo za co żyć.

  6. Nie wiem już czy te totalnie oderwane od rzeczywistości prawnicze teoretyzowanie i rozważania w stylu „ile diabłów mieści się na końcu szpilki”, bardziej budzą grozę czy śmieszą i wzbudzają uśmiech politowania.
    Brak słów już na to wszystko. Ot „nie idź do pracy”, „zamknijmy kraj” na miesiąc. Jakie to proste… Czemu nie na dwa lub trzy miesiące? Śmiało. Ci ludzie i wszyscy którzy tańczą pod tę melodię oszaleli. Te pitolenie Horbana i tym podobne, to jakiś horror. Ja i 37 milionów Polaków, mam się solidaryzować z jakąś garstką która trafi do szpitali. Ale w porządku – lepszy jeden przykład, niż godzinny wykład – niech więc Horban, Morawiecki itp., zaczną solidaryzować się z nami i zrezygnują, na początek, z miesięcznej pensji. Przecież to żaden problem.

  7. Jeżeli pracodawca chce cokolwiek od pracownika wymagać, w tym ewentualnie penalizować; powinien go po prostu wysłać na zrobienie testu. 5 stówek test, 2 albo 3 stówki zrobienie testu, pół stówki wypisanie wyniku – gdzieś taki paragon widziałem.
    Ewentualnie zapowiedzieć od razu (co już dawno temu powinien zrobić): „jeśli pojawią się jakiekolwiek objawy chorobowe typu kaszel, katar, ból gardła / w piersiach / pleców etc. albo gorączka – to na test covid – faktura na firme, ja stawiam”.
    Widzę las rąk.

  8. Nakłanianie do traktowania kaszlu czy kataru jako objawu uzasadniającego podejrzenie covida jest po prostu absurdem. W okresie jesienno-zimowym takie objawy w którymś momencie przechodzi z 90% populacji. Większość ludzi nie zwalnia się z pracy z tego powodu, bo zwyczajnie nie ma takiej potrzeby – te objawy stanowią drobną niedogodność, a nie stan niezdolności do pracy w jakimkolwiek stopniu. I to się nie zmieniło przez epidemię covida.

    Wobec tego – nie, nie będę biegał z kaszelkiem, ani katarkiem do sanepidu. Od lat nie biegam z nim nawet do lekarza rodzinnego. I nic się w tej kwestii nie zmieniło.

  9. „Jest wyjście, by ocalić służbę zdrowia. Brutalne”
    Wyborcza – Martyna Śmigiel
    10 listopada 2020 | 07:16
    mówi prof. Paweł Nauman, neurochirurg, który obecnie leczy chorych na COVID-19.
    Jak długo my będziemy zmagać się z takim wysypem chorych?
    – Na pewno do stycznia, a najgorszy będzie grudzień. Potem wirus zacznie odpuszczać, a na wiosnę przyjdzie kolejna fala, co już definitywnie wykończy gospodarkę i służbę zdrowia. Jest jeszcze druga ewentualność, bardzo brutalna, ale nie sądzę, żeby komukolwiek z liderów politycznych wystarczyło na nią odwagi.

    To znaczy?
    – Jednym z wyjść jest po prostu w pewnym momencie zamknąć szpitale dla chorych na COVID.
    —>>> Prawda jest taka, że spośród tych podpiętych do respiratorów przeżywa tylko 10 proc. Kto ma umrzeć, ten umrze. <<<—
    To jest bardzo brutalne i mówię to w pewnym sensie prowokacyjnie. Po prostu, jeśli mamy ok. 25 tys. zakażeń dziennie, a przynajmniej o tylu wiemy, z czego średnio 10 proc. trafia do szpitali, to oznacza, że tygodniowo musielibyśmy przygotować dla nich ponad 17 tys. łóżek. Nie ma szans, system się zapcha.

    Czyli co, nie przyjmować chorych na COVID?
    – Powinniśmy zabezpieczyć część miejsc na COVID, ale nie może być tak, że szpitale są pochłonięte tylko walką z wirusem. Nie leczą zawałów, zatorowości płucnej, przez które też się umiera. Powinniśmy postawić jasną granicę, ile łóżek możemy zmienić w zakaźne. Oczywiście nie da się tego zrobić bez ofiar, bo to oznacza, że część ludzi – jak w Lombardii – będzie umierać w domach. Wiadomo, żaden polityk się na to nie zdecyduje, ale efekt będzie jeszcze gorszy, niż gdyby to zrobił.

    • Właściwie to w tym nie ma nic brutalnego. To jest po prostu prawda, z którą ludzkość się mierzy od zawsze. Ludzie umierają i zawsze umierali na choroby zakaźne. Przez ostatnie stulecie medycyna rozwinęła się na tyle, że to ryzyko udało się zminimalizować. Poczucie bezpieczeństwa doprowadziło do tego, że gdy pojawiła się jakaś nowa choroba, z którą sobie jeszcze nie potrafi poradzić, świat wpadł w gigantyczną panikę. I są wśród nas tacy którzy naprawdę się zachowują, jakby fakt że ludzie umierają był dla nich jakimś nowym odkryciem.

  10. Nie ma czegoś takiego jak specyficzne objawy koronawirusa. Po prostu przez epidemię testów pcr każde kichnięcie interpretujemy jako covid – tak działa heurystyka dostępności.

  11. Powiedzmy sobie szczerze, kaszel i katar to nie są żadne „objawy covid-19”. To są objawy typowe dla pierdyliarda infekcji (zwykle nazywanych potocznie „przeziębieniami”), które w okresie jesienno-zimowym są tak powszechne, że ich przydatność do zdiagnozowania covid-19 jest praktycznie żadna. Stąd też w ogóle traktowanie kaszlu i kataru jako podstawy do podejrzenia covid-19 jest po prostu absurdalne.

    Dodajmy, że są to objawy infekcji w przeważającej większości zupełnie nieszkodliwych, na które większość ludzi nie bierze zwolnienia, bo stanowią co najwyżej drobną niedogodność, a nie niezdolność do pracy w jakimkolwiek stopniu.

    Nikt nie będzie biegał do sanepidu z kaszelkiem, bo po prostu jest to zupełnie niepotrzebne.

  12. „Zgodnie z treścią przepisu każdy, kto ze swojej winy wyrządził drugiemu szkodę, obowiązany jest do jej naprawienia.”

    No to Duda, Morawiecki, Szumowski i Kaczyński wraz z resztą bandy do pierdla za katastrofę humanitarną i gospodarczą Polski.
    Szkoda że w Polsce za zdradę stanu nie ma najwyższego wymiaru kary. Wtedy każda rządowa gnida dziesięć razy zastanowiłaby się nad zbrodnią przeciw własnemu krajowi.

  13. „Nie brak jednak ludzi, którzy przechodzą zakażenie na tyle łagodnie, że uznają to za „zwykłe przeziębienie”.”

    Przecież koronawirusy wywołują zwykle przeziębienie

  14. Jak pracodawca tuszuje to kto odpowiada bo pracodawca boi się że musi zamknąć zakład i podaje że zakażony nie miał z nikim kontaktów to niech kto sprawdzi bo to jest bardzo dużo takich sytuacji.

  15. Nikt nie chce ryzykować udziału w loterii pn. testy PCR. Wykrywaja one wirusy w papai, oleju silnikowym, soku. Gdyby lekarze wystawiali klasyczne L4: przeziębienie, grypa a nie panikowali (celowo, bo mają z tego dodatki, jak szpitale) to by miało to sens, a tak można oglądać nagrania jak reżim sanitarny trzyma zdrowych ludzi po 10 dni w domach czy tych śmiesznych szpitalach
    tzw. jednoimiennych.

  16. Jeśli dobrze rozumiem ostatni akapit artykułu, to spowodowanie choroby o ciężkim przebiegu u innej osoby powinno być ścigane z urzędu? Czy w takim razie, w związku z zakażeniem innej osoby wirusem SARS-CoV-2 i spowodowanie choroby o ciężkim przebiegu, przeprowadzono w Polsce jakiekolwiek śledztwo?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *