- Bezprawnik -
- Podatki -
- Wyszło mi, że będę płacił 330 euro rocznie. To nowy podatek od ściągniętych z sieci gigabajtów
Wyszło mi, że będę płacił 330 euro rocznie. To nowy podatek od ściągniętych z sieci gigabajtów
Jedenastu deputowanych wystarczyło, żeby francuskie Zgromadzenie Narodowe przyjęło poprawkę nakładającą 5,5 eurocenta opłaty na każdy gigabajt danych wysłany do internautów we Francji. Zapłacić mają Netflix, Google, Meta i reszta dostawców treści. Mechanizm jest jednak skonstruowany tak, że rachunek bardzo łatwo przerzucić dalej. A pomysł brzmi na tyle chwytliwie, że prędzej czy później ktoś zechce go skopiować w innym kraju.
Piątek, dziewiąta rano, 35 głosujących
Do głosowania doszło 30 października 2026 r. na samym początku porannego posiedzenia. Chodziło o poprawkę nr I-1358 do projektu budżetu Francji na 2027 r. Autorem jest socjalistyczny deputowany z Bouches-du-Rhône, Laurent Lhardit. Wynik był rekordowo niski nawet jak na francuskie standardy: 11 głosów za, 10 przeciw i 14 wstrzymujących się. Głosowało 35 posłów na 577 miejsc w izbie, a w kolejnym głosowaniu, kilka minut później, było już 60 osób.
Za podatkiem opowiedzieli się socjaliści, Francja Nieujarzmiona, ekolodzy i komuniści. Przeciw byli Republikanie, posłowie obozu prezydenckiego i jedna deputowana MoDem. Kluczowe okazało się Zgromadzenie Narodowe Marine Le Pen. Jego dziesięciu obecnych posłów wstrzymało się od głosu, a gdyby zagłosowali przeciw, poprawka by przepadła. Rząd i sprawozdawca generalny budżetu Philippe Juvin wydali opinię negatywną. Nie miało to znaczenia.
Ta sama propozycja przepadła na początku października w komisji finansów. Socjaliści wnieśli ją ponownie na posiedzenie plenarne i tym razem trafili na moment, w którym na sali prawie nikogo nie było.
Jak ma działać podatek od gigabajta
Konstrukcja jest prosta. Operatorzy, czyli Orange, Free, SFR, Bouygues i mniejsi gracze, mierzą, ile danych każdy nadawca wysyła do ich klientów. Robią to anonimowo, bez zaglądania w treść, pod nadzorem regulatora rynku telekomunikacyjnego Arcep i administracji skarbowej. Raporty mają trafiać do fiskusa co kwartał. Nadawca płaci 0,055 euro za każdy gigabajt, czyli niespełna 25 groszy. Podatek nie może jednak przekroczyć 15 proc. obrotu firmy we Francji albo 2 proc. jej globalnego obrotu.
Autorzy liczą na 10 mld euro rocznie. Opierają się na danych Arcep, według których do abonentów francuskich operatorów płynie co roku około 200 mld gigabajtów. Latem Partia Socjalistyczna mówiła nawet o 10 eurocentach za gigabajt, więc obecna stawka to wersja złagodzona.
Kogo podatek dotknie najmocniej
Według Arcep pięciu graczy odpowiada za mniej więcej połowę danych docierających do francuskich abonentów: Netflix, Google, Meta, Amazon oraz Akamai, który obsługuje sieć dostarczania treści. Lhardit przekonywał w Zgromadzeniu, że 25 zagranicznych platform generuje 75–80 proc. całego ruchu. Rodzima telewizja TF1, nadająca pięć kanałów przez internet, miałaby według niego płacić od 200 do 300 tys. euro rocznie.
„Płaci platforma”. Na pewno?
Gigabajt w hurcie kosztuje dziś poniżej jednego eurocenta. Podatek byłby więc kilka razy wyższy niż koszt samego przesłania danych, który dostawca treści i tak już ponosi.
Jak to wygląda w portfelu, łatwo policzyć. Gospodarstwo domowe, które pobiera 200 GB miesięcznie, generuje 11 euro podatku. Przy 500 GB, co dla domu z dwojgiem dzieci i telewizorem 4K nie jest niczym nadzwyczajnym, wychodzi 27,50 euro miesięcznie, czyli 330 euro rocznie. Gra ważąca 100 GB oznacza 5,50 euro opłaty od jednego pobrania. Formalnie nikt nie wystawi tych kwot abonentowi. W praktyce każda firma, której koszty rosną, szuka sposobu, żeby je odzyskać.
Dla Laurenta Lhardita to jednak żaden problem. W debacie powiedział: „Je vois mal comment répercuter une taxe sur les utilisateurs de Facebook, Instagram ou TikTok puisque ces services sont gratuits”, czyli w tłumaczeniu: trudno mu sobie wyobrazić przerzucenie podatku na użytkowników Facebooka, Instagrama czy TikToka, skoro te usługi są darmowe.
Ten argument trudno brać poważnie. Facebook jest darmowy dla użytkownika, ale ktoś za niego płaci, a tym kimś są reklamodawcy. Zauważył to sam sprawozdawca Philippe Juvin: „Les Gafam ont un pouvoir de marché disproportionné. Le risque est qu’ils répercutent le poids de cette taxe sur les annonceurs” (giganci technologiczni mają nieproporcjonalną siłę rynkową, a ryzyko polega na tym, że przerzucą ciężar podatku na reklamodawców). Reklamodawca to często lokalna piekarnia, sklep z rowerami czy biuro rachunkowe. Wyższy koszt kampanii ląduje w cenie bułki albo usługi. Do tego Meta od dawna sprzedaje w Unii płatną wersję swoich serwisów bez reklam. Netflix, YouTube czy sklepy z grami mają abonamenty i cenniki, które można podnieść z dnia na dzień.
Rząd: połowa podatku uderzy we francuskie firmy
Najciekawszy argument padł ze strony ministra rachunków publicznych Davida Amiela. Jego zdaniem z 10 mld euro aż połowa nie obciążyłaby gigantów, tylko mniejszych dostawców treści, w tym francuskich. Minister wątpił też, czy w ogóle da się rzetelnie zmierzyć te przepływy. Jego zdaniem wymagałoby to czujników ruchu albo pomiarów na poziomie urządzeń końcowych.
Trudno mu odmówić racji. Podatek od wolumenu nie rozróżnia, czy dane wysyła amerykańska korporacja z miliardowymi zyskami, czy mały serwis wideo działający na granicy rentowności. Liczą się wyłącznie bajty. Największy gracz ma przy tym najlepsze narzędzia, żeby obciążenie zminimalizować: kompresję, niższą domyślną jakość obrazu i własną infrastrukturę.
To jeszcze nie jest prawo
Przyjęta poprawka nie oznacza, że Francuzi od stycznia zaczną płacić. Według francuskiej procedury poprawka liczy się dopiero wtedy, gdy Zgromadzenie przegłosuje całą część dochodową budżetu, a pierwsze czytanie musi się skończyć do 17 listopada. Rząd może zażądać ponownego głosowania nad przepisem przyjętym wbrew jego opinii. Może też sięgnąć po art. 49.3 konstytucji i wtedy sam zdecyduje, które poprawki zostaną w tekście. Potem projekt trafi do Senatu, gdzie lewica nie ma większości.
Neutralność sieci i prawo unijne
Nawet gdyby podatek przetrwał całą procedurę, czekają go poważne pytania prawne. Lhardit zapewniał, że jego rozwiązanie szanuje zasadę neutralności sieci. Formalnie operatorzy niczego nie spowalniają ani nie blokują, tylko liczą. W praktyce jednak państwo nakłada koszt zależny od tego, kto wysyła dane i ile ich wysyła. Tworzy to presję ekonomiczną dokładnie tam, gdzie unijne rozporządzenie 2015/2120 o otwartym internecie miało ją wyeliminować. Do tego dochodzi swoboda świadczenia usług z art. 56 TFUE. Danina, która w praktyce obciąża głównie zagranicznych usługodawców, będzie dla ich prawników łatwym celem.
Jest też polityka międzynarodowa. Gdy Francja w 2019 r. wprowadziła 3-procentowy podatek od usług cyfrowych, Waszyngton odpowiedział postępowaniem handlowym i groźbą ceł na francuskie produkty. Podatek liczony od każdego gigabajta wysłanego przez amerykańskie firmy zostałby odebrany jeszcze ostrzej.
Czy ktoś w Warszawie pomyśli „w sumie niegłupie”?
Polska ma własną historię z daninami nakładanymi na serwisy internetowe. Od lipca 2020 r. platformy VOD płacą 1,5 proc. przychodów na rzecz Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej. Wprowadzono to przy okazji tarczy antykryzysowej i z zastrzeżeniem, że to nie podatek, tylko opłata. Od lat wraca też podatek cyfrowy od przychodów reklamowych największych firm technologicznych, nad którym pracowało Ministerstwo Cyfryzacji. Kilka razy wydawało się, że nie będzie podatku cyfrowego, bo Amerykanie dali jasno do zrozumienia, co o nim myślą. Potem temat wracał, a wprowadzenie podatku cyfrowego regularnie przesuwano na „kolejny rok”.
Francuski pomysł jest jednak groźniejszy od wszystkiego, co dotąd proponowano nad Wisłą. Podatek od przychodów przynajmniej w jakimś stopniu odzwierciedla to, ile firma zarabia. Podatek od gigabajtów odzwierciedla to, ile danych zużywa odbiorca. Najmocniej zapłaci więc za niego rodzina oglądająca seriale w 4K, gracz pobierający nową produkcję i każdy, kto pracuje zdalnie przez wideokonferencje. To w praktyce podatek konsumpcyjny, przebrany za podatek od korporacji.
Polscy konsumenci dobrze znają ten mechanizm. Opłata reprograficzna też formalnie obciąża producentów i importerów sprzętu, a mimo to nikt nie ma złudzeń, kto ją ostatecznie pokrywa. Przy kolejnych podwyżkach abonamentów, jak przy YouTube Premium, platformy zresztą nie potrzebują żadnego nowego podatku, żeby sięgnąć głębiej do kieszeni klientów. Państwo, które dałoby im gotowe uzasadnienie, zrobiłoby im prezent.
Problem, który próbują rozwiązać francuscy socjaliści, jest realny. Giganci technologiczni zarabiają w Europie ogromne pieniądze, a ich wkład w lokalne budżety wciąż jest skromny. Tyle że podatek liczony od bajtów, a nie od zysków, karze za korzystanie z internetu, a nie za unikanie opodatkowania. Jeśli którykolwiek polski polityk uzna to za inspirację, będzie trzeba mu przypomnieć, że płaci ten, kto ma licznik w domu.
zobacz więcej:










