- Bezprawnik -
- Prawo -
- Publikują dane dłużników w grupkach na Facebooku. Internauci mogą mieć jednak problem
Publikują dane dłużników w grupkach na Facebooku. Internauci mogą mieć jednak problem
Niesumienny dłużnik może trafić się każdemu. Wśród takich osób zdarzają się też zwykli oszuści. Czy to daje nam prawo do opublikowania danych takiej osoby w internecie w ramach przestrogi dla innych? I tak, i nie. Na pewno nie powinniśmy tego robić na Facebooku.
Internauci ostrzegają siebie nawzajem przed naciągaczami
Jedną z prawdziwych plag naszej gospodarki są osoby, które nie regulują swoich zobowiązań w terminie. Nie chodzi wyłącznie o złe długi i zatory płatnicze, z którymi borykają się przedsiębiorcy. Konsumenci również mogą czekać w nieskończoność, aż druga strona zrealizuje to, do czego się zobowiązała.
Niestety wśród niesumiennych dłużników trafiają się także osoby działające w złej wierze. Nie realizują zawartej umowy, bo po prostu nie mają takiego zamiaru. Wszelkiej maści oszuści i naciągacze to w dużej mierze zjawisko, którym zajmuje się prawo karne — stąd w takich sytuacjach podstawowym krokiem jest zawiadomienie o przestępstwie w internecie. Również prawo cywilne oferuje nam sposoby na odzyskanie już straconych przez nas pieniędzy.
Nie da się jednak ukryć, że ofiar oszusta może być więcej. Co w sytuacji, gdy w ramach obywatelskiej postawy albo chęci rewanżu postanowimy przestrzec przed takim delikwentem innych? Problem pojawia się w momencie, gdy użyjemy pełnych danych naciągacza.
Problem zaczyna się wtedy, gdy internauci podają imię i nazwisko
Najbardziej oczywistym miejscem dzielenia się informacjami pomiędzy zwykłymi osobami fizycznymi są media społecznościowe. W dzisiejszych czasach to najefektywniejszy i zarazem najprzystępniejszy sposób, by posłać w świat dane osobowe oszusta.
Jak to zwykle w takich wypadkach bywa, na Facebooku istnieje całkiem sporo dedykowanych polskojęzycznych grup wsparcia. Użytkownicy ostrzegają na nich przed naprawdę różnymi przypadkami niesumiennych dłużników. Ktoś pożyczył pieniądze i nawet nie próbuje spłacić. Ktoś inny nie przesyła zamówionego towaru, jeszcze inny wysyła produkty o wyjątkowo niskiej jakości. Znajdą się także typowi oszuści wyłudzający pieniądze w formie przelewów BLIK-iem, bo oszustwo na BLIK wciąż pozostaje jedną z popularniejszych metod naciągaczy.
Internauci bardzo często podają wszelkie dostępne dane potencjalnego oszusta albo niesumiennego dłużnika. Znajdziemy imiona, nazwiska, dane spółki, NIP, adres firmy, numer telefonu, profile w mediach społecznościowych.
Publikacja danych dłużnika na Facebooku a przepisy o ochronie danych osobowych
Tym razem sytuacja jest dość skomplikowana pod względem prawnym. Dane osobowe w rozumieniu RODO i krajowych przepisów o ich ochronie stanowią „wszelkie informacje o zidentyfikowanej lub możliwej do zidentyfikowania osobie fizycznej”. Co do zasady nie wolno nam ich przetwarzać bez spełnienia jednej z przesłanek wskazanych w art. 6 RODO. Publikacja to jedna z form przetwarzania. Co innego, gdy dane dłużnika przetwarzamy po to, by dochodzić własnych roszczeń — wtedy zgoda tej osoby nie jest potrzebna.
Opublikowanie danych dłużnika w internecie nie wynika z żadnego z celów wskazanych w przytoczonym przed chwilą przepisie. O zgodzie po stronie oszusta możemy zapomnieć. Nie ma ono formalnego związku z wykonaniem przez niego umowy. Nie wynika z żadnego naszego obowiązku prawnego. Nie jesteśmy organem władzy publicznej.
Nie mamy też do czynienia z realizacją celów wynikających z naszych prawnie uzasadnionych interesów. To znaczy: nie ma przepisu, który wprost pozwalałby nam publikować dane dłużnika w internecie. Pod względem prawnym mamy więc do czynienia z podobnym przypadkiem, jak ochrona wizerunku złodzieja sklepowego albo dane niesumiennych najemców.
Danych spółki RODO nie chroni, a przypadek jednoosobowych działalności gospodarczych jest dyskusyjny
Jest jednak w tym wszystkim ważne „ale”: jeżeli oszust działa jako przedsiębiorca, to sprawy mogą przyjąć zupełnie inny obrót. Spółka nie jest osobą fizyczną. Marka wykorzystywana przez firmę nie musi mieć żadnego związku z personaliami właściciela. Tym samym RODO ich nie chroni, bo nie mamy do czynienia z danymi osobowymi.
No, chyba że nasz naciągacz uskutecznia swój proceder, korzystając z jednoosobowej działalności gospodarczej. Wówczas firmą przedsiębiorcy jest jego imię i nazwisko, które już jak najbardziej zaliczamy do danych osobowych. Mamy jednak do czynienia z danymi publicznymi, które są dostępne w CEIDG. Czy więc, publikując imię i nazwisko takiego „przedsiębiorcy” na Facebooku, ujawniliśmy cokolwiek?
Chcesz zaszkodzić oszustowi? Załatw mu wpis w rejestrze długów
Nie da się przy tym ukryć, że istnieją inne sposoby na publikację danych dłużnika w internecie. Po coś w końcu powstały te wszystkie komercyjne rejestry długów. Przy czym trzeba pamiętać, że wpis do rejestru dłużników jest usługą płatną. Jeśli chcemy umieścić potencjalnego oszusta w rejestrze, musimy zapłacić kilkadziesiąt złotych.
Czy warto? Tego typu wpisy dla dłużnika oznaczają praktyczne pożegnanie się z szansami na przykład na otrzymanie kredytu hipotecznego czy konsumpcyjnego. Będzie mógł też zapomnieć o zakupach na raty albo o leasingu. Owszem, zdarzają się mniejsi pożyczkodawcy czy firmy leasingowe, które dopuszczają klientów figurujących w rejestrach długów. Jak się jednak można łatwo domyślić, ich oferta wcale nie musi być równie korzystna.
Wpis w rejestrze zaboli bardziej, ale ostrzeże mniej osób
Innymi słowy: zapewnienie takiego wpisu naszemu niesumiennemu kontrahentowi, dłużnikowi czy naciągaczowi, który rzeczywiście jest nam teraz dłużny pieniądze, z pewnością zaboli go bardziej niż ostrzegawczy post gdzieś na Facebooku.
Jeśli jednak chcemy przede wszystkim ostrzec przed nim innych, to powinniśmy pamiętać, że z rejestrów długów korzystają głównie firmy. Powód jest prosty: koszt takiego sprawdzenia. Jako narzędzie do ostrzegania innych konsumentów grupki na Facebooku mogą okazać się skuteczniejsze.
zobacz więcej:










