1. Bezprawnik -
  2. Praca -
  3. Specjaliści mogą stracić dodatkowy zarobek na uczelniach. Wszystko przez nową interpretację

Specjaliści mogą stracić dodatkowy zarobek na uczelniach. Wszystko przez nową interpretację

Praktyk, który obok swojej podstawowej pracy prowadzi zajęcia ze studentami, powinien mieć z uczelnią umowę o pracę — tak przynajmniej uważa Państwowa Inspekcja Pracy. Wydane przez nią interpretacje dotyczą co prawda jednej szkoły wyższej, ale trudno sobie wyobrazić, by pozostałe mogły przejść obok nich obojętnie.

Uczelnia zapytała PIP o umowy-zlecenia z wykładowcami. Odpowiedź raczej jej nie ucieszyła

Od 8 lipca 2026 r. podmioty zatrudniające mogą za 40 zł zapytać Głównego Inspektora Pracy, czy planowana forma współpracy nie jest w rzeczywistości etatem. Z tej możliwości skorzystała uczelnia, na której studiuje ok. 17 tys. osób. Władze szkoły chciały podpisywać umowy-zlecenia z praktykami — m.in. adwokatami, lekarzami, sędziami, geodetami i radcami prawnymi — dla których dydaktyka miałaby być jedynie dodatkiem do wykonywanego zawodu. Drugi wniosek dotyczył osób uczących na studiach podyplomowych.

Elastyczne godziny, zastępstwo i własny laptop — argumenty uczelni

Uczelnia przedstawiła przy tym całkiem rozbudowaną listę argumentów. Prowadzący sami zgłaszają, kiedy są dostępni, dobierają metody nauczania, mogą pracować gdzie indziej, a w razie potrzeby wskazać zastępcę; przychodzą też z własnym laptopem i mają wykupione własne OC. Ich obowiązki miały się zresztą ograniczać do zajęć i wystawiania ocen — bez prowadzenia badań i bez sprawowania opieki nad rokiem. Na papierze wygląda to na dość typowe zlecenie. PIP oceniła jednak sprawę zupełnie inaczej — o charakterze współpracy przesądza bowiem faktyczny sposób wykonywania pracy, a nie nazwa umowy czy nawet oświadczenie zleceniobiorcy.

Sylabus i harmonogram wystarczą. Tak inspekcja rozumie podporządkowanie wykładowcy

Kluczowe okazało się tzw. podporządkowanie organizacyjne. Zdaniem inspekcji każdy, kto uczy na uczelni, działa w ramach z góry ustalonej organizacji — prowadzi zajęcia według programu zatwierdzonego przez senat, trzyma się planu zajęć i podlega regulaminom. Elastyczne godziny nie zmieniają tej oceny, bo umożliwianie pracownikowi godzenia pracy z innymi obowiązkami i tak jest powinnością pracodawcy wynikającą z Kodeksu pracy. Zastępstwo również nie przekonało PIP — uczelnia zatrudnia przecież konkretnego specjalistę ze względu na jego wiedzę i nazwisko, więc możliwość przysłania kogoś innego ma raczej symboliczne znaczenie.

Najciekawsze jest jednak to, co z takiego rozumowania wynika. Jak zwraca uwagę mec. Robert Nogacki z Kancelarii Prawnej Skarbiec, cytowany przez „Gazetę Wyborczą”, do uznania podporządkowania nie trzeba już faktycznego wydawania poleceń — wystarczy, że uczelnia ma do tego narzędzia. Trudno natomiast wskazać zajęcia, które odbywałyby się poza sylabusem, regulaminem studiów i planem zajęć. Wydaje się zatem, że przy takiej wykładni miejsca na stosowanie umów cywilnoprawnych w dydaktyce zostaje bardzo niewiele.

Etat na kilkadziesiąt godzin w roku. Kto straci na umowach o pracę dla praktyków?

Formalnie problem z liczbą godzin nie istnieje, bo Kodeks pracy pozwala zatrudnić kogoś na ułamek etatu — na co zwraca uwagę m.in. dr Marcin Wojewódka. W praktyce jednak umowa o pracę oznacza dla uczelni pełne składki na ubezpieczenia społeczne, urlop, badania lekarskie, szkolenie BHP i całą dokumentację pracowniczą. Tymczasem ZUS przy umowie zlecenia zawartej z osobą, która ma już etat u innego pracodawcy (z pensją co najmniej na poziomie minimalnego wynagrodzenia), ogranicza się co do zasady do składki zdrowotnej. Przejście na umowę o pracę oznacza więc wyraźnie wyższy koszt tej samej godziny zajęć.

Lekarze i adwokaci mogą zrezygnować z prowadzenia zajęć

Nie da się też ukryć, że dla wielu praktyków dodatkowe formalności mogą okazać się zwyczajnie nieopłacalne. Lekarz czy adwokat, który prowadzi kilka spotkań w semestrze, raczej nie będzie zachwycony perspektywą badań wstępnych i szkolenia BHP — a niższa kwota „na rękę” również nie zachęca do dalszej współpracy. Można się domyślać, że część uczelni zacznie po prostu ograniczać liczbę zajęć prowadzonych przez osoby z zewnątrz, co uderzy przede wszystkim w praktyczną stronę studiów.

Interpretacja PIP nie wiąże innych uczelni. Kierunek kontroli jest jednak czytelny

Interpretacja PIP chroni wyłącznie uczelnię, która o nią wnioskowała; inne szkoły wyższe formalnie nie muszą się do niej stosować. O ile jednak sam dokument nie jest dla nich wiążący, o tyle pokazuje, jak inspektorzy będą patrzeć na umowy-zlecenia z wykładowcami podczas kontroli. Od lipca inspektor może zaś sam — bez wyroku sądu — wydać decyzję stwierdzającą istnienie stosunku pracy, co otwiera drogę do przekształcania umów cywilnoprawnych w etaty. Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego nie zamierza przy tym zajmować stanowiska i odsyła do rektorów, którzy odpowiadają za politykę kadrową. To oni będą więc musieli zdecydować, czy przeglądać umowy już teraz, czy czekać na pierwsze kontrole.

Obserwuj nas w Google Discover
Google Discover
Podobają Ci się nasze treści?
Google Discover