Koniec z wyścigiem ze stoperem
Jak podaje BBC, indyjskie ministerstwo pracy wezwało wszystkie platformy quick commerce – w tym gigantów takich jak Zomato, Blinkit czy Zepto – do usunięcia z aplikacji i materiałów marketingowych obietnic błyskawicznej dostawy. Bezpośrednim impulsem był grudniowy strajk tysięcy kurierów, którzy domagali się godnych warunków pracy i bezpieczeństwa na drodze.
Model „dostawa w 10 minut" zyskał w Indiach ogromną popularność wśród mieszkańców wielkich miast. Pozwalał zamawiać nie tylko jedzenie, ale też elektronikę, kosmetyki czy artykuły gospodarstwa domowego. Problem w tym, że za wygodę konsumentów płacili kurierzy – często własnym zdrowiem.
Presja algorytmu zabija
23-letni Mobin Alam, jeden z kurierów cytowanych przez BBC, opisał mechanizm, który zmusza do ryzykowania życia: niedotrzymanie terminu dostawy oznacza kary finansowe lub mniejszą liczbę zleceń w przyszłości. „Nie mam wyboru. Muszę pracować po godzinach, żeby utrzymać rodzinę" – mówi. Mimo pracy ponad 12 godzin dziennie zarabia równowartość około 900 złotych miesięcznie.
Badaczka Vandana Vasudevan, autorka książki o ekonomii gig, zwraca uwagę na fundamentalny problem: choć kurierzy formalnie są „niezależnymi współpracownikami", w praktyce całkowicie zależą od algorytmów platformy. Nie mają zabezpieczeń socjalnych, możliwości rozwoju zawodowego ani szkoleń. A presja na szybkość jest wpisana w sam system – nawet jeśli platformy usuną z reklam hasło „10 minut", kurierzy wiedzą, że ich oceny i liczba zleceń zależą od tempa pracy.
Qcommerce nad Wisłą
W Polsce segment szybkich dostaw również dynamicznie się rozwija. Kilka lat temu na rynek wchodziły takie marki jak Żabka Jush! czy Lisek z obietnicą dostawy zakupów spożywczych w 10-15 minut. Choć część z nich już się wycofała lub zmieniła model biznesowy, usługi quick commerce nadal funkcjonują – często w partnerstwie z sieciami handlowymi.
Glovo we współpracy z Biedronką oferuje dostawy w czasie około 15 minut w największych polskich miastach. Podobne usługi rozwijają Wolt, Bolt czy Uber Eats. Dark stores – niewielkie magazyny zlokalizowane blisko osiedli mieszkaniowych – pozwalają na błyskawiczne kompletowanie zamówień.
I choć polscy kurierzy nie organizowali jeszcze tak spektakularnych protestów jak ich indyjscy odpowiednicy, problemy są podobne. Presja czasu, wynagrodzenie uzależnione od liczby dostaw, brak stabilności zatrudnienia. Umowa zlecenia lub współpraca B2B to standardowe formy współpracy z platformami – a to oznacza, że kurierzy nie są chronieni przepisami Kodeksu pracy.
Gig economy: elastyczność kosztem bezpieczeństwa
Indie mają obecnie 7,7 miliona pracowników gig economy. Do 2030 roku ma ich być ponad 23 miliony. W Polsce skala jest mniejsza, ale trend ten sam – coraz więcej osób pracuje w modelu platformowym, wykonując zlecenia dla Glovo, Uber Eats, Pyszne.pl czy Bolt.
Problem w tym, że polskie prawo wciąż nie nadąża za rzeczywistością. Różnice między umową o pracę a umową zlecenia są fundamentalne: zleceniobiorcom nie przysługuje płatny urlop, ochrona przed zwolnieniem, dodatki za nadgodziny czy prawo do nieprzerwanego odpoczynku. Teoretycznie mają „elastyczność" – w praktyce często oznacza ona brak jakiejkolwiek siatki bezpieczeństwa.
Unia Europejska od lat pracuje nad dyrektywą regulującą pracę platformową. Jej celem jest między innymi domniemanie stosunku pracy dla osób wykonujących zadania pod kontrolą algorytmu platformy. To mogłoby zmienić sytuację milionów kurierów w całej Europie.
Wypadek na rowerze to też wypadek przy pracy?
Kwestia bezpieczeństwa kurierów ma też wymiar prawny. Wypadek pracownika przy pracy wiąże się z określonymi świadczeniami i obowiązkami pracodawcy. Ale co w sytuacji, gdy kurier nie jest pracownikiem, tylko zleceniobiorcą lub przedsiębiorcą na B2B?
Formalnie przepisy o wypadkach przy pracy obejmują także osoby wykonujące pracę na podstawie umowy zlecenia – o ile podlegają ubezpieczeniu wypadkowemu. W praktyce jednak dochodzenie roszczeń jest znacznie trudniejsze niż w przypadku etatowego pracownika. A presja na szybkość dostawy zwiększa ryzyko kolizji, upadków i innych wypadków komunikacyjnych.
Indyjscy związkowcy witają decyzję rządu jako „znaczący krok w ochronie życia i godności pracowników platformowych". Shaik Salauddin z Indyjskiej Federacji Pracowników Aplikacji Transportowych podkreśla, że hasło marketingowe „10 minut" bezpośrednio przekłada się na presję, która kosztuje ludzi zdrowie.
Czy usunięcie hasła wystarczy?
Sceptycy zauważają jednak, że sama zmiana marketingu niewiele zmieni. Algorytmy platform nadal będą nagradzać szybkość. Kurierzy wiedzą, że ich oceny – a w konsekwencji zarobki – zależą od tempa realizacji zleceń.
Satveer, jeden z indyjskich kurierów, powiedział agencji PTI, że podobne obietnice składano już wcześniej – bez rezultatów. Usunięcie sztywnego terminu może pomóc przy opóźnieniach wynikających z korków, ale nie rozwiąże problemu niskich stawek za pojedynczą dostawę.
To samo dotyczy Polski. Nawet gdyby platformy zrezygnowały z agresywnego marketingu czasowego, konkurencja o zlecenia pozostanie. Kurier, który realizuje zamówienia wolniej, dostanie ich mniej. A rozwiązanie umowy zlecenia może nastąpić praktycznie z dnia na dzień – bez okresu wypowiedzenia i bez odprawy.
Nawet w krajach, gdzie gig economy rozwija się najbardziej dynamicznie, zaczyna narastać świadomość jej ciemnych stron. Wygoda konsumentów nie może być budowana na wyzysku pracowników pozbawionych podstawowych zabezpieczeń.
Polska stoi przed podobnym wyborem. Możemy czekać, aż Unia Europejska wymusi zmiany dyrektywą o pracy platformowej. Możemy też – wzorem Indii – zacząć dyskusję o tym, czy model „wszystko w 10 minut" jest wart ludzkiego kosztu, jaki za sobą niesie. Ostatnio kurier mojego sąsiada miał wypadek na motocyklu, ale jedyne o czym myślała aplikacja, to żeby sąsiad był zadowolony...
Obserwuj nas w Google Discover
Podobają Ci się nasze treści?
Google Discover
Obserwuj