1. Bezprawnik -
  2. Środowisko -
  3. Jeszcze niedawno walczyliśmy o każdą pszczołę, a teraz podobno Polsce grozi przepszczelenie

Jeszcze niedawno walczyliśmy o każdą pszczołę, a teraz podobno Polsce grozi przepszczelenie

To jak to jest z tymi pszczołami? Wymierają i potrzebują pomocy człowieka, czy jest ich w Polsce za dużo? W całym tym informacyjnym szumie trudno oddzielić prawdę od żonglowania statystyką.

Pszczoła miodna ma się dobrze — w Polsce żyje około 500 gatunków pszczół

Samych pszczół mamy w Polsce ok. 500 gatunków. Pszczoła miodna jest tylko jednym z nich — i akurat tym, który ma się najlepiej.

Jakiś miesiąc temu w debacie publicznej, a w szczególności w mediach zajmujących się tematyką handlu, żywności i rolnictwa, przewinął się wątek przepszczelenia. Co takiego miałby oznaczać ten termin? Chodzi o to, że możemy mieć w Polsce za dużo pszczół.

Być może w tym momencie część naszych czytelników przeciera oczy ze zdumienia. Jeszcze niedawno słyszeliśmy regularnie, że pszczoły wymierają. Zjawisko masowego ginięcia owadów zapylających nie jest oczywiście jakimś kolejnym alarmistycznym wymysłem. Na całym świecie liczebność zapylaczy wszystkich gatunków zauważalnie spadła w ostatnich latach.

Liczba rodzin pszczelich w Polsce systematycznie rośnie

Jako przyczynę takiego stanu rzeczywiście wskazuje się choroby pasożytnicze, a także coraz częstsze sięganie po pestycydy w rolnictwie, dewastację naturalnego środowiska i forsowanie monokultur rolniczych, co negatywnie wpływa na dietę tych owadów.

Równocześnie nie da się ukryć, że pszczoły jakoś nie wymarły. W Polsce jest ich nawet coraz więcej. W 2024 r. mieliśmy ok. 1,5–2 miliona rodzin pszczelich, a obecnie jest ich ok. 2,4 miliona. Rośnie także liczba pszczelarzy — a wraz z nią liczba sąsiedzkich tarć wokół pasiek; niejedna głośna sprawa sprowadzała się do trzech słów: pszczoły, użądlenie, rekompensata. Produkcja miodu z kolei… spadła.

Rząd nie spiskuje przeciwko polskiemu pszczelarstwu

Tegoroczna awantura — a właściwie polityczna walka o pszczoły — została, jak to zwykle w takich wypadkach bywa, wywołana przez polityków. Opozycja dokopała się do projektu Krajowego Planu Odbudowy Zasobów Przyrodniczych. Znajdziemy w nim sugestie zmniejszenia liczby pasiek. Stąd jest już bardzo blisko do tezy, że rząd zamierza zniszczyć polskie pszczelarstwo. Mogę sobie kpić, ale dokładnie takie argumenty nieironicznie wysuwali politycy opozycji.

Co naprawdę autorzy dokumentu chcieliby ograniczyć? Kluczowy zapis brzmi:

Środek Nr 5: „Ograniczenie negatywnego wpływu hodowli pszczoły miodnej na populacje dzikich zapylaczy".

Przede wszystkim chodzi więc o zbyt duże zagęszczenie pszczelich rodzin oraz nadmierną konkurencję ze strony „hodowlanych" owadów wobec dzikich zapylaczy. Równocześnie obrywa się także miastom i zjawisku tzw. beewashingu.

Moda na miejskie pasieki przynosi więcej szkód niż pożytku

Okazuje się bowiem, że tworzenie na potęgę miejskich pasiek przynosi „nieuczciwą" — bo wprowadzaną masowo, dokarmianą i leczoną w razie potrzeby przez człowieka — konkurencję dla żyjących na tym samym obszarze dzikich owadów.

Skojarzenia z „greenwashingiem" są jak najbardziej na miejscu. Pasieki w środku miasta tworzone, by „ratować pszczoły" i „w celach edukacyjnych", nie przynoszą niczego dobrego, gdy robi się ich zbyt dużo. Do tego zagrażają lokalnemu ekosystemowi. Zagęszczone ule bywają zresztą źródłem nie tylko problemów ekologicznych, ale i konfliktów z sąsiadami — w skrajnych przypadkach sąd potrafi przyznać odszkodowanie za użądlenie pszczoły.

Im więcej pszczół miodnych na małym obszarze, tym gorzej dla dzikich zapylaczy

W większej skali obraz sprawy jest dużo mniej jednoznaczny. Liczba pszczół w Polsce, jak już wspomniałem, rośnie. Dość często możemy wręcz usłyszeć, że w naszym kraju jest już tyle rodzin pszczelich, co w dużo większych Stanach Zjednoczonych.

Tylko czy z tej informacji wynika coś konkretnego? Część pszczelarzy argumentuje, że nie jest przecież tak, że owady walczą ze sobą o nektar z każdego kwiatka tylko dlatego, że w skali całego kraju jest ich dużo. O wiele ważniejsza wydaje im się koncentracja na danym obszarze.

Podobnie jak w przypadku miejskich pasiek, w pewnym momencie pszczoła miodna hodowana przez człowieka samą swoją liczebnością stwarza problem dla naturalnych zapylaczy.

Wymieranie pszczół to bardziej marketing niż realne zagrożenie dla ludzkości

Nie jest też tak, że pszczoła miodna wymiera. Prawdę mówiąc, nieprawdziwe jest nawet stwierdzenie, że bez niej błyskawicznie wymrze też człowiek. Damy radę: zboża stanowiące podstawę diety człowieka są samopylne albo wiatropylne. W praktyce wymieranie pszczół — przynajmniej tej hodowlanej — jest mocno przesadzone i bywa raczej wytworem korporacyjnego marketingu niż faktem.

Dlaczego produkcja miodu w Polsce spada

Najczęściej wskazuje się postępujące zmiany klimatyczne skutkujące wiosennymi przymrozkami i letnią suszą, zanik dzikich łąk oraz postępujące ciągotki w rolnictwie do uprawiania tylko jednej rośliny na coraz większym obszarze.

Warto przy okazji pamiętać, że samo pochodzenie miodu bywa kwestią skomplikowaną i nie zawsze etykieta mówi całą prawdę — głośna była choćby afera, w której mazurskie miody Lidl sprzedawał jako bieszczadzkie.

Zamiast mnożyć pszczołę miodną, trzeba zadbać o bioróżnorodność

Nie da się ukryć, że autorzy projektu Krajowego Planu Odbudowy Zasobów Przyrodniczych chcieli dobrze. W tym momencie priorytetem powinna być troska o naturalnych zapylaczy, a nie o namnażanie liczebności pszczoły miodnej.

Właśnie dlatego eksperci apelują nie o stawianie nowych uli na potęgę, ale o unikanie częstego koszenia trawników, zastępowanie przynajmniej ich części łąkami kwietnymi, ochronę już istniejących łąk oraz unikanie w dyskusji o pszczołach i zapylaniu niepotrzebnych uproszczeń.

Obserwuj nas w Google Discover
Google Discover
Podobają Ci się nasze treści?
Google Discover
Dołącz do dyskusji
Najnowsze
Warte Uwagi