1. Bezprawnik -
  2. Prawo -
  3. Zapłacił 585 zł w Morele, dzień później sklep umył ręce. „Nie wiemy, czy produkt będzie jeszcze w sprzedaży"

Zapłacił 585 zł w Morele, dzień później sklep umył ręce. „Nie wiemy, czy produkt będzie jeszcze w sprzedaży"

Wieczorem 7 lipca pan Tomasz, czytelnik Bezprawnika, wszedł do aplikacji Morele, żeby porównać ceny nowych podzespołów z używanymi z OLX. Trafił na promocję na procesor Intel Core i3-12100F w wersji BOX za 256,98 zł, czyli w cenie porównywalnej z używanymi egzemplarzami tego modelu. Ponieważ i tak planował złożenie prostego komputera, dorzucił do koszyka płytę główną ASRock B760M-HDV/M.2 D4 za 328,53 zł i opłacił zamówienie na łączną kwotę 585,51 zł. Jak relacjonuje, w momencie finalizacji transakcji system pokazywał jeszcze 3 dostępne sztuki procesora.

Mariusz Lewandowski23.07.2026 19:12
Prawo

Następnego dnia po południu przyszła wiadomość ze sklepu. Morele poinformowało o braku dostępności procesora, dodając wprost: „Niestety nie posiadamy informacji czy produkt będzie jeszcze w sprzedaży". Klient dostał do wyboru anulowanie całego zamówienia albo wymianę produktu na inny, a „w ramach rekompensaty" kod rabatowy o wartości 100 zł, ważny 30 dni i możliwy do wykorzystania wyłącznie na produkty z listy Brand Club. Co ciekawe, w podglądzie zamówienia w aplikacji procesor widniał ze statusem „Oczekujące", podczas gdy płyta główna miała już status „W realizacji".

Czytelnik odpisał sklepowi na gorąco: „Wystawiliście Państwo ofertę handlową, ja wywiązałem się ze swojej części umowy poprzez wpłatę środków, teraz żądam wywiązania się z Waszej części umowy w postaci dostarczenia zamówionych produktów". W wiadomości do redakcji nie krył rozgoryczenia i zadał pytanie, które zadaje sobie w takiej sytuacji chyba każdy: czy polskie prawo w ogóle pozwala sprzedawcy wycofać się z transakcji po tym, jak klient zapłacił?

Zapłata to jeszcze nie umowa. Kluczowy jest moment zawarcia umowy

Intuicja konsumenta podpowiada, że skoro sklep wystawił produkt z ceną, a klient kliknął „Zamawiam i płacę" i przelał pieniądze, to umowa została zawarta. Prawo i regulaminy sklepów widzą to jednak inaczej. Zgodnie z art. 71 Kodeksu cywilnego ogłoszenia, reklamy i cenniki nie stanowią oferty, lecz jedynie zaproszenie do zawarcia umowy. Praktycznie każdy duży polski e-sklep korzysta z tej konstrukcji i Morele nie jest tu wyjątkiem.

Obowiązujący od 13 kwietnia 2026 r. regulamin sklepu internetowego Morele stanowi, że treści na platformie, w tym opisy produktów oraz informacje o cenie i dostępności, nie są ofertą w rozumieniu Kodeksu cywilnego. To klient, składając zamówienie, składa sklepowi ofertę kupna. Pierwszy automatyczny e-mail po złożeniu zamówienia jest, jak precyzuje regulamin, wyłącznie informacją o tym, że sprzedawca zamówienie otrzymał. Do zawarcia umowy sprzedaży dochodzi dopiero wtedy, gdy sklep prześle potwierdzenie przyjęcia zamówienia do realizacji, a zamówienie zostanie opłacone. Sprzedawca ma na tę decyzję do 7 dni roboczych, a jeśli zamówienia nie przyjmie, powinien poinformować o tym klienta i zwrócić wpłacone środki nie później niż w ciągu 5 dni roboczych.

O tym, jak bardzo ta konstrukcja odbiega od wyobrażeń kupujących, pisaliśmy szerzej przy okazji kary UOKiK dla Amazona, gdzie kluczową kwestią był właśnie moment zawarcia umowy. Urząd nie zakwestionował wówczas samego mechanizmu, ale sposób jego stosowania: pobieranie pieniędzy przy zamówieniu, którego sklep jeszcze nie potwierdził, w połączeniu z długim oczekiwaniem na decyzję, uznał za wprowadzanie konsumentów w błąd. Granica między dopuszczalnym zabezpieczeniem interesów sprzedawcy a praktyką naruszającą zbiorowe interesy konsumentów jest cienka.

W sprawie naszego czytelnika status „Oczekujące" przy procesorze sugeruje, że akurat ta pozycja mogła nie zostać jeszcze formalnie przyjęta do realizacji. Jeżeli tak było, to z czysto prawnego punktu widzenia umowa sprzedaży procesora najprawdopodobniej w ogóle nie została zawarta, a sklep, choć zachował się wobec klienta fatalnie wizerunkowo, poruszał się w granicach własnego regulaminu. Sytuacja wyglądałaby zupełnie inaczej, gdyby klient otrzymał potwierdzenie przyjęcia zamówienia do realizacji. Wtedy umowa wiąże obie strony, a sprzedawca, w przeciwieństwie do konsumenta, nie ma żadnego prawa do jednostronnego „rozmyślenia się".

Sklep nie ma prawa odstąpienia. Brak towaru to jego problem, nie klienta

Warto to wyraźnie podkreślić: prawo do odstąpienia od umowy w ciągu 14 dni bez podania przyczyny przysługuje wyłącznie konsumentowi. Sprzedawca po zawarciu umowy jest nią związany i brak zamówionego towaru w magazynie nie zwalnia go automatycznie z obowiązku jej wykonania. Art. 543(1) Kodeksu cywilnego daje sprzedawcy co do zasady 30 dni od zawarcia umowy na wydanie rzeczy konsumentowi. Jeśli sklep potwierdził zamówienie, a potem okazuje się, że towaru nie ma, powinien go zdobyć na własny koszt, zaproponować rozwiązanie zastępcze albo liczyć się z odpowiedzialnością odszkodowawczą za niewykonanie zobowiązania.

Sam sklep ma zresztą na koncie znacznie głośniejsze historie z pogranicza oferty i zaproszenia do zawarcia umowy. Wystarczy przypomnieć sprawę sprzed lat, gdy w morele net laptop za 10 złotych trafił do dwóch tysięcy koszyków po ewidentnym błędzie cenowym. Tam jednak chodziło o pomyłkę w cenie, którą sądy traktują dość wyrozumiale dla sprzedawców. W przypadku pana Tomasza cena nie była absurdalna, a produkt po prostu „zniknął" ze stanu magazynowego już po opłaceniu zamówienia. To istotna różnica: trudno tu mówić o oczywistym błędzie, na który sklep mógłby się powoływać.

Osobną kwestią jest zaproponowana rekompensata. Kod o wartości 100 zł brzmi nieźle, dopóki nie doczytamy szczegółów: obowiązuje tylko na produkty z listy Brand Club, wygasa po 30 dniach, a obniżka ceny konkretnego produktu może być niższa niż nominał kodu. To nie jest zwrot gotówki ani uniwersalny rabat, tylko zachęta do zrobienia kolejnych zakupów w tym samym sklepie. Konsument nie ma żadnego obowiązku z niej korzystać.

Co może zrobić klient, gdy sklep wycofuje się z zamówienia?

Pierwszy krok to ustalenie, czy sklep potwierdził przyjęcie zamówienia do realizacji, bo od tego zależy siła argumentów. Warto sprawdzić skrzynkę mailową i historię zamówienia. Jeśli potwierdzenie było, można na piśmie wezwać sprzedawcę do wykonania umowy, wyznaczając mu rozsądny termin. Jeśli potwierdzenia nie było, pozostaje wybór między wymianą produktu a rezygnacją, przy czym anulowanie zamówienia w całości wydaje się w tej sytuacji naturalnym rozwiązaniem. Płyta główna bez procesora, pod który została kupiona, jest dla klienta bezużyteczna, a nawet po jej dostarczeniu konsumentowi i tak przysługuje odstąpienie od umowy w terminie 14 dni od otrzymania towaru.

W razie sporu, na przykład gdyby sklep zwlekał ze zwrotem pieniędzy albo kwestionował zawarcie umowy mimo wysłanego potwierdzenia, bezpłatną pomoc oferuje powiatowy lub miejski rzecznik konsumentów. Może on wystąpić do przedsiębiorcy w indywidualnej sprawie, a ten ma prawny obowiązek udzielić mu odpowiedzi.

I tu dochodzimy do sedna problemu, które nasz czytelnik ujął z gorzką ironią: „Pewnie będę musiał w tym celu najpierw doktoryzować się z prawa cywilnego". Przy zamówieniu wartym niecałe 600 zł mało kto zdecyduje się na spór sądowy ze sklepem, a przy samym procesorze za 257 zł już praktycznie nikt. Sklepy internetowe doskonale o tym wiedzą. Konstrukcja z zaproszeniem do zawarcia umowy jest legalna i ma swoje racjonalne uzasadnienie, ale w praktyce przerzuca całe ryzyko błędów magazynowych i systemowych na klienta, który zapłacił, czekał i został z kodem rabatowym zamiast produktu. Dopóki koszt dochodzenia roszczeń będzie wyższy niż wartość sprzętu, dopóty jedyną realną sankcją dla sprzedawców pozostanie utrata zaufania klientów. A tego, jak pokazuje ta historia, kodem do Brand Club odkupić się nie da.

Obserwuj nas w Google Discover
Google Discover
Podobają Ci się nasze treści?
Google Discover