- Bezprawnik -
- Państwo -
- Płacisz za internet, ale to nie ty decydujesz, co przeczytasz. Sprawdź, kto pociąga za sznurki
Płacisz za internet, ale to nie ty decydujesz, co przeczytasz. Sprawdź, kto pociąga za sznurki
Płacisz za internet, masz zasięg, telefon działa. Tyle że o tym, czy przeczytasz wiadomości i wyślesz nagranie z protestu, może zdecydować państwo. Nie istnieje jeden przycisk wyłączający światową sieć, ale do odcięcia milionów ludzi wystarcza czasem polecenie skierowane do operatorów. A blokowanie dostępu to dopiero najbardziej widoczna część kontroli.
Internet jest globalny. Twój operator już nie
Według Access Now i koalicji #KeepItOn w 2025 roku odnotowano 313 wyłączeń i zakłóceń dostępu w 52 państwach. W zaktualizowanym zestawieniu za 2024 rok było ich 304, a za 2023 — 289. Nie chodzi wyłącznie o odcinanie całych krajów: statystyka obejmuje również ograniczenia regionalne oraz blokady platform komunikacyjnych. Tendencja pozostaje jednak wyraźna.
Rozproszona architektura nie oznacza niezależności od państwa
Jak to możliwe, skoro internet miał być zdecentralizowany? Bo rozproszona architektura nie oznacza niezależności od państwa. Łączysz się przez konkretnego operatora, jego urządzenia i łącza. Firma podlega miejscowemu prawu, potrzebuje zezwoleń, ma majątek i pracowników. Rząd nie musi kontrolować każdego serwera na świecie. Wystarczy, że potrafi wymusić posłuszeństwo na pośrednikach zapewniających dostęp.
Jesteśmy zdani na łaskę państwa
Operator może wyłączyć transmisję komórkową w wybranym regionie albo odciąć połączenia zagraniczne. Może też wycofać informacje o routingu (trasowaniach), dzięki którym kolejne sieci przekazują między sobą informacje, jak dotrzeć do poszczególnych adresów. Tak, internet to w dużej mierze taka sztafeta – od najmniejszej jednostki, naszego komputera czy smartfona, przez nasze routery, później serwerownie lokalnych dostawców, aż po ogólnoświatową sieć – w dużym uproszczeniu.
Jeżeli operator wycofa takie informacje, reszta internetu może stracić drogę do jego użytkowników. Kable nadal leżą w ziemi, router stoi na biurku, abonament pozostaje do zapłacenia. Żadnej łączności jednak nie mamy i nie mamy na to wpływu.
Egipt zniknął z globalnej sieci już w 2011 roku
To zresztą żadna futurystyczna wizja. W styczniu 2011 roku, podczas protestów przeciwko Hosniemu Mubarakowi, Egipt niemal zniknął z globalnej sieci. Badacze udokumentowali masowe wycofywanie tras przez tamtejszych operatorów. Zatem państwo potrafiło odłączyć obywateli już piętnaście lat temu, to nie jest jakaś świeża sprawa.
Nie trzeba wyłączać internetu, żeby kontrolować to, co czytasz
Całkowite odcięcie jest jednak kosztowne również dla władzy. Przestają działać usługi, cierpią przedsiębiorstwa, problemy ma administracja. Znacznie wygodniej pozostawić internet działający, a zablokować tylko wybrane fragmenty.
Można ingerować w DNS, czyli system tłumaczący nazwę strony na adres serwera. Można blokować same adresy IP. Bardziej zaawansowane urządzenia analizują cechy ruchu sieciowego i pozwalają przerywać określone połączenia albo spowalniać usługę do momentu, w którym użytkownik po prostu odpuści. W Polsce mechanizm rejestru, na mocy którego operatorzy blokują strony, działa zresztą od 2017 roku — na razie wobec domen hazardowych, ale raz stworzone narzędzie łatwo rozszerzyć na kolejne kategorie treści.
Rosja blokuje setki domen medialnych
W Rosji (a jakże inaczej) badacze OONI potwierdzili blokowanie co najmniej 279 domen medialnych między wrześniem 2023 a wrześniem 2024 roku. Pomiary wskazywały między innymi na ingerencję w nawiązywanie szyfrowanych połączeń. Nie trzeba więc zamykać redakcji ani przejmować zagranicznego serwera. Wystarczy odciąć czytelnikom drogę do publikowanych materiałów.
Demokratyczny rząd też może przesadzić — blokada TikToka w Nowej Kaledonii
Tyle że na Rosji ten temat się nie kończy. W maju 2024 roku francuski rząd zablokował TikToka w Nowej Kaledonii podczas gwałtownych zamieszek. Uzasadnieniem były wyjątkowe okoliczności i ochrona porządku publicznego.
W kwietniu 2025 roku Rada Stanu uznała tę decyzję za nielegalną. Blokada nieproporcjonalnie naruszała prawa i wolności. Sąd nie wykluczył jednak krótkotrwałego odcinania dostępu do platform w wyjątkowych okolicznościach - zastrzegł, że wymaga to spełnienia ścisłych warunków.
Z plusów – taką decyzję można (jeszcze) zakwestionować. Na minus jednak to, że stwierdzenie jej nielegalności zaszło już wiele miesięcy później. A przecież największy wpływ pojawiających się nagrań jest wtedy, gdy dane wydarzenia trwają – nie pół roku później, to oczywiste.
Kontrola bez blokowania: metadane i inwigilacja
Państwo przecież może pozyskiwać dane od operatorów i platform. Nie zawsze musi nawet znać treść rozmowy. Informacje o tym, kto, kiedy i z kim się kontaktował, pozwalają odtwarzać relacje i zwyczaje. Szyfrowanie wiadomości nie usuwa automatycznie tych metadanych.
Polska również się w tym temacie nie popisała. W maju 2024 roku Europejski Trybunał Praw Człowieka stwierdził naruszenia prawa do prywatności dotyczące polskich przepisów o kontroli operacyjnej, zatrzymywaniu i wykorzystywaniu danych telekomunikacyjnych oraz nadzorze na podstawie ustawy antyterrorystycznej. Ocenie podlegał sam stan prawny, nie to, czy ktoś rzeczywiście był inwigilowany.
Unia też decyduje, których mediów nie będziemy oglądać
W marcu 2022 roku Unia Europejska zawiesiła rozpowszechnianie treści RT i Sputnika. Ograniczenia objęły również internet - platformy, aplikacje i inne kanały dystrybucji. Uzasadnieniem było wykorzystywanie tych mediów przez Rosję do dezinformacji i wspierania agresji przeciwko Ukrainie.
Trudno udawać, że chodziło o zwyczajne, niezależne redakcje. Rosyjska propaganda stanowi rzeczywisty instrument polityki Kremla. Nie od dziś zresztą trwa walka Google z rosyjską dezinformacją — prowadzona jednak przez samą firmę, a nie z nakazu państwa. Ale zastosowany mechanizm pozostaje wart odnotowania - demokratyczne państwa zdecydowały o ograniczeniu dostępu do całych źródeł informacji, zamiast reagować wyłącznie na poszczególne bezprawne publikacje.
Putinowskie media to oczywiście narzędzie rosyjskiej propagandy, z którą niewątpliwie cały czas walczymy. Uważam jednak, że takie media i tak nie miałyby największej siły przebicia – one już są powszechnie uznawane za prorosyjskie. Dlatego Rosja skupia się na wpływie na mieszkańców krajów zachodnich w inny, bardziej subtelny sposób, np. podsycając konkretne narracje, używając farmy trolli czy mając swoich pożytecznych idiotów w postaci polityków.
Ameryka znalazła sposób na platformę bez odcinania kabli
Podobną zależność od pośredników wykorzystano w amerykańskiej ustawie dotyczącej TikToka z 2024 roku. Mechanizm sprowadzał się do wymuszenia oddzielenia platformy od chińskiego właściciela pod groźbą zakazu jej dystrybucji i obsługi przez wskazanych dostawców.
Ustawa uderzała przede wszystkim w sklepy z aplikacjami i usługi hostingowe. Nie trzeba karać milionów użytkowników za otwieranie aplikacji, jeżeli można prawnie odciąć firmy, dzięki którym aplikacja funkcjonuje. W styczniu 2025 roku Sąd Najwyższy utrzymał kwestionowane przepisy, uznając, że nie naruszają praw skarżących wynikających z Pierwszej Poprawki. To właśnie wtedy TikTok przegrał w Sądzie Najwyższym, a droga do zablokowania aplikacji stanęła otworem. W tej sytuacji wszystko rozgrywało się o to, jaki wpływ na amerykańskie społeczeństwo będą miały chińskie platformy.
Chcesz wejść na stronę? Najpierw udowodnij, że możesz
Innym narzędziem jest weryfikacja wieku. W czerwcu 2025 roku amerykański Sąd Najwyższy utrzymał teksańskie przepisy wymagające jej od użytkowników określonych serwisów z treściami seksualnymi. Cel: ograniczenie dostępu dzieci do pornografii. Konsekwencja: także dorosły musi przejść kontrolę, żeby zobaczyć treści, do których ma prawo.
Nie oznacza to automatycznie wysyłania dowodu osobistego do państwowej bazy. Dostępne są różne metody potwierdzania wieku, a teksańska ustawa zakazuje zatrzymywania danych identyfikujących po weryfikacji. W Unii Europejskiej rolę tę ma pełnić m.in. oficjalna aplikacja do weryfikacji wieku, przygotowywana na zlecenie Komisji Europejskiej. Mimo to pojawia się dodatkowy pośrednik, któremu trzeba zaufać, i dodatkowy warunek korzystania z legalnej strony.
Większość sędziów uznała takie obciążenie praw dorosłych za dopuszczalne. Sędziowie zgłaszający zdanie odrębne wskazywali, że ograniczenie dostępu do chronionych treści wymaga surowszej kontroli konstytucyjnej. Ochrona dzieci jest bardzo słusznym celem – pytanie jednak, jak mądrze to rozegrać, aby nie poświęcać całej prywatności dorosłych.
Ochrona dzieci nie rozstrzyga sporu o czytanie wiadomości
W Unii podobny konflikt wywołał projekt przepisów przeciwko seksualnemu wykorzystywaniu dzieci, nazywany powszechnie „Chat Control”. Przedstawiona w 2022 roku propozycja przewidywała nakazy wykrywania takich materiałów i prób nagabywania dzieci w usługach internetowych, w tym komunikacyjnych.
Zastrzeżenia zgłaszała m.in. Europejska Rada Ochrony Danych i Europejski Inspektor Ochrony Danych. Docelowo projekt może prowadzić do uogólnionego, niezróżnicowanego skanowania komunikacji. Czyli analizowania również wiadomości osób, których nikt nie podejrzewa o przestępstwo.
Trzeba jednak uczciwie zaznaczyć: nie jest to opis obowiązującego nakazu czytania wszystkich naszych czatów, bo projekt zmieniano. Rada UE w stanowisku negocjacyjnym z listopada 2025 roku postawiła na utrwalenie dobrowolnego wykrywania przez dostawców, a negocjacje nad docelowym rozporządzeniem nadal trwają. Jeden haczyk – dobrowolnie, czyli w zależności od konkretnej firmy, a nie zgody użytkowników.
Władza się zmieni. Uprawnienia zostaną
Nie stawiam znaku równości między rosyjską cenzurą a europejskimi przepisami. Różnice w celach, skali ingerencji i możliwości obrony swoich praw są zasadnicze. Ale demokracja nie zwalnia nas z patrzenia władzy na ręce. Zwłaszcza gdy ta przekonuje, że kolejne ograniczenie jest przecież dla naszego dobra. Wystarczy przypomnieć polski pomysł na blokowanie treści w drodze decyzji administracyjnej prezesa UKE — bez udziału sądu i bez wiedzy internauty.
Ochrona dzieci, ściganie przestępców i przeciwdziałanie wrogim operacjom to rzeczywiste zadania państwa. Każde nowe uprawnienie powinno jednak wymagać czegoś więcej niż wskazania słusznego celu. Trzeba jeszcze wykazać, że dany środek jest potrzebny, skuteczny i nie ingeruje nadmiernie w życie pozostałych obywateli. Prywatność nie powinna być czymś, z czego musimy się tłumaczyć.
Zanim więc zgodzimy się na kolejne narzędzie kontroli internetu, proponuję prosty test: czy nadal popieralibyśmy jego wprowadzenie, gdyby jutro miał nim zarządzać polityk, któremu najmniej ufamy?










